Dojrzałe spojrzenie na Irak

W sobotę, 17 stycznia 2004 r., o godz. 10.18 samolot pasażerski wynajęty przez armię Stanów Zjednoczonych oderwał się od pasa startowego portu lotniczego Kraków-Balice, unosząc autora niniejszego artykułu w kierunku południowo-wschodnim, wprost do pustynnego Kuwejtu. Tak rozpoczęła się moja przygoda z operacją „Iracka wolność”, która pochłonęła prawie 200 dni z mego żywota. 

Byłem dowódcą niższego szczebla, wyszkolonym spadochroniarzem, trzydziestojednoletnim, wysportowanym mężczyzną z głową pełną ideałów, ale także z szyderczo-cynicznym podejściem do życia, co wydatnie pozwalało znosić psychicznie trudy służby wojskowej. Miałem za sobą kilkumiesięczne, intensywne, bardzo wyczerpujące szkolenie z działań taktycznych w warunkach pustynnych i podążałem w świat pełen nadziei, że mogę zrobić coś ważnego oraz pożytecznego. Całkiem niedawno uświadomiłem sobie, że dziecko urodzone w dniu mojego wylotu jest dziś dorosłe i ma czynne prawo wyborcze, toteż siłą rzeczy dopadła mnie nostalgia i zaduma nad upływającym czasem, a to z kolei zmusiło do dokonania dojrzałego spojrzenia na Irak.

Rambo sprowadzony na ziemię

Spojrzałem na Irak – w sensie dosłownym, bo przez okno samolotu – gdy przelatywaliśmy nad samym Bagdadem, co obwieściła nam śliczna stewardesa. Morze świateł ukazywało miasto, które znałem dotychczas jedynie z opowieści o Sindbadzie Żeglarzu, a także z komunikatów frontowych z wojny iracko-irańskiej oraz interwencji „Pustynna burza”. Nie było widać żadnych oznak działań zbrojnych, najmniejszych śladów nalotów, prowadzenia ognia przez artylerię przeciwlotniczą czy spektakularnych eksplozji, co niezwykle mnie rozczarowało. Z nieznanych mi do dziś powodów uważałem, że w metropolii powinny rozgrywać się sceny dantejskie, a ja będę tym, który zaniesie tam gałązkę oliwną i gołąbka pokoju. Zawód mój był tak duży, że podzieliłem się nim nieopatrznie z jednym z oficerów sztabu, a ten, troglodyta emocjonalny, odparł: „Głupi jesteś? Co tu może się dziać, skoro Amerykanie dawno pozamiatali swoimi czołgami? Weź śpij i nie zawracaj głowy porządnym ludziom!”. Poprzysiągłem w duchu zemstę owemu indywiduum, ale wówczas nie mogłem przypuszczać nawet w najczarniejszych snach, że czego jak czego, ale wojaczki to będziemy mieli wszyscy pod dostatkiem. Godzinę później bezpiecznie wylądowaliśmy w stolicy państwa niegdyś napadniętego przez wojska Saddama Husajna – Kuwejcie.

Koroniarze i Litwini – kwestia doświadczenia 

Kuwejt, miasto mieniących się różnokolorowych wież, przywitał żołnierzy z dalekiej Bulandy (Polska po arabsku brzmi „Bulanda” – przyp. red.) przyjemnym ciepełkiem i lekkim wiatrem. Autobusami przetransportowano wszystkich do Camp Virginia, bazy wojskowej położonej poza aglomeracją. Tam przespaliśmy noc w namiotach, a następnego dnia transportowiec C-130 Hercules zabrał nas do Bagdadu. W tym miejscu jestem winien Państwu wyjaśnienie, dlaczego pierwotnie nadłożyliśmy drogi i lądowaliśmy poza Irakiem, by później do niego wrócić. Otóż samolot cywilny, najprawdopodobniej ze względu na obwarowania nałożone przez ubezpieczyciela, nie mógł się znaleźć na obszarze uznanym za strefę wojny i stąd lot nad samą Zatokę Kuwejcką, a następnie powrót – wojskowym statkiem powietrznym – do stolicy Iraku. 

Większość z nas służyła w wojskach powietrznodesantowych około dekady, więc surowe wnętrze powietrznego kolosa nie zrobiło na nikim większego wrażenia, ale na twarzach towarzyszących nam żołnierzy z Litwy – najprawdopodobniej z jakiegoś pododdziału piechoty zmechanizowanej – widać było konsternację i niepewność. Z dumą dodam, że żaden z Koroniarzy nie mrugnął nawet okiem, gdy podchodząca do lądowania maszyna wystrzeliła z głośnym hukiem flary-pułapki, ale za to cały stan osobowy potomków Kiejstuta podskoczył z wrażenia na siedziskach. We wrednej mej duszy powstało wielkie ukontentowanie i radość, jednak nie mogłem uczuć tych w pełni skonsumować, rządzący bowiem na pokładzie Teksańczyk wydał komendy do wysiadania. Tak oto stanąłem na ziemi irackiej.

Gdy pojawił się strach

Ziemia iracka powitała mnie spokojem. Trudno było uwierzyć, że w tym kraju toczy się największy konflikt zbrojny współczesnego świata. Rozglądałem się uważnie wokół i dostrzegłem mnogość betonowych zapór i ukryć, które miały zminimalizować skutki ewentualnego ostrzału. Gdzie znajduję się faktycznie, dotarło do mnie następnego dnia, kiedy po sutym posiłku paliłem papierosa na świeżym powietrzu, a kilkadziesiąt metrów dalej przejechały dwa zestawy niskopodwoziowe, transportując poważnie uszkodzony wybuchem czołg Abrams i spalony bojowy wóz piechoty Bradley. Zdałem sobie sprawę, że czeka mnie ciężka przeprawa życiowa i to chyba był ten moment, kiedy zaczął mi towarzyszyć strach.

Strach towarzyszył mi już do końca misji, a zmieniało się tylko jego natężenie. Pierwszy okres pobytu w świętym mieście szyitów – Karbali, do której dotarłem 21 stycznia 2004 r., charakteryzował się względnym spokojem. Wdrożyliśmy się w nudną robotę patrolową, poznaliśmy topografię miejscowości i jej mieszkańców żyjących w domostwach wokół macierzystego Camp Juliet. Wszystko przebiegało bez zakłóceń, dlatego nie miałem żadnych większych obaw. Zgroza przypomniała o sobie nieco ponad dwa miesiące później, gdy 31 marca rebelianci islamscy wywiesili na moście w Faludży zbezczeszczone zwłoki kilku pracowników agencji ochroniarskiej Blackwater. Nikt nie miał wątpliwości, że nieuchronnie zbliża się śmiertelne starcie.

Powstanie Muktady as-Sadra – 50 dni walk

Śmiertelne starcie – tyczące mnie bezpośrednio – zapoczątkował ostrzał naszego patrolu w poniedziałkową noc, 5 kwietnia. Na szczęście granat wystrzelony z RPG-7 przeleciał kilkanaście metrów przed samochodami, a natychmiastowa odpowiedź ogniowa zmusiła napastników do ucieczki. Od tamtego czasu rozpoczęło się dla nas powstanie Muktady as-Sadra, w którym byliśmy stroną słabszą i broniącą się. 

Dzielni nadwiślańscy żołnierze utrzymali nie tylko legendarny City Hall, lecz także wszystkie posterunki i ich najbliższe okolice. Ponad pół setki dni walk w terenie zurbanizowanym z nieuchwytnym, nieumundurowanym i nieprzestrzegającym konwencji przeciwnikiem mogło odcisnąć piętno na najsilniejszej nawet psychice. Finalnie oręż polski odniósł kolejne zwycięstwo i zapisał się złotymi zgłoskami na kartach historii. Aby tego dokonać, należało być nie tylko przednio wyszkolonym i zdeterminowanym, lecz także dumnie i z pełną świadomością nosić na bordowym berecie Orła Białego.

Bądźmy mądrzy przed szkodą

Orzeł Biały jako symbol państwa polskiego gościł nad Eufratem przez kolejne lata i symbolizował poszanowanie obyczajów, tradycji oraz kultury mieszkańców Iraku. Dziś, gdy wracam myślami do tamtych wydarzeń, mam prawo zapytać polityków: jak żołnierska krew, poświęcenie i wysiłek zostały spożytkowane dla dobra państwa polskiego? 
Nie ulega wątpliwości, że nasze siły zbrojne poczyniły dzięki misjom niewiarygodne postępy, ale obawiam się, że pod względem politycznym i gospodarczym sukces został bezpowrotnie zaprzepaszczony. Biorąc pod uwagę ilość operującego wojska, byliśmy tam jedną z głównych nacji, wiarygodnym, rzetelnym i pewnym sojusznikiem USA, a jednak żadne większe profity finansowe nie zostały nam przyznane. 

Obecnie można jedynie dokonać precyzyjnej analizy postępowania poszczególnych gabinetów i wyciągnąć wnioski z popełnionych błędów. Naturalnie żadnych rozliczeń z winnymi zaistnienia takiego stanu rzeczy się nie spodziewam, ale byłoby wskazane, by wypracować stosowne procedury na przyszłość. Moi koledzy służący na ziemi Nabuchodonozora przełknęli już wielokrotnie gorzką pigułkę i nie spodziewają się fajerwerków, ale choć raz pokażmy, że jesteśmy mądrzy przed szkodą, a tutaj nieocenione będzie skrupulatne i dojrzałe spojrzenie na Irak.

Howgh!


Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji

 


Źródło:

Tȟašúŋke Witkó
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo