Pięć bzdur o agencie Tomku

  

Od paru tygodni gazety rozpisują się na temat agenta Tomka – funkcjonariusza CBA, który pod przykryciem rozpracowywał skorumpowanych polityków i ludzi biznesu. Odkąd słynny agent przeszedł na emeryturę, media przedstawiają coraz to nowe szczegóły jego życia i pracy. Żaden dziennikarz nie podał jednak o nim tak podstawowej informacji jak nazwisko. Uzupełniamy tę lukę. „Polski Bond” nazywa się Kaczmarek. Tomasz Kaczmarek

W medialnych opowieściach o agencie Tomku fakty mieszają się z celowo rozpuszczanymi kłamstwami i krzywdzącymi plotkami. Poniżej przedstawiamy najczęściej powielane bzdury na jego temat.

Bzdura 1. Agent Tomek jest prostakiem, niewiele potrafi poza brylowaniem w towarzystwie. Nie ma nawet wyższego wykształcenia.

Tomasz Kaczmarek ukończył socjologię na Uniwersytecie Wrocławskim. Napisał pracę dyplomową pt. „Charakterystyka socjologiczna złodziei samochodów”.
Zarówno wykreowany Tomek Małecki (pod takim nazwiskiem pracował w sprawie Marczuk i Kwaśniewskich), jak i Tomek Piotrowski (sprawa Sawickiej) mieli być z założenia podobni do wielu innych biznesmenów, którzy dorobili się w bliżej nieznanych okolicznościach. A natura takich ludzi nie jest skomplikowana – nie muszą błyszczeć intelektem, ich zainteresowania obracają się wyłącznie wokół kasy i dobrej zabawy. „Polski Bond” był zmuszony doskonale wczuć się w tę rolę. Tych celebrytów, którzy go oczerniali mówiąc, że był mało inteligentny i wieśniacki, należy zapytać, dlaczego tak chętnie z nim przebywali.

Bzdura 2. Agent Tomek nie miał doświadczenia operacyjnego, a sukcesy jako przykrywkowiec odniósł przypadkowo.

Kaczmarek zaczynał karierę zawodową w 1995 r. w policji. Szybko zdał testy do oddziałów antyterrorystycznych. Brał udział w poważnych akcjach związanych z walką z przestępczością zorganizowaną.

Potem przeniósł się do oddziału policyjnych wywiadowców – funkcjonariuszy, którzy po cywilnemu rozbijali siatki dilerów narkotyków. To wtedy, rozpracowując handlarzy amfetaminą i marihuaną, nabierał doświadczenia, działając w przebraniu.

Kolejnym etapem była praca w kryminalnym wydziale walczącym z gangami złodziei samochodów. Grupa tych policjantów działała we Wrocławiu, Zgorzelcu i Jeleniej Górze.

Warto dodać, że w 1997 r. Tomasz Kaczmarek wraz z kolegami z wydziału pomagali ludziom odciętym od świata podczas powodzi. Dowozili im żywność, wodę i artykuły pierwszej potrzeby. Ale także łapali złodziei, którzy kradli dowożone towary i potem je z zyskiem sprzedawali.

Przyszły agent Tomek zajmował się także ochranianiem – wraz z BOR – wysokich funkcjonariuszy państwa, w tym prezydenta. W 2002 r. zaczął się szkolić jako przykrywkowiec w pionie operacyjnym policji.

Mało kto wie, że jedną z jego pierwszych akcji w tym charakterze była słynna sprawa Starachowic, podczas której nastąpił przeciek do przestępców z MSWiA, za co na ławie oskarżonych zasiadł wiceminister Zbigniew Sobotka (SLD) i posłowie Sojuszu Andrzej Jagiełło i Henryk Długosz.

Po pewnym czasie działał wraz z innymi przykrywkowcami w środowiskach handlarzy bronią i narkotykami. Pracował w olbrzymim stresie, z narażeniem życia swojego i członków rodziny. Rozpracowywał największych gangsterów, za co był wielokrotnie wyróżniany. Obecni krytycy Tomasza Kaczmarka chcą, byśmy uwierzyli, że po przejściu w 2006 r. do CBA agent nagle utracił wszystkie swoje wcześniejsze umiejętności.

Bzdura 3. Agent Tomek brał na cel niewinne ofiary, uwodził je i wplątywał w aferę.

W charakterze niewinnych ofiar agenta Tomka występują Beata Sawicka, posłanka PO, i Weronika Marczuk, jurorka TVN-owskiego „You can dance”.

Choć to wydaje się nieprawdopodobne, „polski Bond” wcale nie rozpracowywał tych kobiet. Centralne Biuro Antykorupcyjne nie interesowało się ani Sawicką, ani Marczuk, dopóki same nie zaproponowały agentowi udziału w procederze przestępczym.

Obie panie agent poznał w czasie, gdy tworzył dla siebie tzw. legendę – czyli lipny życiorys wykreowanych na potrzeby operacyjne postaci Małeckiego i Piotrowskiego. Z Sawicką agent Tomek uczęszczał przypadkowo na ten sam kurs członków rad nadzorczych. Uznał, że możliwość pochwalenia się znajomością z posłanką może być mu przydatna w razie rozpoczęcia konkretnej akcji operacyjnej. Dlatego starał się kontynuować znajomość – podtrzymywał ją, umawiając się z Sawicką sporadycznie w publicznych miejscach odwiedzanych przez celebrytów. Były to najczęściej modne restauracje i dyskoteki w centrum Warszawy. To Sawicka uwielbiała pokazywać się z nowym kumplem, który woził ją luksusową limuzyną pod sejm, chciała imponować „tym chamom, zwłaszcza Schetynie”. Ku zaskoczeniu agenta CBA posłanka pewnego dnia zaproponowała mu okazyjny zakup działki na Helu. Odpowiednie kontakty z tamtejszym burmistrzem miał ułatwić poseł PO Marek Biernacki. Gdy doszło do rozmowy z burmistrzem, nie było wątpliwości, że chodzi o interes korupcyjny. Burmistrz oferował, że ustawi przetarg pod biznesmena-inwestora, którego udawał Kaczmarek.

Z podobnego względu jak z Sawicką, a więc wyłącznie po to, by w przyszłości móc uwiarygodnić się przy boku gwiazdy, agent Tomek zawarł znajomość z Weroniką Marczuk-Pazurą. Kiedy z kolegą był na kolacji w jednym z lokali w Krakowie, przy sąsiednim stoliku zasiedli członkowie jury w programie „You can dance”: Kinga Rusin, Michał Piróg i właśnie Marczuk-Pazura. Tomek kupił butelkę wina i przez kelnera przekazał celebrytom. Tamci przyjęli prezent i ochoczo zaprosili fundatora z kolegą do stolika. W ten sposób agent nawiązał kontakt z Marczuk. Z biegiem czasu gwiazda TVN coraz śmielej wskazywała zaskoczonemu agentowi propozycje rozmaitych interesów – m.in. na Ukrainie. W końcu wprost zaproponowała udział w zaaranżowanej prywatyzacji Wydawnictw Naukowo-Technicznych. Marczuk znała szefa WNT Bogusława S. poprzez polityka SLD Jacka Piechotę, który miał biura w budynku WNT.

Co ciekawe, media, które tak chętnie powtarzają zarzut, jakoby amant ze służb specjalnych podrywał niespodziewające się niczego kobiety i wciągał w zastawione pułapki, pomijają zupełnie figuranta w innej aferze rozpracowywanej przez CBA. Chodzi mianowicie o Jana J., syna byłych właścicieli willi w Kazimierzu, którą Kwaśniewscy mieli nabyć w tajemnicy przed urzędem skarbowym na podstawionego „słupa”. Agent Tomek miał zadanie nawiązać kontakt z Janem J., by jak najwięcej dowiedzieć się o transakcji. Zadanie wykonał doskonale. Prokuratura ma dowody poświadczające, że właścicielami willi są były prezydent i jego małżonka. Zarzut, jakoby CBA straciło 3 mln zł, które wyłożono na kontrolowany zakup nieruchomości, jest nieprawdziwy. CBA nie straciło ani złotówki.

Na marginesie dodajmy, że przy okazji akcji agenta Tomka wyszło na jaw, iż w willi Kwaśniewskich zamontowane było nielegalne ujęcie wody miejskiej.

Jan J. z pewnością nie pasuje do obrazu zakreślonego przez Sawicką podczas pamiętnego, okraszonego płaczem przedstawienia w sejmie: obrazu bezbronnej kobiety, uwodzonej przez funkcjonariusza CBA kwiatami owiniętymi perłami, SMS-ami i namiętnym tańcem.

Bzdura 4. Do przestępstw by nie doszło, gdyby agent Tomek sam nie wpakował w nie swoich ofiar.

Rzekome ofiary agenta Tomka nie tylko same wychodziły z inicjatywą korupcyjną, ale też zwykle same obmyślały plan, jak zatrzeć ślady nielegalnych działań.

Beata Sawicka w zamian za załatwienie Tomkowi ustawionego przetargu na Helu żądała gratyfikacji na kampanię wyborczą. Instruowała Tomka, jak ma uniknąć ewentualnych podsłuchów i jak prowadzić rozmowę z burmistrzem, by ten się nie wywinął. Po wybuchu afery Sawicka utrzymywała, że nie wiedziała, co dostała w kopercie, dlatego ją wzięła. Jednak słynny film ze sceną w parku, kiedy agent CBA wręcza jej łapówkę w wys. 50 tys. zł, dokumentował zaledwie pierwszą ratę łapówki – drugą, również w wys. 50 tys. zł, przyjęła parę tygodni później.
Burmistrz Helu Mirosław W. przedstawił agentowi CBA szczegółowy plan, w jaki sposób skręci przetarg. Zapewniał, że radnych i urzędników ma ustawionych. Zanim zainkasował 150 tys. zł łapówki, zdążył przyjąć luksusowy zegarek.

Weronika Marczuk sama zażądała łapówki w wys. 100 tys. euro. Następnie wymyśliła, żeby część przekazano jej pod stołem, a część przelewem na fakturę za rzekome usługi prawnicze. Fakturę wystawiła z datą o pół roku wsteczną. W rzeczywistości agent nie potrzebował usług prawniczki, o czym wcześniej ją wyraźnie informował. Nagrania tej rozmowy znalazły się w prokuraturze.

Szef Wydawnictw Naukowo-Technicznych Bogusław S. informował w szczegółach, jak zniechęci do przetargu potencjalnych inwestorów-intruzów. Ponieważ bał się wpadki w stylu Sawickiej, w zamian nie żądał pieniędzy, tylko stanowiska prezesa sprywatyzowanej firmy, wykupienia służbowego mieszkania, samochodu służbowego i zatrudnienia w firmie członków swojej rodziny.

Zanim zapadła decyzja o sprzedaży Tomkowi willi w Kazimierzu, rodzina J. i prawdziwi właściciele nieruchomości – czyli Jolanta i Aleksander Kwaśniewscy – sprawdzali potencjalnego kupca, czy nie jest z CBA. W tym celu zwrócili się do sędzi z Krakowa, żony znanego aktora, która sprawdzała „biznesmana”, wykorzystując piastowane stanowisko.

Po wyjściu afery na jaw człowiek związany z Jolantą Kwaśniewską przekazał mediom zdjęcie agenta Tomka. Tomasz Kaczmarek został w ten sposób zdemaskowany i wyłączony z działań operacyjnych.

Bzdura 5. Działalność agenta Tomka była kosztowna, a jej efekty – mizerne.

Przykrywkowiec, który ma działać w środowisku biznesmanów, nie może odstawać od reszty towarzystwa. By go uwiarygodnić, CBA musiała w niego zainwestować – kupić drogie samochody, drogie ubrania. CBA nie szastało jednak pieniędzmi – wynajmowane dla agenta mieszkania były, jak na „biznesmana”, urządzone skromnie, prostymi meblami z IKEI.

Korzyści z funkcjonowania agenta Tomka w świecie biznesu były niewspółmiernie wyższe do zainwestowanych w niego pieniędzy. Poza uniemożliwieniem ustawionej sprzedaży dobrze prosperującej spółki wydawniczej i atrakcyjnej działki na Helu agentowi CBA zawdzięczamy przede wszystkim to, że biznesmenom i politykom na długi czas odeszła ochota na „kręcenie lodów” wartych dziesiątki milionów złotych.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze


Wczytuję komentarze...

Koszmar drogowców? Hulajnogi

/ http://warszawa.naszemiasto.pl/artykul/zdjecia/elektryczne-hulajnogi-w-warszawie-juz-mozna-je-wypozyczac,4861092,artgal,36493874,t,id,tm,zid.html

  

W ostatnich dniach drogowcy usunęli ze stołecznych ulic ponad 85 hulajnóg należących do prywatnej firmy, która umożliwia wypożyczanie ich na minuty. Jak powiedziała rzecznik ZDM Karolina Gałecka, problemy związane z hulajnogami przybierają na sile z miesiąca na miesiąc.

W Polsce od października 2018 r. we Wrocławiu, Poznaniu i Warszawie dostępne są e-hulajnogi firmy Lime. Aby z nich skorzystać, należy zainstalować bezpłatną aplikację Lime. Dzięki niej można m.in. zlokalizować hulajnogę, sprawdzić poziom jej naładowania i prognozowany zasięg. Po zakończeniu przejazdu urządzenie można zostawić w dowolnym miejscu, z zachowaniem zasad bezpieczeństwa.

Jak jednak wskazała w rozmowie z PAP Gałecka, użytkownicy zostawiają je gdzie popadnie, bez uwzględnienia bezpieczeństwa pieszych i innych użytkowników przestrzeni miejskiej. W związku z tym od ponad tygodnia drogowcy z Zarządu Dróg Miejskich usuwają stwarzające zagrożenie urządzenia.

Gałecka podkreśliła, że te działania ZDM nie mają na celu zwalczania hulajnogi jako środka lokomocji.

"Nie chcemy z nimi walczyć, wręcz popieramy ten środek, bo popieramy każdy pomysł, który stanowi alternatywę dla samochodów w centrum miasta" – zaznaczyła.

Wskazała jednocześnie na problemy, jakie zaistniały przy takiej usłudze, jak wynajem hulajnogi na minuty.

"Gdy firma ta wchodziła do Warszawy, zwracaliśmy uwagę na szereg problemów, jakie mogą zaistnieć przy usłudze tego typu. Teraz okazuje się, że te problemy przybierają na sile z miesiąca na miesiąc" – powiedziała Gałecka.

Wśród problemów wskazała m.in. na kwestię poruszania się użytkowników hulajnóg chodnikiem.

"Prawo mówi, że osoba na hulajnodze jest pieszym, a pieszy powinien poruszać się po chodniku. Naszym zdaniem, to niebezpieczne" – zaznaczyła, zwracając jednocześnie uwagę na to, że elektryczna hulajnoga porusza się z prędkością nawet do 25 km/h.

"Wystosowaliśmy pismo do Ministerstwa Infrastruktury z prośbą o nowelizację tych przepisów i o dostosowanie ich do aktualnych warunków" – poinformowała Karolina Gałecka. Jak dodała, argumentem za tym jest to, że "osoba na hulajnodze może zwyczajnie stwarzać zagrożenie dla pieszego".

"Drugą kwestią jest to, że te hulajnogi są porozrzucane. Apelowaliśmy od początku o organizację miejsca, w którym mogłyby one stacjonować. Firma musi brać na siebie odpowiedzialność za sprzęt, który użytkownicy zostawiają w pasie drogowym" – podkreśliła Gałecka. "W związku z tym, oczekujemy od firmy edukacji w zakresie bezpiecznego korzystania z hulajnogi, a obowiązek takiej edukacji spoczywa na właścicielu owych udostępnianych urządzeń" – powiedziała.

Dodała, że ZDM wystosował pismo do firmy Lime, w którym wyrażono opinię, że "firma ta nie nadzoruje sposobu zostawiania sprzętu przez użytkowników sprzętu, a ten nie zawsze jest bezpieczny dla użytkowników dróg". "Poinformowaliśmy również, że w przypadku otrzymywanych przez nas zgłoszeń, skarg dotyczących nieprawidłowo zaparkowanych hulajnóg, oczekujemy niezwłocznej reakcji – firma powinna usunąć sprzęt, przestawić go i wyciągnąć konsekwencje wobec użytkowników" – wskazała rzecznik ZDM.

"Poinformowaliśmy ich też, że jeśli nie będzie reakcji z ich strony, to my będziemy usuwać hulajnogi z dróg. W ten sposób usunęliśmy już 85 hulajnóg – usuwamy je jako przedmioty porzucone, pozostawione w pasie drogi bez zezwolenia zarządu drogi" – powiedziała Gałecka. Dodała, że za usunięte w tym trybie przedmioty jest kara administracyjna.

Aby firma Lime odzyskała zabrane przez ZDM hulajnogi, drogowcy oczekują uiszczenia opłaty, a poza tym przedstawienia dokumentów świadczących o tym, że firma ta ma zarejestrowaną działalność w Polsce oraz że hulajnogi są jej własnością. Gałecka podkreśliła, że firma Lime nie spełniła żadnego z tych warunków, dlatego nie może odzyskać sprzętu. Zapowiedziała jednocześnie, że hulajnogi dalej będą usuwane na takich samych zasadach co dotychczas.

Hulajnogi osiągają maksymalną prędkość 25 kilometrów na godzinę, mają zasięg maksymalnie 35 kilometrów i silnik o mocy 250 watów.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl