Z OSTATNIEJ CHWILI

Sąd uznał Saleha Abdeslama za winnego zabójstw w atakach terrorystycznych w Paryżu z 2015 roku.  • • • Salah Abdeslam został skazany na dożywocie za udział w zamachach terrorystycznych z listopada 2015 roku.  • • •

Putin na Eurowizji

Odkąd zostałem użytkownikiem Twittera, co roku dziwiło mnie niezmiernie, że ktoś w czasach internetu i masowego dostępu do każdej muzyki, wciąż jeszcze ogląda Eurowizję. Sam odpuściłem sobie to lata świetlne temu, znużony lekko archaicznymi piosenkami, brzmiącymi na ogół tak, jakby wszystkie powstały w jednej fabryce.

Czasem tylko, gdy docierały do mnie przez znajomych okruchy wrażeń z festiwalu, z pewną sympatią myślałem o tych, którzy próbowali postawić się obowiązującej muzycznej standaryzacji. Czasem bywało to nawet opłacalne, o czym przekonał się fiński zespół Lordi, na targowisku plastiku wygrywając wszystko w 2006 roku swoim przerysowanym heavy metalem. Co ciekawe, wybór reprezentanta wzbudził w macierzystym kraju silne kontrowersje, niektórzy słali nawet listy do ówczesnej prezydent Tarji Halonen, by nie dopuściła do występu muzyków. Na próżno, a może nawet – na szczęście. Było, minęło.

Polsce na Eurowizji niezbyt szło, chyba trochę na własne życzenie. Po napuszonym, lecz przynajmniej charakterystycznym „Keine Grenzen” Ich Troje chyba odpuściliśmy sobie silenie się na oryginalność. Czasem wysyłaliśmy nawet – i tego zwyczaju kompletnie nie rozumiem – obcokrajowców, ale i oni nie pomogli. W swoim czasie w barwach Polski śpiewała nawet dziewczyna z Rosji, Sasha Strunin, co dziś jest szczególnie trudne do wyobrażenia.

W tym roku jednak Eurowizja nabrała szczególnego wymiaru, a wszystko oczywiście przez wojnę. O tym, że poza względami muzycznymi decydują sympatie i antypatie miedzy krajami wiadomo było od zawsze. Trudno się zresztą temu dziwić, gdy muzyka sama w sobie niespecjalnie się na ogół od siebie różni. Specjaliści, lubiący łączyć geopolitykę z samobiczowaniem próbowali brak polskich sukcesów tłumaczyć tym, że nikt nas po prostu nie lubi, a nie bylejakością naszych propozycji.

W tym roku jednak można było się spodziewać, że chociaż z Ukrainy dostaniemy swoje głosy, tymczasem w świat poszła wiadomość, że tamtejsze jury za maksymalna punktację z Polski dla piosenki ukraińskiej odwdzięczyło się zerem. I zrobił się huk. Oczywiście zaroiło się od zatroskanych, którzy zawsze wiedzieli, że nasza chęć pomocy jest naiwna i dla nas samych niebezpieczna, a ukraińska niewdzięczność dziś skutkuje wynikami Eurowizji, a co będzie potem, strach nawet pomyśleć.

I narracja ta przyjęła się chyba lepiej nawet niż sprytna plotka o ukraińskim pochodzeniu mordercy z Nowego Światu w Warszawie, spreparowana przecież według starej, sprawdzonej receptury (przypomnijmy sobie, od czego zaczął się choćby pogrom kielecki). I można to w sumie zrozumieć, spodziewamy się wdzięczności, robimy co możemy, a to docenienie chyba akurat całkiem przyzwoitej polskiej piosenki nic by ich nie kosztowało.

Tyle, że w tym wzburzeniu ucieka nam, że tak naprawdę to obraz zjawiska znanego i u nas – oderwania elit od ludzi, choćby i w wymiarze jury przeciw zwykłym widzom. Ci bowiem Polsce dali najlepsze oceny, a od kilku dni rozmawiają o tej decyzji jurorów nie mniej od nas i lepiej, żeby tych kilku znawców nie wpadło im teraz w łapy, bo są na nich naprawdę cięci. Niby to tylko głupia Eurowizja, a jednak kilku członkom jury udało się napsuć nam krwi bardziej niż zastępom ruskich trolli.

Jeśli Putin się zorientuje, zamiast internetu, obstawi międzynarodowe konkursy piosenki. O ile już tego nie zrobił.

 


Źródło:

Krzysztof Karnkowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo