Podzieleni Polskim Ładem

Partie opozycji dzieli stosunek do uznania przywództwa Platformy Obywatelskiej. Jak łatwo się domyślić, za jest sama PO, przeciw – wszyscy inni. Nie jest to jednak jedyne pole sporu między partiami. W ostatnim czasie politycy, a także wyborcy, różnicują się na podstawie podejścia do Polskiego Ładu, co jest pochodną poglądów ekonomicznych i stosunku do liberalizmu. Co więcej, dzieli ich nawet podejście do Prawa i Sprawiedliwości, które dla jednych pozostaje wrogiem numer jeden, a dla innych może być potencjalnym koalicjantem lub przynajmniej partnerem w przeprowadzaniu reform.

W poprzednim artykule pisałem o propozycjach PSL i Szymona Hołowni, mających na celu zacieśnienie współpracy całej opozycji. Zwracałem też uwagę na to, dlaczego są one trudne do przyjęcia dla Platformy.

Nieneoliberalna Lewica wypada z anty-PiS

Wszelkie inicjatywy tego typu dla Donalda Tuska niewygodne są z jednego podstawowego powodu – po prostu nie są jego, a więc udział w nich byłby uznaniem, że po tej stronie sceny są również inni liderzy, a co więcej, że mogą oni mieć swoją podmiotowość, a nawet moc sprawczą. Tusk potrafi mówić, że o zgodę gotów jest prosić nawet na kolanach, jest to jednak wyłącznie błaznowanie, mające ukryć to, że zgoda ta ma być zawarta na jego twardych warunkach.

Najdobitniej pokazuje to wykluczenie ze wszelkiej współpracy Lewicy, która przez ludzi PO nie jest w ogóle brana pod uwagę w żadnych przyszłych układankach. Kilkukrotnie pisałem już na tych łamach, że Platforma chce doprowadzić do osłabienia formacji Włodzimierza Czarzastego, mając świadomość, że w przyszłej koalicji niemożliwe będzie ustalenie spójnego poglądu na sprawy gospodarcze. Dzisiejsza Lewica nie jest już bowiem kolejną siłą liberalną, jak było to w czasach Leszka Millera czy Wojciecha Olejniczaka. Czy jest to kwestia przesunięcia akcentów debaty publicznej po roku 2015, czy lewicowej radykalizacji młodych wyborców, która pierwszy raz na politykę parlamentarną wpłynęła wraz z niezłym wynikiem Razem, czy obu tych czynników – to kwestia drugorzędna. Ważny jest skutek tej zmiany, odpadnięcie z ewentualnego bloku wyborczego obozu anty-PiS jednego z jego elementów.

Nadmienić trzeba również, że to samo zjawisko dostrzegają i opisują w swoich tekstach publicyści zdecydowanie z Lewicą sympatyzujący, przy czym w przeciwieństwie do swoich prawicowych kolegów są oni przekonani, że Tusk nie dopuściłby do wprowadzenia jakichkolwiek postępowych zmian społecznych. O ile więc dla prawej strony sceny politycznej Donald Tusk może być „tęczowym lewakiem”, o tyle dla lewej jest raczej konserwatywnym, a co najmniej zachowawczym liberałem. A jak jest naprawdę?

Trzy nurty podziału

Coraz częściej można odnieść wrażenie, że nasza polityka ma już nie dwa, lecz trzy niekompatybilne ze sobą nurty: prosocjalne, lecz bardzo mocno konserwatywne PiS, liberalne centrum (PO, Polska 2050 i najbardziej w tej grupie konserwatywne PSL) i liberalną obyczajowo, lecz silnie prosocjalną Lewicę. W ten sposób siły polityczne nie są w stanie współpracować z innymi spoza swojego przedziału bez konieczności odejścia od kluczowych dla siebie spraw i ideałów, bądź to w sferze gospodarczej, bądź obyczajowej. Ten sam problem dotyczy nieuwzględnianej na razie w tych rachubach Konfederacji.

Ten podział znajduje swój wyraz również, gdy dochodzimy do konkretów, takich jak Polski Ład. Podczas gdy Platforma Obywatelska w reformie podatkowej widzi przyczynę wszelkiego zła (łącznie z zawinionymi przez własne błędy sprzed lat oraz bieżącą politykę Rosji i UE podwyżkami cen energii), a Polska 2050 zdaje się pod tę narrację podłączać, głos Lewicy brzmi inaczej. Gdy tylko bowiem polski internet zaroił się od wpisów liczących faktyczne lub domniemane straty przedsiębiorców i osób uprzywilejowanych, uderzających w stare, liberalno-pogardliwe tony, pierwszymi krytykami narzekających nie byli już wcale sympatycy PiS, ale młodsi lewicowcy. To oni wzięli na siebie ciężar obrony Polskiego Ładu i dyskredytowania jego krytyków.

Co oczywiście kolejny raz nakręciło spiralę konfliktu na linii liberałowie–zwolennicy bardziej prospołecznej polityki. Tych drugich, czy to z PiS, czy z Lewicy, można zakwalifikować do grona komunitarystów, czyli zwolenników nurtu filozofii, który w kontrze do liberalizmu podkreśla wartość wspólnoty w życiu człowieka i społeczeństwa, a który pojawił się nawet w polemikach między dziennikarzami związanymi obecnie lub wcześniej z „Gazetą Wyborczą”. Ich starsze pokolenie bardzo chętnie wpisuje się w Tuskową strategię sklejania w oczach odbiorców Lewicy z Prawem i Sprawiedliwością, co miałoby stanowić o dyskwalifikacji tej pierwszej. Podczas gdy Jacek Żakowski twierdzi, że tematy obyczajowe wykluczają bliższą współpracę tych środowisk, Ernest Skalski uważa, że nie trzeba wyobrażać sobie ich koalicji, ponieważ „(…) wystarczy, że Lewica, wyłamując się z opozycji, głosuje razem z obozem władzy w sprawie funduszy europejskich i przeciw odrzuceniu w pierwszym czytaniu zafałszowanego projektu budżetu na rok 2022”. Po czym stwierdza, że program gospodarczy obu tych sił jest ze sobą tożsamy i opiera się na transferach socjalnych, dokonywanych kosztem bogatszej części społeczeństwa.

Ma w tym trochę racji, różnica tkwi głównie w ocenie tego zjawiska. Takie głosy to jednak przede wszystkim pogłębianie pęknięcia w gronie dawnego anty-PiS. Polski Ład z pozycji straty bogatszych krytykują też konfederaci, co również motywuje lewicowców. I w ten oto sposób opozycja pęka przez reformę podatkową Mateusza Morawieckiego, choć zapewne nie to było jej głównym celem.

Języczki u wagi, czyli pytanie o drobnych koalicjantów

Gdzieś z boku pozostaje PSL, które z jednej strony postuluje niespodziewanie liberalne rozwiązania (dobrowolny ZUS) i tęskni za Leszkiem Balcerowiczem, a jednocześnie wspiera część elementów Polskiego Ładu, pozostałe chcąc wyrzucić na śmietnik. Ta niekonsekwencja jest typowa dla ludowców, pozostających jedyną partią z grona tzw. opozycji demokratycznej, której przedstawiciele sporadycznie deklarują możliwość współpracy z PiS. Czasem przekłada się to na wspólne głosowania, które przytrafiają się wszystkim partiom, czasem, choć już coraz rzadziej, deklaracjami Marka Sawickiego o możliwości koalicji, dla której ceną miałoby być jednak faktycznie zniszczenie Zjednoczonej Prawicy. Dziś współpraca ta jest już chyba niemożliwa, zwłaszcza po niedawnych prorosyjskich deklaracjach Waldemara Pawlaka, który kilka lat temu uchodził za największego zwolennika porozumienia ludowców z prawicą.

Platforma epatuje w ostatnich dniach zamówionym przez siebie sondażem, który pokazuje, że opozycja w jednym bloku (bez Lewicy) zdobywa wyraźnie więcej głosów niż PiS. Tak naprawdę jednak niewiele to zmienia, ponieważ coraz bardziej prawdopodobny staje się układ, w którym w przyszłym Sejmie o składzie rządu zdecydują małe ugrupowania. Tusk topi trudnego, lecz wciąż możliwego koalicjanta, a PiS, jak się zdaje, również nie myśli w tej chwili o tym, że w kolejnej kadencji musi potrzebować politycznego partnera, by nie skończyć jako partia najsilniejsza w Sejmie, lecz okupująca tym razem ławy opozycji.

Sojusze możemy więc podzielić na łatwe, lecz niewystarczające, i konieczne, lecz prawie niemożliwe. Jeśli nie nastąpi żaden gwałtowny zwrot w polskiej polityce, w bardzo trudnym czasie skończyć możemy z rządem mniejszościowym, uzależnionym od kaprysów partii o zupełnie innym profilu gospodarczym lub obyczajowym – i nie jest to dobra wiadomość. Pierwszym krokiem, by tego uniknąć, może być dopracowanie przekazu dotyczącego Polskiego Ładu i korekta tych jego założeń, które uderzają w bazę wyborczą PiS i najsłabszych (niepełnosprawni, część zatrudnionych na umowy-zlecenia), być może przy okazji wprowadzenia poprawek, zapowiadanych przez Andrzeja Dudę. Skazywanie Polski na rządy skłóconej i rozrywanej przez ambicje Tuska opozycji nie jest bowiem najlepszym pomysłem, nie tylko w tak dramatycznych realiach geopolitycznych, w jakie właśnie wchodzimy.

 


Źródło:

#Gazeta Polska Codziennie

Krzysztof Karnkowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo