III RP i jej „autorytety”

Kolejno kompromitują się ci, którzy kiedyś nieformalnie sterowali Polską.

Był onegdaj taki poseł z Zakopanego, który najbardziej wsławił się wejściem na sejmową mównicę w góralskiej cusze i wyrecytowaniem takiej oto kwestii: „Kie byś była mojo, kupiłbym ci skrzypce, ale ześ nie mojo, zagroj se na pipce”. To był zresztą najbardziej liryczny i heroiczny fragment jego parlamentarnej kariery. Zupełnie niedawno widzieliśmy posła Sienkiewicza, jak rozbujanym krokiem wkroczył na salę sejmową i został z niej wyprowadzony przez posła Budkę. Szkoda, bo może... szykowała się historyczna filipika, która mogła przebić słynne: „ch..., dupa i kamieni kupa”, dzięki którym poseł Sienkiewicz trwale pozostanie już w polskiej historii. Sam zresztą chyba nie przypuszczał, że jedynie taki wkład wniesie w najnowsze dzieje naszego kraju. Tak to jednak bywa, gdy wyobrażenia ni rusz nie mogą sprostać wybujałym ambicjom narcyza śniącego na jawie o sobie. 

Sienkiewicz, gdyby go bliżej przeanalizować, nigdy nie prezentował niczego bardziej interesującego, jak właśnie kliniczne studium narcyzmu bezpodstawnego. Gdyby młodzi adepci psychiatrii i psychologii chcieli kiedyś mieć poglądowe materiały pokazujące rozmaite stadia tej przypadłości, to wystarczy przytoczyć wypowiedzi i postawy Bartłomieja Sienkiewicza z różnych okresów jego mikrej (mimo wszystko) kariery. 

W polskim parlamencie, jak pewnie w wielu innych, mamy do czynienia z całą galerią lombrozjańskich typów. Rozciąga się ona od niezbyt skomplikowanych psychopatów po wysublimowanych patologicznych oszustów i hipokrytów, ale gdzieś tam, w najciekawszych zakątkach, możemy złowić naprawdę intrygujące przypadki arcyciekawych dewiacji psychicznych i charakterologicznych. 

Jest tam więc cały legion obcoskórnych udawaczy, którzy usiłują przedstawiać się w znacznie lepszych tonach niż te, które towarzyszą im w codzienności. Zwykle jednak te teatrzyki jednego aktora przybierają w końcu tony groteskowych opowieści Lasku Bulońskiego. Czasem publiczność ogląda nawet sceny jak ze slapstickowej komedii, gdy taki na przykład Aleksander Kwaśniewski daje dyla po drabinie ze swojego pokoju w poselskim hotelu. Innym razem rozanielona posłanka Kruk komicznie opowiada o swoich kwalifikacjach. Oczywiście zdarzają się także sny głębokie tuż pod sejmowymi pokojami czy bełkoty sytuacyjne, gdy nagle pojawia się niespodziewany mikrofon. Multum jest tu także sytuacji damsko-męskich, które obfitują w zabawne qui pro quo. 

Odkąd na sejmowych korytarzach pojawiła się madame Anna Grodzka, nie brakuje tu też niejednoznaczności płciowych i nowatorskich form czynienia z rzeczy wstydliwych sztandarów. Bardziej wstydliwa wydaje się tu jednak umysłowa pustota – choćby grafomańskich recytacji pani Jachiry czy intelektualne ablucje posła Sterczewskiego –  niż najbardziej nawet wyuzdane kreacje.

Polski parlament widział już zatem wiele i niewiele jest go już chyba w stanie zadziwić. Bywały tu już psychiatryczne wywrzaskiwania z trybuny, podskoki, blokady. Stosunkowo rzadko ktoś błyśnie – na parlamentarnym Parnasie – świeżym konceptem czy poziomem wypowiedzi. Ot, czereda w parlamencie niewiele różni się od obyczajów powszechnych. Nie zamierzam lamentować nad chwiejnym Sienkiewiczem, bo widziałem już prezydentów RP chwiejących się nad grobami pomordowanych Polaków, wsiadających do bagażnika samochodu, widziałem pijanych biskupów i ludzi w mundurach z wysokimi szamerunkami. Im mniej wymagamy od siebie, tym więcej uchodzi tym, którzy przechodzą przez rozwarte ucho igielne wyborów powszechnych. Najłatwiej jest potem udawać święte oburzenie zachowaniami tych, na których przecież głosujemy.

Nasz parlament nigdy nie będzie porządniejszy i nieważne, czy będzie mu przewodzić taki czy inny marszałek. 

Zupełnie inaczej rzecz ma się z tzw. głębokim państwem czy tym, co Francuzi kiedyś nazywali „esprit de corps”. To sfera, która rzadko się zmienia, a egzystują w niej ludzie cienia, ludzie, którym na sercu leży dobro państwa i stałość pewnych niepisanych zasad, które to państwo utrzymują w niezmiennym kształcie. Tu działają ci, którzy naprawdę dzierżą odpowiedzialność za sprawy w państwie. Najczęściej są to giganci służb specjalnych, ludzie specjalnie zasłużeni i cechujący się niepoślednimi wartościami charakterów. 

III RP też stworzyła taki rodzaj cienia, z którego praktycznie można było sterować posunięciami doraźnej polityki. Był to jednak cień budki z piwem. Właśnie obserwujemy kompletny upadek tej niby-elity, tego niby-jądra państwowości. Kolejno kompromitują się ci, którzy kiedyś nieformalnie sterowali Polską. Fałszywe „głębokie państwo”, fałszywi luminarze, podrabiane autorytety. Sęk jednak w tym, że już najwyższa pora, aby miejsce tych kukiełkowych herosów zajęli ludzie autentycznie i z mozołem pracujący dla kraju. 

Sejmowy balet Bartłomieja Sienkiewicza, było nie było niegdyś szefa polskich służb specjalnych, pokazuje smutny koniec III RP i jej elit, jest niestety także bolesnym pytaniem o istnienie elit prawdziwych. 

 


Źródło:

Witold Gadowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo