Krew, prąd i dobrzy Niemcy

Od początku wojny widzimy okrucieństwo Rosjan, opisane i pokazane w setkach tekstów i obrazów. Widzimy też jednak, jak z dramatem na Ukrainie radzi sobie Europa. Mocne słowa, twarde deklaracje i coraz bardziej widoczna niemoc, gdy przychodzi do konkretów. Przekonujemy się również, że każda próba mówienia o tym na głos spotyka się ze zdecydowanym oporem, według bowiem obowiązującej narracji każda krytyka lub choćby tylko próba większej mobilizacji Niemiec i innych państw starej Unii przedstawiane są jako jej dzielenie, a więc gra na rzecz Moskwy.

Dramat narasta, fikcyjność sankcji coraz bardziej kłuje w oczy. I to również niczego nie zmienia, komfort Niemców ważny jest nie tylko dla niemieckich polityków (to jeszcze da się zrozumieć), lecz także dla polskiej opozycji i dominującej części świata mediów.

Szantaż dzielenia Unii

Drugiego kwietnia premier Mateusz Morawiecki na Twitterze zamieścił następujący wpis: „Codziennie setki tysięcy Ukraińców budzą się ze strachem, czy nad ich domy nie nadlatują rosyjskie samoloty, a w Europie loteria… raz zapowiedź mocniejszych sankcji, następnego dnia głosy, by nie przesadzać. Putin podpalił całą Ukrainę, a Europa się zastanawia, czy koc gaśniczy wystarczy”. Nie ma w tej wypowiedzi niczego nieprawdziwego, wydawałoby się więc, że i niczego kontrowersyjnego, ot, stwierdzenie przykrych faktów.
Okazuje się, że nie dla każdego. I tak Maciej Gdula, polityk Nowej Lewicy, który jeszcze 17 stycznia świętował w swoich mediach społecznościowych kolejną rocznicę „wyzwolenia” Warszawy przez Sowietów, broni polityki Unii, odpowiadając Morawieckiemu: „Lepsze mniejsze sankcje, które wchodzą w życie, niż największe, o których tylko publicznie się dyskutuje i buduje podziały w UE. Wiadomo, kto czeka na podzieloną Europę”.

I ten właśnie szantaż słyszymy od kilku tygodni, a może raczej od kilku tygodni słyszymy go w jeszcze większym natężeniu, przecież i wcześniej każda krytyka zachowania UE lub Niemiec traktowana była przez opozycję i jej zbrojne w klawiatury oddziały ochotników jako przysługa lub opłacana praca na rzecz Rosji.

Cena niemieckiego komfortu

Niemcy blokują lub opóźniają wszelkie sankcje, które mogłyby pogorszyć nieznacznie komfort ich obywateli, podwyższając ich koszty życia. W ten sposób Ukraińcy płacą po raz drugi cenę za fanatyzm niemieckich polityków i ich wyborców, którą wcześniej zapłacili już ci ostatni. Tyle tylko, że za szaleństwo niemieckiego ładu energetycznego Niemcy płacili w wysokich rachunkach za prąd (według danych podawanych przez ekspertkę od atomu Urszulę Kuczyńską w ostatnich latach w tym bogatym kraju z powodu nieopłacania opłat za energię operatorzy wyłączali prąd w 340 tys. gospodarstw rocznie), Ukraińcy natomiast płacą ją życiem, zdrowiem i krwią. Ilu z tych ofiar udałoby się uniknąć, gdyby zerwanie nie tylko z węglem, lecz także ekologicznie bezpiecznym atomem nie doprowadziło do uzależnienia gospodarki od zależnych od natury odnawialnych źródeł energii, a w efekcie do konieczności łatania coraz większych dziur importem rosyjskiego gazu?

W środę dowiedzieliśmy się, że unijne sankcje, blokujące import węgla z Rosji, w życie wejdą nie w połowie lipca, jak zakładano, a więc i tak dramatycznie późno, lecz miesiąc później, w połowie sierpnia, a zmianę tę wymusili na innych państwach Niemcy. Tymczasem politycy polskiej opozycji i mówiący z nimi jednym głosem dziennikarze od wielu miesięcy przypominają wciąż o polskim imporcie węgla z Rosji i winą za to zjawisko obarczają polskie władze, choć nie państwo, a firmy prywatne są importerami. Owszem, w ostatnich dniach pojawiły się indywidualne polskie sankcje, jednak pozostaje problem importu nie do Polski, a przez Polskę. Gdy rządzący zwracali uwagę, że do zatrzymania tego zjawiska potrzebne jest działanie na szczeblu unijnym, nie krajowym, opozycja puszczała to mimo uszu. Tym bardziej nie podnosiła w swych wystąpieniach kwestii zależności gospodarki Niemiec, przeciwnie, za każdym razem próbowała temat zakrzyczeć.

Bardziej niemieccy niż Niemcy

Do historii polskiej telewizji przejdzie fragment niedawnej debaty politycznej w studiu TVP Info, prowadzonej przez Bartłomieja Graczaka. Po ujawnieniu masakry w Buczy Graczak zapytał obecnych w studiu polityków, czy Niemcy ponoszą za nią współodpowiedzialność. Reprezentujący Platformę Obywatelską Aleksander Miszalski zaprotestował, mówiąc o uprawianiu przez stację tępej propagandy. Problem w tym, że dziennikarz zacytował nieświadomemu politykowi fragment komentarza niemieckiego pisma „Die Welt”. Niemca krytykować nie można, to wiemy wszyscy, tu jednak mamy do czynienia ze zjawiskiem, które można by na cześć bohatera sytuacji określić mianem „paradoksu Miszalskiego” – czy można krytykować Niemca, krytykującego innych Niemców? Niestety poseł Platformy ucieka finalnie od rozwiązania tej zagadki, ograniczając się do konkluzji, że o ile sama publikacja jest słuszna („należy cieszyć się, że Niemcy przyznają się do błędu”), już cytowanie tej refleksji jest tępą, antyniemiecką propagandą. Paradoksy mnożą się więc ku uciesze widzów, niestety, jak wiemy już, w tej grze nic nie ma za darmo.

Polskie koszty

Co prawda cena, jaką ponoszą Polacy jest nieporównywalnie mała z płaconą przez naszych sąsiadów (ze Wschodu, nie z Zachodu), jednak ponosimy koszty wojny, czy to w inflacji i wzroście cen paliw, czy to w pomocy dla ukraińskich uchodźców. Płacimy sami, ponieważ Unia Europejska, o czym też mówić nie wypada, wobec Polski jest wciąż dużo bardziej wyrywna niż w odniesieniu do Rosji, co bardzo mocno podkreślał w Parlamencie Europejskim Patryk Jaki: „Rosja, tak samo jak do Ukrainy, ma roszczenia do Polski. I myślę, że na Kremlu muszą mieć niezły ubaw, gdy widzą, jak Niemcy rękami Unii Europejskiej atakują Polskę, która najbardziej pomaga Ukrainie. Wy chcecie nakładać na Polskę sankcje, bo my nie chcemy robić wszystkiego tak jak wy. Ale tak naprawdę, co mielibyśmy od was naśladować, tę obojętność na los Ukrainy?”. Ano właśnie. Gdyby UE w sprawie Rosji miała tyle determinacji, ile ma wtedy, gdy trzeba finansowo pognębić nielubiany rząd i kraj nad Wisłą…

Niemcy tymczasem już planują przyszłe interesy z Rosją, a choć opinia publiczna i media mówią dziś często innym niż jeszcze niedawno językiem (wspomniany tekst z „Die Welt” jest faktycznie bardzo wobec lokalnej klasy politycznej surowy i zawiera tezy, za które polskich publicystów rozszarpaliby ich właśni koledzy z innych redakcji), politycy patrzą już w przyszłość, co pozwala im nie widzieć tego, co teraz. Jak Angela Merkel, wybierająca wakacje po zaproszeniu na Ukrainę. Czy jak Günter Verheugen tłumaczący, że znów trzeba będzie wkrótce wyciągnąć rękę do Rosji.

Węgierski argument

Nasi obrońcy Niemiec jako alibi traktują trudne faktycznie do obrony zachowanie Węgier. Opozycja od 2015 r. obsesyjnie powtarza pewne frazy, licząc, że akurat one porwą niezainteresowane nią społeczeństwo. Po jakimś czasie nikt o nich nie pamięta (np. próba powiązania PiS z problemami SKOK-ów), znajdują się jednak nowe.

Po histerycznej obronie praworządności, która rozjechała się z nastrojami społecznymi pierwszych dni wojny, przyszła pora na uparte wypominanie PiS kontaktów z europejską prawicą z naciskiem na ułatwiającego im dziś sprawę Viktora Orbána. Oczywiście przy pominięciu faktu, że silniejsi gracze mają tu na sumieniu o wiele więcej ustępstw wobec Putina, więcej krwawych biznesów i zmarnowanych okazji na powstrzymanie dyktatora i jego armii. Gdy coraz głośniej słychać tezę o bankructwie przywództwa Niemców w Europie, prób kierowania uwagi na wątki drugorzędne będzie coraz więcej.

 



Źródło: Gazeta Polska Codziennie

 

#Gazeta Polska Codziennie

Krzysztof Karnkowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo