Tusk próbuje ukryć prawdę, że to on zaprosił Putina do Katynia. Premier odgrywa decydującą rolę przy ukrywaniu przed opinią publiczną dowodów ukazujących, co naprawdę stało się w Smoleńsku – z posłem PiS Antonim Macierewiczem, przewodniczącym zespołu parlamentarnego ds. katastrofy smoleńskiej, rozmawiają Leszek Misiak i Grzegorz Wierzchołowski.
.
Czy spodziewa się Pan, że Donald Tusk odpowie na dziesięć pytań zespołu parlamentarnego badającego okoliczności katastrofy?

Jeżeli nie odpowie naszej komisji, będzie musiał odpowiedzieć prokuraturze. Waga naszych ustaleń jest tak duża, że nawet w oficjalnej depeszy PAP próbuje się ukryć fakty przez nas przywołane. W tej depeszy streszcza się nasze pytania, ale w ten sposób, że z każdym z tych pytań się polemizuje, zresztą je fałszując. To niebywałe. Spotykam się z tym pierwszy raz w życiu.

Kto polemizuje?

PAP z naszą komisją. Podaje np. nasze pytanie do premiera: kto zainicjował spotkanie Tusk–Putin, do którego doszło 7 kwietnia 2010 r., gdyż według publicznych doniesień uczynił to 1 września 2009 r. Donald Tusk. To pytanie PAP komentuje w następnym zdaniu, podając, że to Putin zaprosił Tuska. Ale agencja nie pisze, że to ich własny komentarz, nie uprzedza o tym odbiorców, więc wygląda to tak, jakbyśmy to my sami sobie zaprzeczali. Tak jest zbudowana cała depesza. Widać na tym przykładzie, jak dalece służby propagandowo-informacyjne Donalda Tuska obawiają się prawdy, chcą zatrzeć ślady, że to polski premier był inicjatorem tego spotkania, a w efekcie rozdzielenia wizyty na dwie.

Twierdzi Pan, że obecne kierownictwo PAP działa pod dyktando premiera?

Z przykrością muszę stwierdzić, że ta depesza świadczy nie tylko o tym, że PAP pomaga w budowaniu propagandowego wizerunku, ale także w ukrywaniu prawdy. Pytanie komisji: dlaczego Donald Tusk odrzucił propozycję prezydenta Miedwiediewa, by śledztwo było prowadzone wspólnie, PAP opatrzył komentarzem, który sprawia wrażenie, że jest dalszą częścią naszego pytania. W owym komentarzu odwołuje się do telewizyjnego wystąpienia Miedwiediewa, o którym ja w ogóle nie pisałem w pytaniu. Mówiłem o rozmowie telefonicznej Miedwiediewa z Tuskiem, w której prezydent Rosji przedstawił propozycję prowadzenia wspólnego śledztwa przez prokuratorów obu państw. PAP służy jako narzędzie matactwa, by chronić premiera Tuska. To pokazuje degradację mediów, ale przede wszystkim, jak trudne dla premiera są najprostsze pytania zadawane przez zespół ds. wyjaśnienia katastrofy.

Wypowiedział się Pan, że jeśli premier nie odpowie na pytania komisji, jej członkowie będą się kolejno zapisywali na rozmowę do niego. To może nie odnieść skutku, bo ten rząd przyjął zasadę, by nie przejmować się krytyką, w ogóle jej nie zauważać, tym bardziej na nią reagować.

To, niestety, prawda. To jest taktyka, jaką stosował swego czasu prezydent Kwaśniewski. Odpowiedział on komisji ds. PKN Orlen, której byłem członkiem, że może przed nami zaśpiewać i zatańczyć. Ale skuteczność takiego działania ma swój kres. Prędzej czy później opinia publiczna zorientuje się, że celem tej taktyki jest odsunięcie w czasie albo w zapomnienie, odesłanie do lamusa śledztwa w sprawie Smoleńska. Chodzi o przeczekanie i rozmycie tej sprawy. Niebawem staniemy przed sytuacją, że komisja pani Anodiny przedstawi nam raport, a my nie będziemy w stanie mu przeciwstawić żadnych konkretnych badań, ustaleń, ponieważ ze względu na stanowisko pana Tuska nie były one prowadzone. Będziemy musieli tylko zaakceptować rosyjską wersję, która prawdopodobnie będzie podobna do tej, którą głosili zaraz po katastrofie.

Ale sytuacja będzie już inna. Z pytań zespołu do premiera wynika, że wiedza posłów jest coraz szersza, więc coraz trudniej będzie mu bagatelizować ich pytania i ustalenia.

Z całą pewnością, co widać po wspomnianej depeszy PAP. Materiał ten wskazuje na odpowiedzialność premiera Tuska i jego urzędników.

Nawet NATO jest zaniepokojone przebiegiem śledztwa i oferuje Polsce swoją pomoc, także Komisja Europejska w odpowiedzi na interpelację europosła Czarneckiego zadeklarowała, że chętnie udzieli polskiemu rządowi wsparcia, oby tylko zwrócił się o taką pomoc, tymczasem rząd milczy. O czym to świadczy – że rząd boi się prawdy?

Myślę, że rzeczywiście pan Tusk ma coś na sumieniu, skoro próbuje ukryć fakt, że sam zaprosił Putina do Katynia na 70. rocznicę zbrodni. Tylko tak też można wytłumaczyć próbę ukrycia, że nie przyjął propozycji prezydenta Rosji Miedwiediewa, który zaproponował mu prowadzenie wspólnego śledztwa. Wszystko to znaczy, że obawia się, iż udokumentowanie tej prawdy obciążyłoby jego i podległych mu urzędników odpowiedzialnością, przynajmniej za skandal związany z przygotowaniem tej wizyty i spowodowaniem rozdzielenia obchodów mordu w Katyniu na dwie oddzielne uroczystości. Gdy byłem ostatnio w USA i Kanadzie, konkretnie na spotkaniu Polonii w Ottawie, zrelacjonowano mi wizytę delegacji parlamentarzystów polskich w maju br. w tym samym klubie polskim. Marszałek Senatu Bogdan Barusewicz na pytanie Polonii, jak mogło dojść do tego, że zaplanowano dwie uroczystości katyńskie, odpowiedział (mam stenogram z tego spotkania), że na szczęście były dwie uroczystości, bo dzięki temu sześciu polskich senatorów przeżyło. Te słowa Polacy za oceanem przyjęli z osłupieniem. Czyżby to miało znaczyć, że ktoś miał świadomość, iż należy uniknąć udziału w uroczystości 10 kwietnia, a wziąć udział w tych wcześniejszych, by nie zginąć?

To symptomatyczna wypowiedź, nie jedyna zresztą w ustach prominentnych polityków PO.

Niektóre wypowiedzi czołowych polityków Platformy w sprawie przygotowań do obchodów stawiają znaki zapytania, czasami wręcz szokujące.

Mówił Pan o ukrywaniu dowodów. Czy Służba Kontrwywiadu Wojskowego nie ukrywa informacji na temat lotu do Smoleńska, który zgodnie z instrukcją HEAD powinien monitorować? A więc SKW wie, jak przebiegały ostatnie chwile lotu, zna prawdę, co wydarzyło się rankiem 10 kwietnia.

Nie sądzę, by SKW ukrywała dowody. Myślę, że przekazała je zgodnie z właściwością do prokuratury. Przypuszczam, że prokuratura je utajniła, choć przynajmniej część z nich jest jawna i nie powinno się ich utajniać. Nie ma żadnych podstaw, by nagrania rozmów toczonych przez pilota z wieżą lotniska, z innymi pilotami samolotów czy z własnym portem macierzystym były tajne. Nie są szyfrowane. Nie można ich utajniać. Utajnianie takich materiałów (czyli zawyżanie klauzuli tajności) jest przestępstwem. W tej sprawie dzieje się coś bardzo złego. Przypominam, że na początku śledztwa prokurator generalny Andrzej Seremet powtarzał, że w tej sprawie nic nie może być tajne, wszystko musi być transparentne i dostępne opinii publicznej. 15 kwietnia zapowiadał, że w ciągu dwóch tygodni otrzymamy nagrania czarnych skrzynek. Tymczasem do dzisiaj nie zostały przedstawione polskiej opinii publicznej nagrania nawet polskiej „czarnej skrzynki” (produkcji ATM), rejestrującej parametry lotu. Jej zapisy zgodnie z prawem też nie mogą być utajnione.

Ujawnienie ich pozwoliłoby znaleźć odpowiedzi na wiele kluczowych pytań.

Naturalnie. Z jednej strony wyśmiewa się głoszących teorie tzw. spiskowe, a przecież źródłem tych teorii jest niepewność, brak decyzji rządzących o przekazaniu opinii publicznej tych informacji. Dlaczego przez blisko pół roku tego nie zrobiono? Co rząd chce ukryć? To nie są decyzje konkretnych służb, lecz tych, którzy wydają polecenia tym służbom. To się dzieje na poziomie urzędu premiera Donalda Tuska, który robi wszystko, by Polacy nie dowiedzieli się prawdy o przebiegu tej katastrofy. Możemy dyskutować, w jakim stopniu premier jest odpowiedzialny za skandaliczne działanie ministra Bogdana Klicha, który dopuścił do wylotu samolotu nieprzygotowanego do tego (m. in. nie było samolotu zapasowego, co jest konieczne według instrukcji HEAD). Możemy dyskutować, w jakim stopniu jest odpowiedzialny za działania Tomasza Arabskiego czy niesłychanie skandaliczne zachowanie szefa BOR Mariana Janickiego. Oczywiście, ci ludzie już dawno powinni być zdymisjonowani, łącznie z minister Ewą Kopacz, która okłamała Sejm i opinię publiczną, mówiąc, że polscy prokuratorzy byli obecni podczas sekcji zwłok w Rosji oraz że przekopano starannie cały teren katastrofy. Ale nie podlega dyskusji, że pan Tusk próbuje ukryć prawdę, iż to on zaprosił Putina do Katynia. Premier więc mataczy i odgrywa decydującą rolę przy ukrywaniu przed opinią publiczną dowodów ukazujących, co naprawdę stało się w Smoleńsku.

Może Pan podać przykład ukrywania prawdy oprócz tych już przywołanych w tej rozmowie?

Jaskrawym przykładem jest brak jakiejkolwiek konkretnej opinii na temat nakręconego minuta czy dwie po katastrofie telefonem komórkowym dramatycznego filmu, który był już znany opinii publicznej 12 kwietnia. Nie minął tydzień, gdy została przeprowadzona, m.in. po mojej interwencji w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej, przez ABW ekspertyza tego filmu. Opublikowano komunikat, z którego wynikało, że przy niepewności, czy dźwięki, które tam słychać, to są strzały, czy nie, ABW potwierdza autentyczność ścieżki dźwiękowej.

I obecność polskich głosów na nagraniu…

Ten komunikat opublikowano w końcu kwietnia. Mija pięć miesięcy i ze strony żadnych organów państwa polskiego nie mamy jakiejkolwiek publicznie dostępnej diagnozy, co naprawdę przedstawia ten film, co się dzieje na miejscu katastrofy. Ani prokuratura, ani komisja ministra Millera nie wydały oświadczenia, że na przykład to, co zarejestrowano na filmie, to tylko strzały na wiwat albo odpędzanie gapiów. Film trwa tylko minutę i 24 sekundy. Z jakich powodów tego autentycznego, według ABW, dowodu jeszcze nie zdiagnozowano, gdy opinia na całym świecie oglądająca go huczy, że być może mamy do czynienia ze zbrodnią? Co więcej, autor tego filmu udziela wywiadów, ale dotychczas nie został przesłuchany ani przez rosyjską, ani polska prokuraturę. To zaniechanie obowiązków przez prokuraturę i komisję pana Millera, wynikające ze świadomej decyzji rządu, który nie chce wyjaśnić prawdy. Jednocześnie oskarża wszystkich, którzy próbują analizować tę sprawę, że zajmują się spiskowymi teoriami, że są to polityczne działania itd. Nie było czegoś takiego w historii Polski.

Dlaczego, Pana zdaniem, prokuratura polska dopiero teraz ujawniła, że ma próbki biologiczne pobrane od ofiar do badań DNA, choć rodziny od dawna zastanawiały się nad przeprowadzeniem ekshumacji, a pełnomocnik Beaty Gosiewskiej, mec. Rafał Rogalski, złożył już taki wniosek w prokuraturze?

Obawiam się, że jest to próba uniknięcia ekshumacji. Niepokój rodzin był związany z niepewnością, czy rzeczywiście pochowali zwłoki swoich najbliższych. Tymczasem z punktu widzenia śledztwa jest bardzo ważne dokonanie ekshumacji i analizy badań zwłok, która by ujawniła, jaka była realna przyczyna śmierci.

Myśli Pan, że dojdzie do tego?

Prędzej czy później na pewno. Niestety, prokuratura nie chce tego uczynić, choć powinna zrobić to z urzędu, zwłaszcza że jako przyczynę śmierci ofiar Rosjanie podają obrażenia ogólne. Każda śmierć ma swoją bezpośrednią przyczynę i powinno się to ustalić.

Po powrocie z USA i Kanady mówił Pan, że komisja przedstawi niedługo analizę zdjęć. Czy chodzi o zdjęcia satelitarne z rejonu katastrofy?

Tak, przygotowujemy taką analizę na podstawie zdjęć satelitarnych z okresu przed i po katastrofie.

Czy zespół będzie starał się ustalić, gdzie są zdjęcia satelitarne, o których mówił 29 kwietnia w Sejmie minister Jacek Cichocki? Bo prokuratura twierdzi, że ich nie ma.

Minister Cichocki stwierdził wtedy, że posiada takie zdjęcia, godzinę później po tym, gdy premier, pod naciskiem posłów PiS, zadeklarował, że zwróci się do USA o te zdjęcia. Minister Cichocki stwierdził, że już je ma. To jest mistrzostwo świata, jeśli chodzi o skuteczność działania, i wydaje mi się, że także mistrzostwo świata w fantazjowaniu. Bo żeby tak przedstawiać rzeczy parlamentowi, trzeba być niesłychanie pewnym, że korzystając z władzy, można działać bez żadnych konsekwencji. Natomiast nasza analiza zdjęć, mam nadzieję, będzie przydatna przy ustalaniu okoliczności lądowania, zwłaszcza wyjaśnienia, w jakim stopniu miał rację minister Graś, deklarując niedawno w jednej z audycji, że nie było żadnej różnicy między przygotowaniami i realizacją lądowania delegacji premiera Tuska 7 kwietnia i prezydenta Kaczyńskiego 10 kwietnia. Choć już dzisiaj można powiedzieć, że wprowadzał słuchaczy w błąd, bo wiadomo, że były zasadnicze różnice w sposobie działania BOR. Było także wiele innych różnic.

Jakie są efekty Pana wizyty za oceanem?

Podczas spotkań z Polonią, od Ottawy, Toronto poprzez południową Kalifornię, Chicago, Waszyngton, Sacramento, San Francisco, Los Angeles, przedstawiłem pierwsze wyniki prac zespołu parlamentarnego. Liczę, że Polonia może doprowadzić do uzyskania konkretnych dowodów w sprawie okoliczności, w jakich doszło do katastrofy. O ile bowiem nasze analizy tego, co działo się przed rozbiciem się samolotu i po katastrofie, są na tyle udokumentowane, że ich skutkiem będą zawiadomienia o popełnieniu przestępstw, o tyle jeśli chodzi o sam przebieg katastrofy, to ze względu na zaniechania rządu Tuska i mataczenie, pozostawienie w rękach rosyjskich gros dowodów, będziemy w dużej mierze skazani na domniemania i hipotezy. Polonia może nam tu dostarczyć tzw. twardych dowodów i doprowadzić do powstania międzynarodowej komisji, zwłaszcza jeżeli zaangażuje się w to Kongres Stanów Zjednoczonych. To był główny cel mojego pobytu za oceanem. Powstała tam wówczas petycja, która jest dziś masowo podpisywana przez obywateli amerykańskich pochodzenia polskiego. Dziesiątki tysięcy takich petycji zostanie wysłanych do kongresmanów i senatorów.

Bezpośrednio z kongresmanami i senatorami także się pan spotykał?

Owszem i były to dla obu stron dość trudne rozmowy, bo okazało się, że są oni systematycznie wprowadzani w błąd przez przedstawicieli polskich władz, którzy pokazują im obraz taki, jaki propaganda rosyjska przedstawiała nam w pierwszym dniu katastrofy, i którego dziś już w Polsce nikt nie próbuje bronić. Że samolot kołował trzykrotnie, zanim podjął próbę lądowania, że piloci nie znali rosyjskiego, że prezydent zmuszał pilotów do lądowania. To z całą powagą jest przekazywane im stąd, z Polski. Dlatego gdy się dowiedzieli, jak rzeczywiście wygląda stan rzeczy, byli zaskoczeni i zdumieni.