Prawdziwa historia Millera. Od popiersia Bieruta do flirtu ze Słońcem Peru

Piotr Lisiewicz

Szef działu „Kraj” w tygodniku „Gazeta Polska”. Na jej łamach publikuje m.in. całostronicowe felietony o charakterze satyry politycznej.

Kontakt z autorem

  

„Powinniśmy z całą mocą podkreślać nasze więzi z Rosją. Nawoływanie do wycofania Armii Radzieckiej z Polski niczemu dobremu nie służy”– mówił Leszek Miller w marcu 1990 r., za czasów rządu Tadeusza Mazowieckiego. Ministrant z parafii Matki Bożej Pocieszenia w Żyrardowie, budowniczy monumentalnego gmachu KW PZPR w Skierniewicach i odbiorca moskiewskiej pożyczki prze do władzy w Polsce grzęznącej w rosyjskiej strefie wpływów.
 
Podczas Kongresu Lewicy Polskiej w ostatnią niedzielę Leszek Miller wypowiedział się na temat działalności ludzi, którzy uważają, że w Smoleńsku doszło do zamachu, a polskie władze pomagają Moskwie w jego tuszowaniu: „Nawoływanie do występowania przeciwko własnemu państwu pod hasłami patriotyzmu jest próbą demoralizacji szczególnego rodzaju”. Słowa te przyjęto owacyjnie.
Nie, Leszek Miller niczego takiego na konwencji nie powiedział. Dali się Państwo nabrać? Nic dziwnego, wypowiedź taka mogłaby przecież paść. Co więcej, są to prawdziwe słowa Millera. Tyle że pochodzą z wywiadu udzielonego „Trybunie Ludu” w 1986 r. Tak ówczesny sekretarz KW PZPR w Skierniewicach piętnował młodzieżowe elementy chuligańskie dające posłuch solidarnościowej ekstremie.

Miller w Polsce posmoleńskiej

Przed wyborami z 2007 r. liderzy Platformy gorączkowo zaprzeczali możliwości zawarcia koalicji z SLD, mimo że na jego czele stał młody Wojciech Olejniczak, niekojarzący się z komunistyczną przeszłością. Dziś przewodzi mu Leszek Miller, były członek Biura Politycznego KC PZPR, a Donald Tusk już nie wypiera się takiej możliwości.

Co się zmieniło? Bardzo wiele. Po 10 kwietnia 2010 r. Polska znalazła się na równi pochyłej, osuwając się w rosyjską strefę wpływów. W takiej Polsce sojusz z Millerem przestał być już dla Tuska wstydliwy. Bo winy lidera postkomunistów – moskiewska pożyczka, przybywanie na Krymie wraz z rosyjskimi puczystami, kierownicze funkcje w partii będącej sowiecką agenturą – stały się w Polsce posmoleńskiej przewinieniami zdecydowanie mniejszego kalibru.

No bo skoro można było oddać śledztwo smoleńskie kagiebowcom Putina, zarzucanie im skłonności do mordowania jest dowodem na chorobę psychiczną, Polacy powinni zapalać świeczki pod pomnikami sowieckich żołnierzy, Katyń nie był ludobójstwem, narody polski i rosyjski są „bratnimi” (cytat z listu patriarchy Cyryla i abp. Michalika) itp., to Miller niepostrzeżenie staje się politykiem „normalnym”, w którego przeszłości nie ma nic specjalnie szokującego. Przeciwnie – wicepremierowanie w rządzie Tuska będzie logicznym ukoronowanie jego politycznej kariery.

Ministrant z niemieckim nazwiskiem

Z zapisu w parafialnych księgach kościoła Matki Bożej Pocieszenia w Żyrardowie wynika, że nowy parafianin Leszek Cezary Miller urodził się pół godziny po północy 3 lipca 1946 r. Rok później został ochrzczony.

Jego ojciec był krawcem, a matka, z domu Dudkiewicz, szwaczką w zakładach lniarskich. Z książki Ludwika Stommy „Leszek Miller” dowiadujemy się, że Millerowie „wywodzą się z osadników niemieckich”. „Gdy chodziłem do szkoły podstawowej, wspomnienia po wojnie były jeszcze żywe i nazwisko Miller nie wzbudzało przyjemnych reakcji” – przyznaje lider SLD.

Zgodnie z życzeniem matki, Leszek został ministrantem. Po ukończeniu zawodówki 17-latek poszedł do pracy jako elektryk. Potem trafił do wojska, gdzie służył na łodziach podwodnych. Powodem takiego przydziału do LWP był jego wzrost – 162 cm. Po kilku miesiącach Miller niespodziewanie wrócił z wojska. Ponoć dlatego, że ktoś z jego specjalizacją był akurat potrzebny w zakładzie.
Zakładowy ZMS był w rozsypce. – Wziąłbyś po mnie ten ZMS – zaproponował mu starszy kolega Marek Zakrzewski i zdziwił się, gdy unikający dotychczas polityki Miller przejawił zainteresowanie. Miller zaczął też uczyć się w technikum wieczorowym.

Wpajając młodzieży ideologię

W 1969 r. wstąpił do PZPR oraz ożenił się z młodszą o trzy lata narzeczoną Aleksandrą. Zamieszkali u jej rodziców w Mszczonowie k. Żyrardowa. Tam też w 1970 r. urodził się ich syn. Wtedy zakład zapewnił szefowi ZMS mieszkanie.

W latach 70. nazwisko Millera pojawiało się często na łamach miejscowego organu partii – „Życia Żyrardowa”. „Naczelnym zadaniem ZMS jest wpajanie młodzieży ideologii socjalistycznej” – mówił w wywiadzie przeprowadzonym z tej okazji. W parę miesięcy później był już sekretarzem PZPR w zakładzie. Na zdjęciu z 1974 r. odczytuje zebranym list towarzysza Edwarda Gierka do egzekutywy Komitetu Fabrycznego.

W wywiadach Miller twierdzi, że za młodu bliskie były mu poglądy „Polityki”, którą kierował Mieczysław Rakowski. Ale Marek Łągiewski, kolega z tamtych czasów, w książce Jerzego Morawskiego „Życiorysy w podczerwieni” stwierdzał, że był zdecydowanie bardziej „betonowy”: „On był ortodoksyjnym działaczem o poglądach skrajnie lewicowych. Coś ze starych towarzyszy na niego spłynęło”.

Solidarność, czyli strach o rodzinę

Miller opuścił Żyrardów, gdyż w Komitecie Miejskim PZPR wymyślono, by zdolnego młodego działacza wysłać na studia do Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC. Po studiach, w 1977 r., Miller rozpoczął pracę w KC – był inspektorem w kilku wydziałach, w końcu awansował do funkcji kierownika zespołu do spraw młodzieży. W KC pracował w czasie karnawału Solidarności i stanu wojennego. – Mój syn miał 10 lat. Bałem się o rodzinę – opowiadał o swoich ówczesnych obawach w „GW”.

W 1986 r. partia skierowała Millera do Skierniewic, gdzie został I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego. W nowym miejscu sekretarz Miller postawił na „priorytety”. Ślimacząca się od lat budowa siedziby KW PZPR ruszyła z kopyta. Według Eugeniusza Pawlicy, ówczesnego wojewódzkiego szefa ZSL, przez trzy lata budżet województwa wydawał na tę „najpotrzebniejszą” miastu inwestycję jedną czwartą (!) środków. Jak wyliczano, na jednego pracownika KW przypadał stumetrowy salon. O gmachu mówiono, że jest „większy od całego województwa”. Były też inne sukcesy. Wiodący w Skierniewicach zakład „Fumos” otrzymał w 1986 r. imię Bolesława Bieruta. Pod egidą sekretarza Millera odsłonięto jego popiersie.

Likwidacja PZPR? Żart!

Sukcesy sekretarza zainteresowały Wojciecha Jaruzelskiego. Poszukiwał on młodych ludzi, którzy odświeżyliby wizerunek partii. Na spotkanie z Jaruzelskim Miller spędził najlepszych uczniów i laureatów olimpiad. Sam, w roli specjalisty od młodzieży, wrócił do Warszawy w grudniu 1988 r. Wkrótce został sekretarzem KC i wszedł w skład Biura Politycznego.

Wypowiedzi Millera z czasów okrągłego stołu pozostają w niezmienionym tonie: „Samolikwidacja partii? Rzecz jasna, traktuję to jako żart...” („Rzeczpospolita”, 30 marca 1989 r.). Na początku 1989 r. Miller zorganizował słynne otwarte spotkanie w stołówce KC. Przyszli na nie studenci z NZS, rozłożyli swoje transparenty. W wyborach z 4 czerwca z 1989 r. Miller wystartował do senatu z województwa skierniewickiego. Skończyło się to dla niego dotkliwą porażką, a w dodatku na wiecu w rodzinnym Żyrardowie został wygwizdany. Po wyborach rozesłał podziękowania do osób, które podpisały listy z poparciem dla jego kandydatury. Okazało się, że część z nich dawno nie żyła. Oskarżenia o sfałszowanie list nabrały lokalnego rozgłosu. Skończyło się na tym, że Miller przeprosił rodziny zmarłych.

Miller swoją pozycję w tej partii postanowił oprzeć na partyjnym betonie. A ten twardo na niego stawiał. Jak wspominał Karol Stryjski, działacz reformatorskich PZPR-owskich struktur poziomych, gdy przeciwstawił się Millerowi, zaczął otrzymywać pogróżki – wycinanki z gazet. Były w nich cytaty ze Starego Testamentu i zarzuty, że jest żydowskiego pochodzenia.

Wyprowadzanie partyjnych pieniędzy

Po obradach okrągłego stołu, gdy liderzy partii rozpoczęli akcję zabezpieczania majątku PZPR przed przejęciem na rzecz skarbu państwa, Miller należał do szczupłego grona zaufanych, którzy byli wtajemniczeni w całą operację (obok Aleksandra Kwaśniewskiego, Wiesława Huszczy i Mieczysława Rakowskiego), zaplanowali ją i  kontrolowali.

Wyciąganie środków z kont PZPR rozpoczęło się w 1989 r. 24 listopada na konta bankowe w Nowym Jorku przelano 150 tys. dol., 28 grudnia – dalszych 75 tys. Dewizy przelewano także do banku w Pekinie.

Od stycznia do kwietnia 1990 r. funkcjonariusze partyjni wyprowadzali pieniądze masowo, przeznaczając na działalność gospodarczą powiązanych z partią podmiotów – banków, spółek, fundacji, spółdzielni.

Miller osobiście zakładał część z nich – na przykład „Agencję Gospodarczą” sp. z o.o. Zasiadał nawet w jej radzie nadzorczej.
Pieniądze na rozruch firmy – ok. 9,5 mld st. zł – przekazane zostały 10 stycznia 1990 r. decyzją ówczesnego I sekretarza KC PZPR Mieczysława Rakowskiego. „Agencja” pączkowała, tworząc 80 spółek-córek. Miller w imieniu SdRP założył również spółkę „Servicus”, która później przejęła obiekt przy warszawskiej ul. Rozbrat. Był współinicjatorem Fundacji „Współpraca, Nauka i Kultura” – utworzonej na bazie kapitału sowieckiego, SdRP i Akademii Nauk Społecznych przy KC PZPR – oraz członkiem jej rady.

Cimoszewicz: działalność Millera obciąża konto lewicy

W marcu 1991 r. w rządowym hotelu Parkowa w Warszawie postkomuniści zorganizowali seminarium poświęcone działalności gospodarczej bratnich partii. Parę miesięcy później moskiewska prasa ujawniła, że „zgodnie z tajną uchwałą KC KPZR i propozycją szefa SdRP Leszka Millera stworzono bank danych i sztab koordynujący działalność komercyjną partii komunistycznych”.

Wakacje w sierpniu 1991 r. Miller, Kwaśniewski i ówczesny skarbnik SdRP, Wiesław Huszcza, spędzali w ośrodku wypoczynkowym na Krymie. Tak się składa, że termin ich pobytu przypadł na kilka dni przed puczem moskiewskim. W tym samym hotelu przebywał wtedy jeden z przyszłych puczystów, szef rosyjskiego MSW gen. Borys Pugo i szef puczu Giennadij Janajew.

Jednak prawdziwych kłopotów przysporzyła Millerowi sprawa tzw. moskiewskiej pożyczki, zaciągniętej od KPZR tuż przed samorozwiązaniem PZPR. Chodziło o 1 mln 232 tys. dol. i pół miliarda starych złotych (na początku 1990 r. były to ogromne kwoty). Operacja przewozu dewiz była przeprowadzona przy pomocy funkcjonariuszy KGB.

Jesienią 1990 r. Miller i Rakowski zwrócili 600 tys. dol. W listopadzie 1991 r. Włodzimierz Cimoszewicz powiedział „GW”: „Działalność Millera obciąża konto lewicy, także ten nieroztropny wyjazd na Krym. [...] Nie mam ochoty być współodpowiedzialny za wszystkie te niejasne sprawki [...]. Gospodarkę finansową prowadzili Leszek Miller i Wiesław Huszcza. Ci ludzie obracali ogromnymi pieniędzmi, nie wiem, co się z nimi stało”.

Miller mówił o swoim ówczesnym wizerunku: „Jestem lustrem dla kolegów z SLD, mogą się przejrzeć i stwierdzić, że wyglądają lepiej. Tak sobie to ułożyliśmy w zespole, że ja jestem szwarccharakter. [...] Reprezentuję w SdRP wyrzuconych poza nawias ludzi PZPR”.
Sprawa „moskiewskiej pożyczki” rozwijała się w okresie, gdy Miller pełnił już mandat posła sejmu I kadencji. Włodzimierz Cimoszewicz wezwał partyjnego kolegę, by do czasu wyjaśnienia sprawy wstrzymał się ze złożeniem przysięgi poselskiej. Ten odmówił.

Sprawę w prokuraturze prowadził prokurator Zbigniew Goszczyński, który odmówił wystąpienia o uchylenie Millerowi immunitetu i umorzył śledztwo. Ponownie umorzył je prokurator Janusz Regulski 15 października 1993 r., w tydzień po wygraniu przez SdRP wyborów parlamentarnych. Tego samego dnia kierownictwo stołecznej prokuratury unieważniło wprawdzie tę decyzję, ale 8 grudnia 1993 r. prokurator Urbanek-Pindor po raz kolejny umorzyła śledztwo w części dotyczącej Millera, który został w międzyczasie nowym ministrem pracy. Po utworzeniu resortu spraw wewnętrznych i administracji Miller wygrał walkę wewnątrzpartyjną o kierowanie superministerstwem.

W 1997 r. SLD przegrał wybory, ale Miller dostał 124 tys. głosów (drugi wynik w kraju). Został szefem opozycyjnego klubu SLD. Podjął działania mające zmienić jego „betonowy” wizerunek. W czerwcu 1997 r. w artykule zamieszczonym w „Trybunie” opowiedział się za ratyfikacją konkordatu. Miał to być gest związany z wizytą papieża. W marcu 1998 r. Miller spotkał się w Stanach Zjednoczonych z płk. Ryszardem Kuklińskim, za co został zaatakowany przez związaną z SLD prasę.

W październiku 1998 r. Leszek Miller ogłosił, że Sojusz – dotychczas składający się z wielu organizacji – powinien przekształcić się w jedną, skonsolidowaną partię. W lipcu 1999 r. został jej przewodniczącym. Jako lider opozycji wobec rządu Jerzego Buzka Miller nie przebierał w słowach – mówił o „śmietnikach, które powinny służyć do wyrzucania śmieci, a nie szukania jedzenia czy porzucania noworodków”.

Czasy Grupy Trzymającej Władzę

Premierowanie Leszka Millera rozpoczęło się w 2001 r. od lizusowskiego materiału Tomasza Lisa w „Faktach”. Palącą sprawą stała się dla Millera kwestia niskiego wzrostu – podobnie jak Stalin i Kim Dzong Il mierzy on 162 cm, notabene 5 cm mniej od wyśmiewanego z powodu wzrostu Jarosława Kaczyńskiego. Na konferencjach prasowych stawał więc obok niego jeszcze niższy Tadeusz Iwiński.
Miller początkowo cieszył się przychylnością mediów, którym nie przeszkadzał powrót do władzy komunistycznego betonu. Wiceszefem ABW został Zbigniew Goszczyński, prokurator, który umorzył sprawę moskiewskiej pożyczki. Apogeum popularności Millera miało miejsce w grudniu 2002 r., gdy wrócił ze szczytu UE w Kopenhadze, na którym ustalono ostatnie szczegóły akcesji Polski do UE.

Ale wkrótce wybuchła afera Rywina. Dotyczyła ona projektu nowej ustawy o radiofonii i telewizji, którą postanowił przygotować rząd Millera i zawartego w nim przepisu zabraniającego firmie posiadającej ogólnopolski dziennik posiadania stacji telewizyjnej. W praktyce przepis dotyczył głównie „Agory”, która była zainteresowana kupnem udziałów w telewizji „Polsat”. Rywin występując w imieniu – jak twierdził – „grupy trzymającej władzę”, mającej poparcie Millera – domagał się 17,5 mln dol. w zamian za nadanie ustawie korzystnego dla Agory kształtu.

Obrady komisji śledczej w sprawie afery Rywina miały wielomilionową oglądalność. Na aferze najwięcej stracił Miller. Według sondaży za wiarygodnego w sprawie afery uznało Millera tylko 17 proc. Polaków.

Kolejnym ciosem dla Millera była afera Orlenu, związana z zatrzymaniem 7 lutego 2002 r. przez Urząd Ochrony Państwa prezesa PKN Orlen Andrzeja Modrzejewskiego. A także afera starachowicka, obciążająca bliskiego współpracownika Millera, wiceministra MSWiA Zbigniewa Sobotkę.

1 maja 2004 r. Miller uczestniczył w Dublinie w ceremonii przyjęcia 10 krajów, w tym Polski, do UE. Następnego dnia ogłosił decyzję o ustąpieniu z urzędu premiera. Rząd Millera  dobrze oceniało wówczas zaledwie 4 proc. obywateli, źle zaś aż 92 proc.

Strategia leninowska przynosi efekty

Po odejściu z rządu Miller znalazł się na politycznym marginesie. W 2005 r. nie został wpisany przez SLD na listy wyborcze do sejmu. W 2007 r. odszedł z tej partii i wystartował do sejmu z listy Samoobrony, zdobywając zaledwie 4 tys. głosów. W 2008 r. założył własną, nic nieznaczącą partię Polska Lewica.

W 2010 r. – gdy od kompromitacji jego rządu minęło niemal 6 lat – powrócił do SLD, a w 2011 r. do sejmu, gdzie został przewodniczącym klubu tej partii. W grudniu 2011 r. został ponownie jej szefem. Wzorem dawnych czasów postanowił oprzeć się na twardym postkomunistycznym elektoracie i socjalnej retoryce, odcinając się od ekstrawagancji lewicy zachodniej – posłów Ruchu Palikota nazwał „naćpaną hołotą”.

Powrót Millera pokazuje, że znakomicie opanował on metody swojego idola z młodości – Lenina, który uczył komunistów sprawnego wycofywania się i czekania na sprzyjającą koniunkturę. ,,Ze wszystkich rozbitych rewolucyjnych i opozycyjnych partii – bolszewicy wycofali się w największym porządku... z najmniejszą demoralizacją, z największą zdolnością rozpoczęcia ponownie roboty, bardziej jeszcze szeroko” – pouczał Lenin. Wszystko wskazuje na to, że Miller właśnie doczekał nowej sprzyjającej dla siebie koniunktury.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska


Wczytuję komentarze...

Scheuring-Wielgus ma kłopoty! Obrońcy praw zwierząt przerywają milczenie

Joanna Scheuring-Wielgus / Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska

  

Organizacje broniące praw zwierząt: Fundacje: Mondo Cane i VIva! oraz OTOZ Animals nie kryją swojego oburzenia postawą posłanki Joanny Scheuring-Wielgus, która oddała swe dwa psy do schroniska. Skierowały w tej sprawie list otwarty do szefa Wiosny Roberta Biedronia.

Dziennik „Fakt” napisał, że Joanna Scheurig-Wielgus, posłanka Teraz!, ubiegająca się o mandat w europarlamencie w listy Wiosny Roberta Biedronia trzy lata temu, z powodu alergii, oddała swoje dwie suczki: Czarną i Mambę do schroniska. Później - jak napisała gazeta - pod tym samym schroniskiem posłanka walczyła o dobro zwierząt.

W oświadczeniu zamieszczonym jeszcze tego samego dnia na Facebooku Scheuring-Wielgus tłumaczyła, że na alergię cierpi „od 20 lat”, a decyzję o oddaniu czworonogów podjęła także z powodu przeprowadzki z domu z ogrodem do mieszkania, gdzie - jak stwierdziła - zwierzęta „nie miałyby przestrzeni”.
[polecam:https://niezalezna.pl/272349-co-za-obluda-bronila-zwierzat-a-sama-oddala-psy-do-schroniska-bo-kundli-nikt-nie-chcial]

„Afera dotyczy tego, że blisko 3 lata temu zamiast przywiązać do drzewa, uśpić lub zostawić na autostradzie - co niestety się zdarza - znalazłam moim ukochanym psiakom Czarnej i Mambie dom w dobrym schronisku dla zwierząt”
- napisała Scheuring-Wielgus.

Oburzenie postawą posłanki wyraziły organizacje działające na rzecz zwierząt. W ich ocenie odpowiedź Scheuring-Wielgus na publikację "Faktu" jest „szokująca i niezrozumiała”.

„Słowa „w nowym mieszkaniu moje psy nie miałyby przestrzeni, do której były przyzwyczajone i po prostu by się męczyły” oraz „nikt nie chciał kundli” są dla nas nieetyczne i pokazują zupełny brak empatii dla zwierząt, które obdarzyły panią poseł miłością i zaufaniem”.
- napisały fundacje w liście.

Organizacje zwróciły też uwagę, że schroniska „istnieją, ponieważ w Polsce panuje ogromna, na skalę światową, bezdomność zwierząt”.

„Aktualnie przebywa w nich prawie 100.000 zwierząt. Te miejsca to ostateczność, a nie bezpieczna przystań. Oddanie najwierniejszych przyjaciół z domu, który kochają, do najgorszego dla nich miejsca jawi nam się jako okrutne i nieodpowiedzialne”.
- czytamy.

Autorzy listu przypomnieli również, że do tej pory znali Joannę Scheuring-Wielgus jako „osobę głośno deklarującą troskę o dobro zwierząt”.

„Zaistniała sytuacja szkodzi sprawie walki o prawa zwierząt podwójnie. Zaszkodziła zwierzętom pani posłanki i pokazała, że deklaracje polityków nie idą w parze z działaniami”.
- czytamy w liście.

Viva!, OTOZ Animals i Mondo Cane zwróciły się też do lidera Wiosny Roberta Biedronia o wyrażenie stanowiska w sprawie postawy Scheuring-Wielgus.

„Prosimy o wyrażenie pana stanowiska w tej sprawie, szczególnie, że to Wiosna, jako jedyna partia polityczna, deklaruje w swoim programie utworzenie stanowiska Rzecznika Praw Zwierząt. Niestety, po ujawnieniu historii psów pani posłanki deklaracja ta jawi się wyłącznie jako kolejna obietnica wyborcza”.
- uznały w liście.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl