Dyktat pieniądza

Wojna na Ukrainie to ostatni sygnał dla Polski i Europy, żeby wrócić do zdrowego rozsądku. Niestety, zupełnie tego nie widzę. Raczej pogłębia się u mnie sienkiewiczowska wizja mówiąca o tym, że nasze państwo i wspólnota jest rozrywana w imię partykularnych interesików.

Teraz wszystkim idzie o to, żeby wojnę wykorzystać do swoich celów. Każdy chce przy tym kuć żelazo póki gorące i narzucić własny punkt widzenia. Oto „rolnik polski” reprezentowany przez biznes fermiarski będzie krzyczał, aby kurom zmniejszać klatki, dawać jeszcze więcej chemii i sprawiać, żeby kurczak rósł nie 7 tygodni, ale najlepiej 13 dni. Wtedy opłacalność będzie wysoka, a przecież sami tego nie będziemy jeść, tylko te głupie miastowe, które myślą, że mięso jest z supermarketu. Wszystko pod hasłem zwiększania produkcji. A że dziś 1/3 wyprodukowanej żywności idzie do śmieci? Nieistotne. Nasze na wierzchu. Więcej scentralizowanej produkcji to większe bezpieczeństwo. Z drugiej strony aktywiści krzyczą o tym, że zamiast Fit for 55 powinniśmy mieć Fit for 65. Że szybciej trzeba redukować gospodarkę. Za duży jestem, żeby wierzyć w obie narracje.

Ktoś robi interesy. Inny politykę. Na pewno wszyscy mają gdzieś jakieś strategie i czyjekolwiek dobro. Dyktat piniądza. Ten sam, który kazał nam kupować tanio gaz od ruskich.

Najzabawniejszy event tygodnia to jednak konferencja Zielonych, którzy z troską pochylają się nad pogłębieniem toru wodnego do portu w Świnoujściu. Oczywiście i na polskich aktywistów można w tej materii liczyć. Oni zawsze są gotowi, aby walczyć z konkurencyjnością polskiej gospodarki. Ponoć sprawa ma zostać zaskarżona do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Czy ktoś jeszcze wierzy, że chodzi o środowisko?

 


Źródło:

Jacek Liziniewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo