Rosyjski ambasador oblany farbą. Lisiewicz: „Ukrainki, które uciekły przed gwałtami, mają prawo do ostrych reakcji”

- Mamy do czynienia z przedstawicielem państwa, które morduje, gwałci i on jak gdyby nigdy nic przychodzi składać kwiaty, co ma być prowokacją. Ukrainki, które uciekły przed bandyckimi gwałtami widząc przedstawiciela bandyckiego reżimu  mają prawo do ostrych reakcji - mówił w programie "Minęła Dwudziesta" Piotr Lisiewicz, zastępca redaktora naczelnego "Gazety Polskiej".

Maciej Łuczniewski / Gazeta Polska

Przed Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Warszawie demonstranci oblali dziś czerwoną substancją ambasadora Rosji Siergieja Andriejewa i uniemożliwili rosyjskiej delegacji złożenie tam kwiatów.

"Mamy do czynienia z przedstawicielem państwa, które morduje, gwałci i on jak gdyby nigdy nic przychodzi składać kwiaty, co ma być prowokacją wobec Polaków. Rosja w ten sposób testuje, czy pojawi się sprzeciw"

- powiedział Piotr Lisiewicz. 

Zdaniem publicysty głosy krytyczne wobec tego zdarzenia "to budowanie psychozy wśród Polaków, że oto z powodu oblania farbą ambasadora Rosja nas zaatakuje" "To są brednie" - skwitował. 

"Ukrainki, które uciekły przed bandyckimi gwałtami widząc przedstawiciela bandyckiego reżimu, mają prawo do ostrych reakcji. Ta reakcja nie była użyciem przemocy. Była naznaczeniem osoby, która jest przedstawicielem zbrodniczego reżimu. Rozumiem, że MSZ polski musiał w jakiś sposób odciąć się od tego, ale reszta instytucji niech milczy w tej sprawie"

- ocenił Lisiewicz. 

W jego opinii "najlepiej, żeby tej ambasady już wkrótce w Polsce nie było", a zajmowany przez Rosjan budynek jest duży i może przydać się na zupełnie inne cele. 

Polityka Tuska 

W programie przypomniano prorosyjską politykę rządu Donalda Tuska. Omawiano szyfrogram nadany z ataszatu wojskowego ambasady RP w Moskwie do dyrektora Departamentu Wojskowych Spraw Zagranicznych w MON, gdzie proponowano "neutralizację" wypowiedzi śp. Lecha Kaczyńskiego na temat Rosji, która wówczas prowadziła wojnę przeciwko Gruzji. Sposobem tej neutralizacji miały być "kontroświadczenia Tuska bądź "półformalne sygnały" ze strony rządu. 

"Dla polskiej strony konieczne jest kontynuowanie istniejącej pozytywnej retoryki, choć w tej akurat kwestii zupełnie niekontrolowanym czynnikiem są wypowiedzi L. Kaczyńskiego, które niekiedy stają się powodem poważnego rozdrażnienia Moskwy. W celu ich neutralizacji możliwe byłyby na przykład kontroświadczenia D. Tuska albo półformalne sygnały ze strony MSZ i rządu, że nie będą się podobnymi wypowiedziami kierować"

- pisała ambasada RP w Moskwie. 

"Polityka rosyjska zawsze jest polityką długofalową podejmowana z głęboko sięgającym wstecz namysłem nad najskuteczniejszymi metodami podporządkowania ofiar"

- powiedział prof. Andrzej Nowak. 

Historyk powiedział że "polityka ambasadorów imperium rosyjskiego oparta na zasadzie „dziel i rządź”, a więc skłócania elit politycznych czy opinii publicznej kraju, który ma być podporządkowany Rosji, datuje się od samego początku istniejącego imperium rosyjskiego, czyli od XVIII w.". 

"Wtedy Piotr I jako sojusznik Polski postanowił ją obezwładnić  wysyłając swoich ambasadorów nie tylko do króla, ale do każdego z czterech hetmanów. Chodziło o to, by skłócić czynniki polityczne w Polsce"

- przypomniał prof. Nowak.

Dodał, że "ten sam model skłócania powtórzył się z przygnębiającą skutecznością w 2007, 2008 roku". Prof. Andrzej Nowak wskazał także, że do 2007 roku w Polsce panował ponadpartyjny konsensus co do prowadzenia polityki wobec Rosji. 

"Od tej polityki jako pierwszy odszedł Donald Tusk łamiąc ten konsensus obowiązujący przez 18 lat wolnej Polski. Ta decyzja została podkreślona przyjęciem ambasadora Rosji jako pierwszego gościa przez nowego premiera po wyborach wygranych przez PO w 2007 roku. Kolejnym przykładem była wizyta Tuska u Władimira Putina na początku 2008 r." 

- powiedział historyk. 

 


Źródło: TVP Info, niezalezna.pl

#Ukraina

Mateusz Mol
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo