NASZ REPORTAŻ! Wstrząsająca opowieść młodej Ukrainki: „Poczułam, jakbym jednej nocy postarzała się o wiele lat”

Kiedy przygotowywaliśmy się do pożegnania, ojciec poszedł do drugiego pokoju i tam dostał ataku paniki. Mama uspokajała go, mówiąc, że to dobrze, że ja wyjeżdżam, bo będę bezpieczna. Kiedy wyszedł do mnie, po raz pierwszy w życiu zobaczyłam płaczącego ojca. Usiadłam na kanapie i dokończyłam śniadanie. Mama przyszła. Coś zażartowałam. Spojrzała na mnie i powiedziała, że nie powinnam ukrywać swoich uczuć. Nic nie odpowiedziałam – opowiada swoją historię pożegnania z ojczyzną ukraińska studentka Kateryna Rudenko.

Czernihów
facebook.com/vechirniy.chernihiv

Dziewczyna jest członkiem Klubu Stosunków Międzynarodowych Narodowego Uniwersytetu „Akademii Kijowsko-Mohylańskiej”, najstarszej uczelni na terenie współczesnej Ukrainy. Swoją opowieść zaczyna od 24 lutego.

- Tego dnia obudziłam się wcześnie, aby przygotować się do kolokwium. W przeciwieństwie do wielu innych nie miałam złego przeczucia. Dobrze wypoczęłam, bo dzień wcześniej po raz pierwszy od kilku miesięcy poszłam na spacer po swojej wiosce i uspokoiłam się myślą - „Kto na świecie zdecydowałby się zacząć wojnę na wiosnę?”. Przez cały miesiąc zapewniałam bliskich, że nikt nie rozpęta głupiej wojny w środku Europy.
- wspomina Kateryna.

Dziewczyna stwierdza, że zapamięta tę chwilę na całe życie.

- Słyszałam, jak mama rozmawia przez telefon z kimś na korytarzu. Nie otwierałam jeszcze laptopa, nie czytałam jeszcze wiadomości. Ona weszła do mojego pokoju i pierwszą rzeczą, którą powiedziała, było „Jeszcze nie wiesz? Wojna się zaczęła”. Trudno opisać co poczułam w tamtej chwili, ale pierwsze co pomyślałam było – „Kto wydał ten zbrodniczy rozkaz?”, a następnie „Za co?”
– wspomina.

Strach nie opuszczał Kateryny przez całą pierwsza noc.

- Bałam się nawet na sekundę przerwać czytać wiadomości, bo w przeciwnym razie pozostawało mi tylko siedzieć w zupełnej ciszy i nasłuchiwać. Nie zbombardowano nas. Nic w pobliżu również nie zostało zbombardowane. Zasnęłam dopiero rano. Kiedy obudziłam się po kilku godzinach snu, poczułam, jakbym po jednej pełnej przerażenia nocy postarzała się o wiele lat.
- relacjonuje w rozmowie z dziennikarką portalu niezależna.pl.

Wyjazd

Następnego dnia, strach przed bombardowaniem ustąpił i przyszła pora na podjęcie ważnej decyzji.

- Od pierwszego dnia wojny wiedziałam, że ta chwila nastąpi. Mimo to po pierwszej rozmowie na ten temat z rodzicami weszłam do swojego pokoju i stałam tam przez chwilę łapiąc powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Próbowałam im powiedzieć, że nie chcę. Mówili, że to głupie. Wiedziałam, że to głupie. Zwłaszcza w naszej sytuacji i tych okolicznościach. Ale nadal miałam nadzieję, że to się nie uda. Że nie znajdę transportu, że wolontariusze nie zgodzą się mi pomoc, że wszystko będzie zbyt skomplikowane i będę musiała zostać. 
– relacjonuje młoda kobieta.

Trzeciego dnia pierwsze rakiety przeleciały również nad wsią Kateryny. Prawdopodobnie wystrzelono je w stronę Czerkas, miasta w centralnej części Ukrainy, lub Umania, położonego w obwodzie czerkaskim.

Transport znalazł się piątego dnia dzień. Znajomy rodziny już zawiózł swoją żonę i małe dziecko do granicy z Polską i zaproponował pomoc rodzinie Kateryny. Jednak ojciec dziewczyny nie mógł opuścić miejsca zamieszkania, zaś matka zdecydowała pozostać z nim i nie opuszczać go niezależnie od okoliczności.

- W przeciwieństwie do innych rodzin nie mieliśmy żadnych oszczędności. Na początku wojny moi rodzice natychmiast stracili pracę. Kiedy pakowali mnie w drogę, wszystkie pieniądze, które były w domu, położyliśmy na stole. Było to kilka tysięcy hrywien, czyli nie więcej niż trzysta euro. Większość dano mi na podróż, a mniejszą część rodzice zostawili sobie
– mówi Ukrainka.

- Wyjeżdżałam z myślą, że pomogę im materialnie. W maju zamierzałem rozpocząć prestiżowe stypendium naukowe w Kanadzie, które zdobyłam wcześniej z wielkim wysiłkiem. Rodzice obawiali się, że wkrótce wysadzą mosty na Dnieprze, a ja nie zdołam przeprawić się przez rzekę i dostać się na prawy brzeg. Musiałam wyruszać natychmiast.
- wspomina.

Pożegnanie

Szóstego dnia do wsi Kataryny dotarł znajomy rodziny. Mężczyzna nie spał od kilku dni.

- Siedzieliśmy razem w pokoju i rozmawialiśmy, tak jak to robiliśmy zawsze, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Czernihowie, zanim przenieśliśmy się na wieś. Cieszyliśmy się, widząc go żywego. Udawał, że wszystko z nim w porządku. Choć już wtedy wiedzieliśmy, że okolice Czernihowa są zaminowane, nie można dostać się do miasta, a cywile są bombardowani we własnych domach. Tam zostali jego rodzice, krewni, przyjaciele. Kiedy się śmiał, w jego oczach zobaczyłam coś strasznego, graniczącego z szaleństwem. Moja mama po cichu powiedziała mi, że powinnam na niego uważać, bo po drodze może zachorować. „Ma zespół stresu pourazowego” – powiedziała.

To był bardzo trudny wieczór.

- Mama przeglądała wiadomości. Obejrzeliśmy film pokazujący, jak w Charkowie, mieście, w którym moi rodzice spędzili młodość, nastąpił bardzo silny wybuch. Film kończył się i zaczynał od nowa, i tak w kółko. Ojciec stał na środku pokoju i oglądał to wideo raz za razem. Miał przerażony wyraz twarzy. Następnie podszedł do komputera i przewinął w dół, aby wideo zniknęło z widoku
– wspomina.

Dziewczyna spakowała rzeczy. Trochę ubrań, laptop i ciężka antologia ukraińskiej poezji, którą kupiła w centrum Charkowa, kiedy miałam 17 lat. Pogłaskała kota i wypuściła go na dwór. Wyjazd wyznaczono na rano.

- Kiedy przygotowywaliśmy się do pożegnania, ojciec poszedł do drugiego pokoju i tam dostał ataku paniki. Mama uspokajała go, mówiąc, że to dobrze, że ja wyjeżdżam, bo będę bezpieczna. Kiedy wyszedł do mnie, po raz pierwszy w życiu zobaczyłam płaczącego ojca. Usiadłam na kanapie i dokończyłam śniadanie. Mama przyszła. Coś zażartowałam. Spojrzała na mnie i powiedziała, że nie powinnam ukrywać swoich uczuć. Nic nie odpowiedziałam

Droga

Po trudnym pożegnaniu samochód w końcu wyruszył. Droga we wschodniej części kraju była jednym wielkim korkiem.

- W każdym samochodzie były dzieci, kobiety i mężczyzna za kierownicą z podkrążonymi ze zmęczenia oczami.

Droga zajęła trzy dni, w tym nocleg u koleżanki ze studiów w Winnicy (w centralnej części Ukrainy), zabranie po drodze kilku kobiet i dzieci, oraz nocleg w ośrodku dla uchodźców w Tarnopolu (zachodnia część kraju).

– Zatrzymaliśmy się w centrum dystrybucyjnym, które znajdowało się w budynku stacji. Zostałam sama w samochodzie, wszyscy wysiedli. I wtedy po raz pierwszy w życiu usłyszałam na żywo syrenę przeciwlotniczą. Próbowałam wydostać się z samochodu, ponieważ pozostawanie w nim byłoby niebezpieczne. Jednak drzwi okazały się być zablokowane. Zadzwoniłam do przyjaciela rodziny, ale dzwonek jego telefonu usłyszałam na pustym siedzeniu obok mnie. Syrena mroziła krew. Potem ustała. Oznaczało to, że pocisk został zestrzelony przez obronę przeciwlotniczą. Może wcale nie był wymierzony w Tarnopol, ale syrena ostrzegała wszystkich przed możliwym niebezpieczeństwem.

Granica i Polska

- Żegnając się z przyjacielem rodziny, w myślach życzyłam, by los go oszczędził. Z każdym dniem naszej wyczerpującej podróży jego myśli stawały się coraz bardziej chaotyczne ze zmęczenia i zmartwień. Często sprawdzał swój telefon, żeby przeczytać, co się dzieje w Czernihowie. Kiedy jechaliśmy przez zachód kraju, powtarzał, że nie mieści mu się w głowie, jak spokojni wydają się być ludzie tutaj, jakby nie było wojny

– wspomina dziewczyna ostatnie godziny w ojczyźnie.

- Zrozumiałam, co miał na myśli, kiedy ustawiła się w kolejce na granicy. Dzieci się śmiały, kobiety zaś dyskutowały o wojnie tak, jak na każdy inny temat dyskutuje się stojąc się w kolejce. Dzieliły się ze sobą planami na przyszłość. Prawie każdy miał w Europie pieniądze i krewnych, do których mógł się udać. Poczułam agresję tak silną, że w tym momencie mogłabym pewnie nawet kogoś uderzyć. Byłam przesiąknięta nienawiścią do wszystkich, którzy stali w tej kolejce. Jak można mówić o pokoju, jeśli gdzieś jest wojna? Jak mogli mówić o wojnie i nie paść na kolana, szlochać i bić czołem o podłogę?
– opisuje swój stan emocjonalny Kataryna.

W końcu Ukrainka przekroczyła granicę.

- Polacy byli dla nas bardzo mili. Z granicy do ośrodka dla uchodźców odjechałam samochodem wolontariusza. Gdy dotarliśmy na miejsce, niemal natychmiast znalazła mnie wolontariuszka, która zgodziła się zabrać mnie do Warszawy. Wolontariusze uśmiechali się, ja odwzajemniałam uśmiech. Na drogę dali mi dużo przekąsek, chociaż nie chciałem niczego brać. Wydawało mi się, że te darmowe rzeczy komuś przydadzą się bardziej.
– wspomina.

Na odchodne wolontariusz dał jej jeszcze 100 złotych na drobne wydatki.

Młoda kobieta przyznaje, że ciężkie myśli nie opuszczały ja przez cały czas od chwili, gdy tylko po raz ostatni przekroczyła próg domu.

- Nie opuszczała mnie myśl, że byłoby lepiej, gdyby mnie zbombardowano. Nie moją rodzinę i mnie, lecz tylko mnie. Byłoby lepiej, gdybym sama siedziała gdzieś pod bombami, w czasie gdy moi rodzice byliby bezpieczni. Po prostu nie ma gorszego uczucia niż siedzenie tysiące kilometrów od najbliższych ludzi, wiedząc, że gdyby coś im się stało, nie mogłabym ani pomóc, ani nawet zamknąć im oczu po śmierci.

Na karcie Kataryny po przyjeździe do Polski było około 100 euro, ponieważ część z nich wydała na paliwo dla przyjaciela rodziny.

- Moi mili przyjaciele z Europy przysłali mi więcej pieniędzy. Teraz mam 300 euro. Będę musiała pożyczyć resztę, żeby opłacić bilet do Kanady, gdzie będzie odbywał się mój staż naukowy. Tam będę musiała pokazać się z jak najlepszej strony. Dać radę i pokonać wszelkie trudności, aby móc pomóc rodzicom. To trudne, bo odkąd opuściłam rodzinę, na moich barkach ciąży ciężar, którego nie mogę się pozbyć. Wszystkie emocje są wyciszone... Nie... one są wytłumione. Linia frontu zbliża się do moich rodziców, a ja mogę na to tylko bezradnie patrzeć.
– mówi.

Jednak od razu dodaje optymistycznie: Kiedy wygramy, ten dzień będzie moim drugim narodzinami. Kiedy będę mogła już dłużej nie martwić się o moją rodzinę, docenię każdą minutę błogiego spokoju.

Kateryna Rudenko to młoda ukraińska dziennikarka z Klubu Stosunków Międzynarodowych Narodowego Uniwersytetu „Akademii Kijowsko-Mohylańskiej”, najstarszej uczelni na terenie współczesnej Ukrainy.
 

 

 

 



Źródło: niezalezna.pl

Olga Alehno
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo