Zniszczona elewacja biura polityków PiS w Bydgoszczy. „Macie krew na rękach”

Jarosław Wenderlich, podsekretarz stanu w KPRM, zamieścił na Twitterze zdjęcie zdewastowanej elewacji na biurze posłów Prawa i Sprawiedliwości. Budynek wymazano czerwoną farbą i pojawił się na nim napis "Macie krew na rękach". - Zgłaszamy sprawę na policję - napisał minister Łukasz Schreiber.

Twitter.com/Łukasz Schreiber (@LukaszSchreiber)

- Kolejny skandaliczny akt wandalizmu. Tym razem bydgoskie biuro PiS - napisał na Twitterze Jarosław Wenderlich, szef klubu radnych PiS w bydgoskiej Radzie Miasta i podsekretarz stanu w Kancelarii Premiera. Na zamieszczonym zdjęciu widać oblaną czerwoną farbą tablicę z nazwiskami urzędujących w biurze polityków oraz kartkę z napisem "Macie krew na rękach #zbrodniarze".

- Po dewastowaniu kościołów przed rokiem, takie akty wandalizmu nie robią już na wielu wrażenia. To jednak nie powód, aby politycznym chuliganom dawać przyzwolenie na ich „aktywność”. Zgłaszamy sprawę na policję - przekazał Łukasz Schreiber, poseł na Sejm Ziemi Bydgoskiej i minister w Kancelarii Premiera.

Na dzisiaj pod biurem PiS przy ul. Gdańskiej planowana jest pikieta pod hasłem "Bydgoszcz krzyczy: Ani jednej więcej!".

Wczoraj zdjęcia wymazanej tablicy na budynku biura PiS zamieszczono również na stronie facebookowej Strajk Kobiet Bydgoszcz.

"Macie #krewNaRękach #WaszaWina, wasza wina, wasza bardzo wielka wina! Kolejna #MatkaPolka zamordowana! Ile jeszcze???" - napisano.

W środę opinia publiczna poznała historię 37-letniej Agnieszki z Częstochowy, która zmarła we wtorek w szpitalu po stracie ciąży bliźniaczej. Sprawę bada prokuratura w Katowicach. Część środowisk za śmierć kobiety obwinia prawo aborcyjne będą konsekwencją wyroku Trybunału Konstytucyjnego z października 2020 r.


Wszczęte w środę śledztwo dotyczy narażenia 37-latki na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu oraz nieumyślnego spowodowania jej śmierci. Śledczy będą analizować proces jej leczenia kolejno w Miejskim Szpitalu Zespolonym w Częstochowie, Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie oraz w szpitalu w podczęstochowskiej Blachowni – ze wstępnych ustaleń wynika, że od grudnia do stycznia kobieta była w tych trzech placówkach. Zmarła we wtorek w szpitalu w Blachowni. Zlecono już zabezpieczenie dokumentacji medycznej.

W środę oświadczenie w związku ze śmiercią 37-latki wydała w imieniu rodziny jej siostra-bliźniaczka.

"Moja siostra zmarła w szpitalu po ponadmiesięcznym pobycie tam. Była w ciąży bliźniaczej. Kiedy w grudniu jeden płód obumarł, mąż Agnieszki - a mój szwagier - błagał lekarzy, by ratowali mu żonę, nawet kosztem ciąży. Agnieszka nosiła tydzień martwy płód. Aż obumarł drugi. Oba wydobyto po dwóch dniach od ich zgonu"

– powiedziała pani Wioletta.

Dodała, że jej siostra cały czas bardzo źle się czuła i miała podwyższone CRP czyli wskaźnik stanu zapalnego w organizmie: "Do końca miałam nadzieję, że z tego wyjdzie. Nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Do szpitala idzie się po to, żeby dostać pomoc, a nie żeby umrzeć. Jak jest się w ciąży, to powinno się mieć jeszcze lepszą opiekę. Siostra spędziła święta w szpitalu, pożegnałam się z nią w ostatniej chwili".

Siostra zmarłej kobiety dodała też, że rodzina potrzebuje sprawiedliwości i będzie jej szukać.

"Złożyliśmy skargę do Rzecznika Praw Pacjenta i zawiadomienie do prokuratury. Chcemy uczcić pamięć mojej ukochanej siostry i ochronić inne kobiety w Polsce od podobnego losu" – powiedziała.

Oświadczenie w tej sprawie wydał też w środę Wojewódzki Szpital Specjalistyczny im. Najświętszej Maryi Panny, gdzie kobieta była hospitalizowana na oddziałach ginekologii i położnictwa oraz neurologii.

"Po tym jak nastąpił zgon pierwszego dziecka (w dniu 23 grudnia 2021 roku) przyjęte zostało stanowisko wyczekujące, z uwagi na to że była szansa aby uratować drugie dziecko. Pomimo starań lekarzy doszło do obumarcia również drugiego płodu. Natychmiast podjęta została decyzja o zakończeniu ciąży. Lekarze rozpoczęli indukcję mechaniczną i farmakologiczną. Pomimo zastosowania wyżej wymienionych środków brak było odpowiedzi ze strony pacjentki pod postacią rozwierania się szyjki i skurczów macicy. W dniu 31.12.21 r. stało się możliwe wykonanie poronienia"

– czytamy w oświadczeniu dyrekcji placówki.

Szpital poinformował też, że kobieta była w ostatnich tygodniach trzykrotnie testowana na COVID-19, dwa pierwsze wyniki dały wynik ujemny, ostatni – pozytywny. "Stan pacjentki cały czas pogarszał się. Lekarze podejmowali wszystkie możliwe działania, których celem było uratowanie pacjentki" – zapewnili przedstawiciele częstochowskiego szpitala, podkreślając, że współpracują ze wszystkimi organami prowadzącymi w tej sprawie postępowania wyjaśniające.

 


Źródło: niezalezna.pl, PAP

md
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo