​Panika obozu rządzącego. Ostrzegając przed triumfalizmem

Ci, którzy ostrzegają PiS przed triumfalizmem, mają oczywiście rację. Nic nie jest rozstrzygnięte. Jeszcze karta może się odwrócić. Tusk chce przeczekać kryzys – liczy na to, że gospodarka ruszy, że wróci koniunktura, napłyną nowe pieniądze z Bruksel

Tomasz Jędrzejowski
Ci, którzy ostrzegają PiS przed triumfalizmem, mają oczywiście rację. Nic nie jest rozstrzygnięte. Jeszcze karta może się odwrócić. Tusk chce przeczekać kryzys – liczy na to, że gospodarka ruszy, że wróci koniunktura, napłyną nowe pieniądze z Brukseli, że nastroje się poprawią, gdy będzie „kasa”. Ma też nadzieję, że ponownie uda mu się pobudzić negatywne uczucia wobec opozycji - pisze "Gazeta Polska".

Nie można wykluczyć nawet prób sprowokowania zamieszek, by zdyskredytować PiS i przedstawić siebie jako jedyną zaporę przed „faszyzmem”. Trwają także próby podzielenia antyplatformowego obozu patriotycznego. Niestety, nie całkiem bezskuteczne...

Koniec z fatalnym zauroczeniem PO

Znając labilność Polaków, ich emocjonalność, podatność na medialną manipulację, nie można wykluczyć, że zamysł ten powiedzie się i że po następnych wyborach parlamentarnych Polską będzie rządziła, na przykład, koalicja PO-SLD. Tym bardziej że najpotężniejsze grupy interesów i warstwy uprzywilejowane III RP są zaangażowane w obronę obecnych rządów. Wiedzą, że tym razem już nikt nie będzie przejmował się oskarżeniami o „zawłaszczanie państwa” po tym, jak oni zagrabili go bez reszty, że nikt nie będzie brał poważnie skarg na upolitycznienie mediów po tym, jak uczynili z nich tubę propagandową obozu rządzącego itd. Silne jest także wsparcie zewnętrzne, zwłaszcza z Niemiec.

Jednak patrząc na to, co dziś dzieje się w kraju, coraz bardziej prawdopodobny jest całkowity, sromotny upadek Tuska i jego Platformy. Upadek AWS przy tym, co czeka PO, to może być „godne odejście”. Fatalne zauroczenie Platformą części polskiego społeczeństwa przeradza się w nienawiść. Negatywne emocje dawnych zwolenników PO, teraz głęboko rozczarowanych, często są dzisiaj większe niż tych, którzy od dawna nie mieli co do niej żadnych złudzeń. Zdaje się, że Tusk zaczyna poważnie się obawiać, iż wynik jego starcia z Jarosławem Gowinem będzie dla niego niekorzystny, nawet jeśli chwilowo utrzyma się jeszcze na stanowisku przewodniczącego partii. Obóz rządzący ogarnia coraz większa panika. Celebryci, którym grozi odcięcie od państwowych dotacji i utrata dostępu do mediów publicznych, wzywają do akcji represyjnych już nie tylko wobec „kiboli”, lecz także opozycyjnie nastawionych intelektualistów i dziennikarzy. Indolencja Tuska staje się coraz bardziej kompromitująca. Adam Michnik zaczął już nawet nakręcać niemieckie media, by zaangażowały się bardziej w walkę z polskim i węgierskim „faszyzmem”.

Zmiana nastrojów w Polsce to jednak nie tylko wynik postępującej samokompromitacji Platformy, załamania się jej „neogierkowskiej pseudomodernizacji” i koniec projektu „fajnej Polski”, lecz także rezultat upartej pracy „Konfederacji Wolnych Polaków”, nowego polskiego społeczeństwa obywatelskiego oraz PiS, które stanowi jego zwornik.

Ostrzegając przed triumfalizmem, należy docenić sukces, jaki już odniosło PiS. Przecież jeszcze nie tak dawno nie dawano tej partii żadnych szans na powrót do władzy, Jarosławowi Kaczyńskiemu wypominano porażki wyborcze, wysyłano go do „Sulejówka”, na emeryturę lub na leczenie itd. Stale też prowadził w rankingach braku zaufania, co miało świadczyć o tym, że już nigdy nie wróci na stanowisko premiera. PiS jako partia „obciachu” miało zostać wyizolowane, ograniczone do segmentu wyborców napiętnowanych jako „mohery”. „Młodzi, wykształceni, z wielkich miast” to miał być elektorat PO. PiS przedstawiano jako partię stających nad grobem półanalfabetów, z zabitych dechami wsi i miasteczek, skazanych na zagładę przez Tuskową modernizację, lub jako fanatyczną, oderwaną od rzeczywistości „sektę smoleńską”. Dochodziło do kolejnych rozłamów, topniała grupka europosłów. Powtarzano opinie, że w PiS „już nikt nie został”. 

Także wielu prawicowych, konserwatywnych publicystów i ekspertów usilnie propagowało tę wizję. Subtelni „metapolitycy” stawiali na tak wybitne postacie polskiej sceny polityczne jak Joanna Kluzik-Rostkowska, która zdawała się być szczerze przekonana, że to właśnie na nią Polacy oddali 47 proc. głosów w wyborach prezydenckich, na Pawła Poncyliusza czy Pawła Kowala. A kto dzisiaj jeszcze pamięta tych pretendentów do władzy? Gdzie jest ta emanacja „politycznej roztropności”, którą miało być PJN? 

Po odejściu „spin doktorów”, „ziobrystów” i „muzealników”

A tak niewiele brakowało... Pamiętam wieczór wyborczy w 2010 r. w TVP Info. Posadzono mnie na krzesełku przy Stefanie Niesiołowskim. Miałem czekać w kolejce komentatorów. Przez studio przewijali się kolejni prominenci obozu władzy. W pewnym momencie wśród dziennikarzy zapanowało pełne szacunku ożywienie, bo w studiu miał się pojawiać generał Jaruzelski. Na szczęście wprowadzono go jakimś innym wejściem, więc nie musiałem opuszczać studia. W pewnej chwili podszedł do mnie Aleksander Kwaśniewski i zaczął chwalić Jarosława Kaczyńskiego i strategię PiS w tej przegranej kampanii. „Układ” najwyraźniej cieszył się, że PiS stała się partią „systemową”. To było jak sejm grodzieński Tuskowej epoki „ciepłej wody w kranie”. Gdy te nadzieje na „rozsądek polityczny” PiS się nie spełniły, pełną parą ruszyła akcja dyfamacji w stylu, w jakim kiedyś atakowano Lecha Kaczyńskiego. Na Jarosława Kaczyńskiego znowu posypały się razy. PiS miał zostać skazany na zagładę, by nikt nie mógł mówić o odpowiedzialności rządzących za śmierć w Smoleńsku. 

Akcja ta spaliła na panewce dlatego, że wbrew krytykom PiS wyciągnęło wnioski zarówno z porażki w wyborach prezydenckich, jak i dramatycznej sytuacji, w jakiej znalazła się Polska po 10 kwietnia 2010 r. Jego czołowi działacze zrozumieli, że tylko szerokie działania w ramach społeczeństwa obywatelskiego mogą przynieść sukces. Że nie PR, nie sztuczki marketingowe, nie przymilanie się do widzów TVN, lecz uparte, wytrwałe domagania się prawdy o tragedii smoleńskiej, wspieranie samoorganizacji patriotycznego społeczeństwa obywatelskiego i budowanie alternatywy programowej są właściwą strategią. Odejście wielu zbyt niecierpliwych i zbyt ambitnych polityków uczyniło z PiS partię bardziej zwartą. Okazało się, że lepiej sobie ono radzi bez „genialnych spin doktorów”, niecierpliwych „ziobrystów”, zapatrzonych w siebie „muzealników”.

Więcej w tygodniku „Gazeta Polska”

 

Źródło: Gazeta Polska

Zdzisław Krasnodębski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo