Czy można mieć wolność na jaką mogą sobie pozwolić najwięksi jazzmeni, zyskać status i prestiż filharmonicznego wirtuoza, gromadzić tłumy na koncertach niczym gwiazda pop, pozostając jednocześnie wiernym rodzimej tradycji muzycznej? Wczoraj Paco de Lucia pokazał że to osiągalne.

Zanim jednak Paco pojawił się na scenie sali kongresowej, publiczność miała okazję poznać  kwartet świetnego polskiego gitarzysty Marcina Olaka. Ale nie tylko. Mariusz Adamiak - szef Warsaw Sumer Jazz Days przygotował scenariusz trzeciego festiwalowego wieczoru tak, jak najlepszy kucharz układa menu wystawnego przyjęcia. Po polskim kwartecie i urokliwie, choć nieco powściągliwie zagranym programie w centralnym miejscu sceny rozłożył się z aparaturą Renaud Garcia Fons. Ale to nie zestaw samplerów i sterowanych nogą elektronicznych zabawek ogniskował uwagę. Solista (Garcia Fons przyjechał do Warszawy sam - bez zespołu) chwycił pięciostrunowy kontrabas i po trwającej wieczność chwili strojenia instrumentu zaczął grać, a właściwie czarować muzyką.

Ten pierwszy w Polsce występ największego bodaj wirtuoza kontrabasu, wprowadzał nas na przemian w osłupienie i zachwyt. Wydawało się że artysta pokonał wszystkie bariery techniczne, z jakimi zmagają się ci którzy kiedykolwiek mieli do czynienia z kontrabasem. Olbrzymi instrument pod jego palcami zachowywał się posłusznie jak skrzypce i brzmiał momentami jak skrzypce. Pochylony obejmując ramionami instrument, wręcz zrośnięty z nim, Garcia Fons z niezwykłą lekkością wydobywał całe akordy, pasaże, przemierzając w karkołomnym tempie skalę, od najniższych rejestrów, do świdrujących uszy bardzo wysokich tonów. Większość programu oparta na motywach muzyki hiszpańskiej, z bogactwem innych etnicznych inspiracji rodem z Afryki Północnej i Azji. Piękny melodyjny popis wzbogacały od czasu do czasu motywy schwytane w elektroniczną pamięć i w formie pętli, wyzwalane nogą przez muzyka. Z entuzjazmem publiki, z owacjami na stojąco, kontrastowała niezwykła skromność artysty, który wyznał, że jak Bóg da, przyjedzie do nas ponownie, a teraz powinien ustąpić miejsca tym, którzy zagrają właściwy koncert.

Niemal dwugodzinny show jaki rozpoczął się z chwilą wejścia na scenę starszego eleganckiego pana z gitarą przyćmił wszystkie poprzednie wrażenia. Paco de Lucia zaczął skromnie od solowego popisu, dopiero po jakimś czasie stopniowo dołączyli pozostali muzycy. Po obu stronach lidera rozsiedli się na czerwonych krzesłach z jednej strony trzej śpiewacy, po drugiej brodacz z harmonijką ustną i klawiszem, basista i perkusista grający w zasadzie na drewnianej skrzynce tzw kahonie. Ta ośmioosobowa orkiestra na kilkadziesiąt minut uprowadziła nas na półwysep Iberyjski.

Koronkowe sola gitary, jak kaskady spadające akordy, puls drobny, gesty, coraz szybszy znalazły swoistą kulminację w momencie gdy skromny drobnej budowy śpiewak poderwał się  miejsca i dostojnie wkroczył na podium. Zrazu zaczął od drobnych kroczków w miejscu, czasem tylko podbijał akcenty, potem ruszyła niezwykła gęsta seria.

(fot. Krzysztof Machowina)

Gdy wydawało się że już nie można nic dodać do tak precyzyjnie i szaleńczo wystukiwanej obcasami szybkiej faktury, tancerz obrócił się raz, drugi, kolejny klaszcząc i zagarniając rozpostartymi ramionami powietrze jak ptak, potem podskok i znów pełen obrót. A wszystko dokładnie w rytmie, w obłędnym tempie, podbijane akcentami zespołu. Tańczący facet w obcisłym stroju po raz pierwszy nie powodował głupich skojarzeń. Było w tym właśnie coś bardzo męskiego, drapieżnego, dzikiego. Po każdym efektownym wręcz cyrkowym numerze wybuchały gwałtowne owacje. Ale popisy tancerza czy chrapliwe sola śpiewaków to były wisienki na torcie, bo mistrzem był Paco. Prawie nieruchomy, lekko wycofany, uśmiechając się od czasu do czasu do swoich młodszych o pokolenie companieros. Król hiszpańskiej gitary pokazał, że formuła flamenco jest w stanie pomieścić genialne, niezwykle wyrafinowane jazzowe harmonie, napięcia i różnice dynamiczne rodem z klasyki i etniczną witalność.