Jestem dziennikarzem, nie chemikiem

Nie muszę być ekspertem od spektrometrii mas, detekcji jonowej czy chromatografii gazowej.

Nie muszę być ekspertem od spektrometrii mas, detekcji jonowej czy chromatografii gazowej. Nie muszę rozumieć, że „difenyloamina oraz paramitrodifenyloamina mogą pełnić rolę stabilizatorów prochu bezdymnego”. To rzecznik prokuratury - przedstawiając ustalenia biegłych w najważniejszym śledztwie w tym kraju - ma mnie i innym dziennikarzom, a za naszym pośrednictwem Polakom, wyjaśnić w przystępny sposób, czy na pokładzie Tu-154M doszło do eksplozji, czy nie.

Podczas konferencji prokuratury wojskowej zadając jedno z kilku pytań w imieniu „Codziennej”, pomyliłam detektor jonowy z chromatografem gazowym. Ku uciesze m.in. "GW", która uznała, że temat nadaje się na czołowkę jej portalu jako główny news po konferencji ws. trotylu bo szef śledczych sprowadził wreszcie do parteru "awanturujących się i wszystko wiedzących niepokornych" udowadniając, że nie rozumieją nawet o co pytają. 

Chciałam wiedzieć, czy urządzenia, których śledczy używali w Smoleńsku, były skalibrowane wyłącznie na nieprzereagowane materiały wybuchowe, czy może któryś dodatkowo wykrywał także produkty spalania. Faktycznie, pomyliłam nazwy tych nieszczęsnych urządzeń, ale kontekst mojego pytania był na tyle jasny, że prokurator Szeląg przy odrobinie dobrej woli mógł mnie szybko poprawić i odpowiedzieć. 

Ta krótka wymiana zdań tylko pozornie nie wykracza poza moje małe, prywatne podwórko. Od dawna bowiem język używany przez śledczych podczas konferencji czy stosowany w wydawanych komunikatach stanowi barierę dla opinii publicznej, a przewaga specjalistycznej wiedzy, którą żonglują prokuratorzy stawia ich w nadrzędnej pozycji, czyniąc de facto jedynymi sprawiedliwymi.

Odczytanie nam z kartki opinii biegłych, w której szef prokuratury wyjaśnia, że „difenyloamina oraz paramitrodifenyloamina mogą pełnić rolę stabilizatorów prochu bezdymnego”, a więc nie było eksplozji na pokładzie, w zasadzie z góry wyklucza zadanie "na gorąco" właściwych pytań i natychmiastową weryfikację faktów.

Na konferencji nie było także niestety biegłych, których moglibyśmy dopytać o różne kwestie i prosić o wyjaśnienie. - Nie ma, bo być nie mogło - odpowiedział prokurator Szeląg. Nie było też prokuratora referenta, który ma najbardziej szczegółową wiedzę w śledztwie i mógłby rozwiać nasze wątpliwości. - Prokuratora referenta zapytałem o to, czy chce tutaj dzisiaj wystąpić. Stwierdził, że nie chce - to znów płk. Szeląg.

Owszem, możemy „po wszystkim” spotkać się z ekspertem i analizować komunikat zdanie po zdaniu. Tak zrobimy. Tylko co z tego? Jeśli okaże się, że coś się nie zgadza, będziemy mogli dopytać o to śledczych w demaskującym blasku fleszy dopiero na kolejnej konferencji. Za pół roku. Tymczasem przekaz z dzisiejszego spotkania poszedł w świat. Jego weryfikacja to już „dłubanie nadgorliwych, prawicowych awanturników”.

Paradoksalnie na uproszczeniu formy komunikatów zyska wszak sama prokuratura bo automatycznie ograniczy szereg domysłów, spekulacji bądź złej interpretacji faktów - co często oburzona zarzuca dziennikarzom.

Ci nie są ekspertami od spektrometrii mas czy chromatografii. I być nie muszą. Może się nimi w końcu staną, ale prokuratura powinna nam w tym pomóc, a nie szydząco wytykać brak fachowej wiedzy. To nie dziennikarz ma coś precyzyjnie wyjaśnić na konferencji, tylko prokurator bez przyjmowania aroganckiej postawy starać się rozwiać wszelkie wątpliwości mediów. Zwłaszcza, a może przede wszystkim wobec wagi sprawy.

Chyba że właśnie o to chodzi. Abyśmy zbyt wiele nie rozumieli i nie zadawali niewygodnych pytań.
 

 



Źródło: niezalezna.pl

 

Katarzyna Pawlak
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo