Afgańska afera watermelonowa

Półtorej dekady temu mój karabinek Beryl był czyszczony przeze mnie codziennie, więc mogę zaryzykować tezę, że posiadałem najlepiej utrzymaną broń w Międzynarodowych Siłach Wsparcia Bezpieczeństwa w Islamskiej Republice Afganistanu. Obsługiwałem sprzęt z dużą częstotliwością nie dlatego, że istniała taka potrzeba, ale dla zabicia czasu. Od wielu tygodni siedziałem bowiem w Bazie Ogniowej Kushamond i nie miałem nic lepszego do roboty.

W lipcu 2007 r. nastąpił jakiś zgrzyt w amerykańskiej machinie wojennej i kompania inżynieryjna, która miała przybyć do tego górskiego zakątka na końcu świata, aby zbudować umocnienia, wciąż się nie zjawiała. Polskie plutony ochrony rotowały się średnio co kilka dni, gdyż całkowity brak zaplecza infrastrukturalnego uniemożliwiał dłuższe bytowanie w tym dzikim rejonie. Jednak to, co tyczyło żołnierzy pododdziałów szturmowych, jakimś cudem starannie omijało moją skromną osobę – oficera sztabu Polskiej Grupy Bojowej, której siedziba mieściła się w Wysuniętej Bazie Operacyjnej Sharana. 

Przemowa do rady starszyzny wioski

Do Kushamondu wysłał mnie dowódca batalionu, abym pełnił w nim obowiązki szefa logistyki i starszego narodowego, czyli kogoś pośredniego pomiędzy dowódcą bazy i osobą uprawnioną do kontaktów z siłami sojuszniczymi oraz ludnością lokalną. Wojska USA pojawiały się tutaj rzadko, a ze starcem rządzącym pobliską wioską spotkałem się dwukrotnie, kiedy jego delegacja przybyła pod obozowisko i tłumacz przekazał mi, że starszyzna sioła organizuje obrady, zwane tutaj „shūrā”. 

Pojechałem na posiedzenie, powiedziałem kilka okrągłych zdań o tradycyjnej, wielowiekowej przyjaźni narodów polskiego i pasztuńskiego, a także napomknąłem, że będę się starał, by było jeszcze cudowniej, niż jest. Podporucznik dowodzący konwojem był niepomiernie zadziwiony wygadywanymi przeze mnie bredniami, ale nie śmiał się odezwać. Gdy chciał coś rzec w drodze powrotnej, spojrzałem tylko na niego groźnie i chłop zrezygnował. Wówczas nie wiedzieliśmy, że moje ówczesne ględzenie pomogło nam wybrnąć z afgańskiej afery watermelonowej.

Nocka na posterunku

Afgańska afera watermelonowa zaczęła się niewinnie, kiedy pewnego ranka przyszedł do mnie chorąży, pomocnik dowódcy plutonu, i zagaił: „Szefie, jadę z dwiema drużynami na patrol i brakuje nam ludzi na obstawianie wszystkich posterunków. Dałoby radę wpisać szefa na jakąś zmianę czuwającą?”. Wiedziałem, że wojsko jest dociążone ochroną bazy, więc odparłem: „Jasne, wpisz mnie nawet na całą noc. Jestem wyspany za wszystkie czasy, więc mogę stróżować do woli”. Ucieszony podoficer rzucił tylko: „To o 19.00 w humvee przed bramą wjazdową. Tam jest NSW-u, a skrzynka z granatami leży z tyłu, na siedzeniu! Dzięki!”. Gdy krzyczał ostatni wyraz był już odwrócony do mnie plecami i biegł w kierunku długiego sznura pojazdów, którym miał dowodzić podczas przeczesywania okolicy, a ja poszedłem w stronę wehikułu, w którym miałem spędzić najbliższą noc, czyli do owego „humvee”.

Humvee – samochód opancerzony – stał na swoim miejscu, starannie okryty pustynną siatką maskującą. Jego wieżę wieńczyła broń 12,7 mm NSW (skrót od pierwszych liter nazwisk jej konstruktorów: Nikitina, Sokołowa i Wołkowa), a kilkanaście uzbrojonych granatów obronnych F-1 leżało sobie spokojnie na tylnym siedzisku. Obejrzałem wszystko starannie, dopytałem wartownika o zapas amunicji i częstotliwości radiostacji, a później wróciłem do swojego kontenera, aby przygotować noktowizor do pełnienia nocnej służby.

Nocną służbę rozpocząłem punktualnie i spędziłem na niej sześć godzin, nudząc się jak mops. W nocy przyszedł jakiś zaspany kapral i mnie zluzował, a ja powlokłem się do swojego legowiska. Rano połączyłem się z dowódcą batalionu, złożyłem mu dobowy meldunek operacyjny i po jego kolejnej kategorycznej odmowie, tyczącej mojej zmiany w Kushamond, udałem obrażonego i się rozłączyłem. Już postanowiłem zjeść coś treściwego na otarcie łez i popić wszystko dobrą kawą, kiedy jak spod ziemi wyrósł obok mnie Halim.

Mamy problem

Halim był naszym tłumaczem angielsko-pasztuńskim i nazywał się „Cośtam” Khan, ale, ponieważ w Afganistanie wszyscy noszą nazwisko Khan, więc – jako miłośnik „Trylogii” – dla odróżnienia nazwałem go imieniem towarzysza Azji Tuhajbejowicza. Przybyły zaczął po polsku: „Panie, k*rwa, mamy problem!”. Pierwsze słowo zdania wynikało z tłumaczenia angielskiego zwrotu, używanego w stosunku do oficerów – „sir”, drugiego wyjaśniać nie trzeba, sam problem zaś musiał być kosmiczny, skoro Halim posłużył się frazą wprost z Apollo 13. Następnie zaczął trajkotać w języku Szekspira o jakimś poruszeniu we wsi, pikiecie przy bramie i arbuzach, przez które wybuchnie bunt w całym dystrykcie. Wziąłem lornetkę, zerknąłem w kierunku osady i pojąłem, że sytuacja staje się groźna.

Groźnie wyglądał milczący i uzbrojony w drągi tłum Pasztunów, stojący przy wrotach wjazdowych. Przewiesiłem karabinek przez plecy, ująłem pistolet w dłoń i poszedłem na spotkanie z nieznanym, a za mną podreptał wierny Halim. „As-Salāmu ʿAlaykum” – rzuciłem znanemu już starcowi, kierownikowi owej sympatycznej gromadki. Afgańczyk coś wrogo odburknął i w ojczystym języku opowiedział nam o polu z arbuzami, które zostało rozjechane przez polskie pojazdy wojskowe. Ponownie ująłem lornetkę i skierowałem jej szkła w stronę rosomaków, które wróciły nad ranem z patrolu. Koła transporterów oblepiały resztki soczystych owoców, więc pretensje wieśniaków były jak najbardziej słuszne. 

Finał negocjacji i nagroda

Zapytałem tłumacza: „Czego chcą za straty?”. Towarzysz mój pogadał z dziadkiem i odparł: „Wielbłąda, pięć kóz, olej i mąkę!”. Zdumiony zakrzyknąłem: „Co, k*rwa? Czy oni na łby poupadali?! Skąd ja im wezmę te bydlęta i przetwory?!”. „Watermelons są drogie, panie!” – wyartykułował przebiegły Azjata, używając przedziwnej mieszanki językowej. Pomyślałem chwilę i wypaliłem: „Powiedz, że mogą dostać kasę i to w dolarach. Albo biorą, co jest, albo robią stąd wypad z pustymi kieszeniami!”. Negocjacje trwały kilka sekund i kacyk pokiwał głową z aprobatą. Z ciężkim sercem wyciągnąłem ostatni studolarowy banknot i podałem dziadydze, mówiąc: „No, to teraz ty jesteś przy forsie, a ja mogę iść żebrać pod kościół, bo nie mam nawet złamanego grosza!”.

Grosza zażądałem chwilę później od chorążego, który wjechał nocą w kmiece uprawy, za co ja słono zabuliłem. Żołnierz wzruszył tylko ramionami i pokazał mi pusty pugilares, dodając: „Szefie, mam tylko stary bilet tramwajowy w portfelu, więc jestem niewypłacalny! Zresztą, pieniądze szczęścia nie dają!”. Odszedłem wściekły, goniony szyderczym śmiechem komilitonów, a mój nastrój poprawił dopiero pryncypał, który przekazał wieść, że wieczorem przyleci śmigłowiec i mam nim wracać do Sharany. Tam, po kąpieli i wypraniu rzeczy, złożyłem mu meldunek o działalności w Kushamond. „Stary” już wiedział o akcji ze zniszczonym polem i zapytał: „Ile cię to kosztowało?”. „Stówę, dowódco!” – odparłem. Podpułkownik rzekł: „Dobrze zrobiłeś. Rozmontowałeś duży konflikt. Przepłaciłeś słono, ale nie pożałujesz. A teraz idź wypoczywać, bo pojutrze znów tam lecisz!”. 

Poszedłem do swojej izby podrzemać, a w mojej głowie mile dźwięczała otrzymana pochwała. Jak się później okazało, otrzymałem nagrodę pieniężną, dwukrotnie przewyższającą wartość wydanych 100 dol., więc byłem wygrany na całego. Już w Polsce wiele myślałem o tamtym wydarzeniu i o moim impulsywnym zachowaniu, które finalnie okazało się najlepszym z możliwych, bo zapobiegło sporowi pomiędzy gospodarzami kraju a polskimi żołnierzami. Nie ukrywam, że byłem z siebie dumny, po tak sprytnym zażeganiu afgańskiej afery watermelonowej.

Howgh!

 


Źródło:

#Gazeta Polska Codziennie

Tȟašúŋke Witkó
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo