Wiceszef MON w rządzie J. Olszewskiego dla Niezalezna.pl: PRL-owska przeszłość wychodzi nam bokiem do dzisiaj

Straciliśmy czas i to co najważniejsze – nie udało nam się całkowicie odciąć od PRL-owskiej przeszłości, która do dzisiaj nam bokiem wychodzi, choćby ze strony tzw. „opozycji”. To jest pokłosie tych wszystkich okrągło-stołowo-PRL-owskich uwarunkowań – ocenił w rozmowie z Niezalezna.pl były wiceszef MON prof. Romuald Szeremietiew, który po przymusowym urlopowaniu min. Jana Parysa kierował pracą tego resortu do odwołania przez Sejm rządu Jana Olszewskiego.

YouTube@Katolicka tvRodzina

Data 4 czerwca w najnowszej historii Polski kojarzona jest z dwoma wydarzeniami. Tego dnia w 1989 roku odbyła się pierwsza tura tzw. wyborów kontraktowych, które mimo, iż nie były wyborami w pełni demokratycznymi i uczciwymi, to jednak dawały Polakom nadzieję na wolną, suwerenną i pozbawioną sowieckiej opresji ojczyznę. Niestety, dokładnie trzy lata później, w 1992 roku nadzieja ta została poważnie zachwiana za sprawą broniących swych interesów spadkobierców PRL-owskich służb, postkomunistów i niestety również sporej części solidarnościowej opozycji, uwikłanej we współpracę z dawnym reżimem.

Opisując ten niechlubny dla polskiej demokracji dzień i wydarzenia bezpośrednio go poprzedzające, prof. Romuald Szeremietiew przypomniał, że kiedy ówczesny minister obrony narodowej Jan Parys został 23 maja 1992 r. przymusowo urlopowany, a de facto odwołany ze stanowiska na wniosek Lecha Wałęsy, to właśnie on (Szeremietiew) objął funkcję kierownika tego resortu jako sekretarz stanu.

- Nie mogłem być ministrem konstytucyjnym, bo do tego potrzebna była zgoda prezydenta, a jak wiadomo w tamtym czasie trzy stanowiska ministerialne były przez niego obsadzane [spraw wewnętrznych, obrony narodowej i spraw zagranicznych-red.]. W związku z tym premier Olszewski mianował mnie kierownikiem i zostałem awansowany z podsekretarza na sekretarza stanu – wspominał nasz rozmówca.

- To był czas bardzo trudny i powiedziałbym bardzo gorący. Z jednej strony i Jan Parys i ja, zdawaliśmy sobie sprawę, że cywile, którzy przejmują resort obrony muszą sprawdzić się jako ministrowie i należało kontrolować całą tę sytuację, bo wiadomo, że jeśli chodzi o MON, to było tam sporo „pozostałości” po PRL-u; niezupełnie wszystko zostało zrobione jak należy. Myśmy wtedy wystąpili już formalnie o przyjęcie do NATO i Jan Parys chciał przyspieszyć zmiany kadrowe, personalne i to spowodowało pierwszy konflikt, jeżeli idzie o relacje z Wałęsą

- tłumaczył.

Zdaniem Szeremietiewa, to właśnie mogło stanowić grunt dla konfliktu między prezydentem a rządem. - Kiedy objąłem już MON po urlopowaniu Jana Parysa, to przez otoczenie Lecha Wałęsy byłem kuszony, abym przeszedł na jego stronę. Oferowano mi pewność, że będę dalej ministrem, mówiono, że rządu już niedługo nie będzie i twierdzono, że nie przyjmując tej propozycji postępuję niemądrze. Pamiętam, że jako warunek postawiono mi wtedy przywrócenie do służby adm. Piotra Kołodziejczyka, który wcześniej był szefem resortu i którego zwolnił Parys oraz przywrócenie do służby (także odwołanego przez Parysa) szefa WSI kadm. Czesława Wawrzyniaka. Ja się oczywiście na to nie zgodziłem – mówił.

Relacjonując wydarzenia poprzedzające „noc teczek” wspomniał rozmowę z ówczesnym szefem sztabu generalnego gen. Zdzisławem Stelmaszukiem, który miał mu powiedzieć: „Panie ministrze, ja wiem, że żądają mojej głowy w Belwederze, to niech pan im tę głowę zaniesie, bo ja uważam, że pan powinien zostać w resorcie obrony. Oceniamy pana bardzo pozytywnie i jeżeli taka ma być cena, to ja jestem gotów, żeby zgodzić się na to”.

- Powiedziałem Stelmaszukowi, że lojalność obowiązuje w obie strony: „Pan jest lojalny w stosunku do mnie jako podwładny, a ja jestem lojalny jako pański przełożony w stosunku do pana i ja tego nie zrobię”. I tak żeśmy się rozstali – opowiada nam prof. Szeremietiew, dodając, że po obaleniu rządu Jana Olszewskiego, kiedy jego już nie było w MON, Stelmaszuka odwołano. 

- Na moje miejsce przyszedł Janusz Onyszkiewicz, a moje odwołanie odbyło się w sposób dość spektakularny. Lech Wałęsa stwierdził, że dwóch osobników nie należy wpuszczać do ministerstw tzn. Antoniego Macierewicza do MSW i Szeremietiewa do MON. W związku z tym, kiedy przyjechałem do pracy już po obaleniu rządu Jana Olszewskiego, to rano zjawił się Janusz Onyszkiewicz, i powiedział, że wzywa mnie premier. Ja zdziwiony zapytałem czy premier Olszewski mnie wzywa, na co on: „nie, nie – premier Pawlak”. Powiedziałem, że dobrze, jak wzywa to jedziemy, ale Onyszkiewicz stwierdził, że on nie jedzie i już tu zostaje

– wspominał nasz rozmówca.

Kiedy pojechał do Sejmu, bo tam wówczas Waldemar Pawlak urzędował i kiedy już dotarł na miejsce otoczyli go funkcjonariusze BOR. - Wyglądało to tak, jakby mnie aresztowano i prowadzono mnie w takim kordonie do Pawlaka. Pawlak patrzył w bok; widać było, że czuje się jakoś niezręcznie i wręczył mi dymisję mówiąc: „Odwołuję pana ze stanowiska szefa resortu obrony”. I tak się skończyło moje urzędowanie, więcej mnie tam nie wpuszczono - relacjonuje.

Jak podkreśla, Onyszkiewicz wydał polecenie, żeby nie wpuszczać go nie tylko do ministerstwa, ale również do jednostek wojskowych. - Nie wiem czego oni się spodziewali, że pucz jakiś zrobię w wojsku? Nie wiem… - zastanawiał się Szeremietiew.

Oceniając działania jakie podjął 4 czerwca Lech Wałęsa przy udziale swoich stronników, były wiceszef MON stwierdził, że „celem tych działań było powstrzymanie weryfikacji różnych dziwnych przynależności niektórych polityków, z których często do dziś nie potrafią się wytłumaczyć”. - Oczywiste było, że to właśnie o to chodzi. Wszystkie siły zagrożone lustracją zjednoczyły się, żeby działać – ocenił.

Zdaniem Szeremietiewa, Wałęsa „był stymulowany przez swoje otoczenie”, w tym przez swojego ministra Mieczysława Wachowskiego, „który miał świetne kontakty z WSI i z szefem tej służby kadm. Czesławem Wawrzyniakiem”, z którym „był w bardzo bliskich relacjach”.

- Był taki moment, w którym wydawało się, że Wałęsa zrezygnował, natomiast tutaj została wykonana „praca w tle”. On moim zdaniem był trochę taką kukłą, która płynęła tam, gdzie niósł go nurt, a tym nurtem sterował ktoś inny

– zauważył prof. Romuald Szeremietiew.

Jak zaznaczył, na skutek obalenia rządu Jana Olszewskiego doszło do nieodwracalnych strat. - Jeżeli chodzi o resort obrony, to straciliśmy kilka lat, biorąc pod uwagę to, co w wojsku należało zrobić. Mieliśmy wówczas przygotowane różnego rodzaju projekty zmierzające do całkowitej reformy wojskowych służb specjalnych; rozdzielenie wywiadu i kontrwywiadu itd. Przewidywaliśmy rzecz jasna zmiany kadrowe – tłumaczył.

- Straciliśmy wiele także jeśli chodzi o przebudowę sił zbrojnych, zwłaszcza w kontekście naszych aspiracji związanych z jak najszybszym wejściem do NATO. Rząd Jana Olszewskiego zdawał sobie sprawę, że ta zadyszka Rosji może być chwilowa i nie będzie trwać wiecznie. Dlatego wydawało nam się, że czasu jest mało. Pomysły Wałęsy takie jak NATO-bis wskazywały, że ktoś chce namieszać w naszej polskiej rzeczywistości

- podkreślił.

Przypomniał, że w czasie, w którym odwołano gabinet premiera Olszewskiego, „wskaźniki gospodarcze wyglądały całkiem nieźle”, a „Olszewski miał zespół kompetentnych ludzi”. - Straciliśmy czas i to co najważniejsze – nie udało nam się nawet  całkowicie odciąć od tej PRL-owskiej przeszłości, która do dzisiaj nam bokiem wychodzi, choćby ze strony tzw. „opozycji”. To jest pokłosie tych wszystkich okrągło-stołowo PRL-owskich uwarunkowań – podsumował Romuald Szeremietiew.

 



Źródło: niezalezna.pl

 

Przemysław Obłuski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo