Michnik, Jaruzelski, "Solidarność" i bagnety. Jan Rulewski w mocnym wywiadzie dla Niezalezna.pl

- Przy takim ówczesnym zamotaniu się Rosji w roli upadającego imperium, przy takim wsparciu ze strony prezydenta USA Ronalda Reagana, premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher oraz innych, Jaruzelski mógł wyjednać na Breżniewie koncesję zmian. Ale wydaje mi się, że on nie miał takiej wyobraźni, bo to był politruk – ocenia w rozmowie z Niezalezna.pl były opozycjonista z czasów PRL Jan Rulewski, wspominając wprowadzenie w Polsce przed 40 laty stanu wojennego.

Jan Rulewski
Telewizja Republika

Przemysław Obłuski: Dlaczego komuniści z Wojciechem Jaruzelskim na czele zdecydowali się na wprowadzenie stanu wojennego?

Jan Rulewski: Wprowadzili, bo znaleźli się pod murem, którego nie mogli przekroczyć. Komunizm w zakresie rozwiązań (nie mylić z ideałami), w zakresie sprawności, w zakresie spełniania założeń tego ustroju, co roku dokładał cegłę do swego grobu, a „Solidarność” w sierpniu ’80 roku (nie do końca i niekonsekwentnie) wprowadziła mechanizmy kontrolne. Przecież nikt nie wiedział o tym, jaka jest konkretnie sytuacja gospodarcza Polski, nikt nie znał zawartości „czerwonej książeczki zadłużenia”. Powiedziałbym, że komuniści w roku osiemdziesiątym oszukali drugą stronę, żeby opóźnić swój pogrzeb. Być może liczyli na cuda, ale te nie następowały. Kontrolno-demokratyczna funkcja „Solidarności” nieoczekiwanie się rozwijała i nie można było jej przekupić, obietnicami, rozpracowaniem agenturalnym, a nawet przywilejami, jak było to w 1970 roku. Wielu stoczniowców przecież wówczas uzyskało przywileje. Niektórzy do dzisiaj się przedstawiają jako bohaterowie, a sami mi mówili, że otrzymywali działki czy mieszkania - to wówczas się kończyło. 

Komuniści na swoim nadzwyczajnym zjeździe lansowali hasło: „socjalizmu będziemy bronić jak niepodległości”, co znaczyło, że bardziej będą bronić socjalizmu niż niepodległości. W różnych porozumienia ustępowali nam, ale my wiedzieliśmy, że ktoś będzie musiał płacić „czeki” za ten karnawał. 

W planach operacyjnych przygotowywali różne scenariusze, przygotowywano cały zestaw propagandowy, w tym sprawę Radomia, a także poprzez różne prowokacje medialne i nie tylko. Poprzez wojskowe grupy operacyjne rozpracowywano struktury związku, na co związek nie zwracał szczególnej uwagi.

Niewątpliwie zjazd „Solidarności” te działania spotęgował. Związek przedstawił alternatywę kompromisu dziejowego, post-jałtańskiego, czyli autonomia społeczna, przy zachowaniu „czerwonej czapeczki” i interesów Związku Radzieckiego, ale jednak z przesłankami ustrojowymi, które wyraźnie akcentował Breżniew [Leonid, sekretarz generalny KPZR-red]. On mówił często, że partia (PZPR) wraz ze swoimi organami, powinna zwalczyć kontrrewolucję. To była zapowiedź dyscyplinowania ekipy Jaruzelskiego przy pomocy różnych środków i Jaruzelski się podjął tego działania, gdyż on i jego ekipa ciągle wierzyli w pusty socjalizm, liczyli na jakiś cud.

Wariant siłowy był rozważany już w sierpniu 1980 roku. Oficjalnym powodem wprowadzenia stanu wojennego była pogarszająca się sytuacja gospodarcza, ale jego wprowadzenie nie poprawiło tej sytuacji. Ceny żywności i opału poszły radykalnie w górę, a realne dochody ludności drastycznie spadły. Okazało się, że komisarze w zakładach pracy nie pomogli.

Ten ustrój był niereformowalny. Komuniści nie mieli żadnego programu, a Jaruzelski chciał tylko siedzieć na bagnetach. Po dwóch, trzech latach tworzenia atrap ustrojowych, rozmiękczania rozmowami z Kościołem, który był trzymany w szachu poprzez np. wyrażenie z jego strony lub nie – zgody na pielgrzymki Jana Pawła II. To wszystko było jednak jałowe.

Po latach Jaruzelski zasłaniał się groźbą sowieckiej interwencji. Te twierdzenia zostały zdemaskowane, bo jak wiadomo Rosjanie akurat w 1981 r. nie chcieli tego robić własnymi rękami, zwłaszcza w sytuacji militarnego uwikłania w Afganistanie.

Oczywiście, że nie chcieli. Nie mieli takiego zamiaru. Uważali, że mają posłusznego Jaruzelskiego, który przy pomocy partii i organów, którymi kieruje zwalczy kontrrewolucję. Breżniew wydawał takie polecenia.

Jak w tym kontekście ocenia pan lata publicystyki „salonu” III RP, m.in. „Gazety Wyborczej”, która wmawiała młodemu pokoleniu Polaków, że Jaruzelski w owym czasie zachował się wręcz jak bohater. Podkreślano, że wziął na siebie odpowiedzialność i „uratował Polskę” przed sowieckim najazdem. W rozmowie między Michnikiem i Jaruzelskim, która była kilka dni temu emitowana w publicznej telewizji, naczelny „Wyborczej” nazywa byłego komunistycznego dyktatora „polskim patriotą”. 

Tego typu twierdzenia nie są oparte na żadnych faktach. Powtarzam jak mantrę – Jaruzelski sam się wpychał w to, żeby wykonać robotę, którą ewentualnie mieliby wykonać Rosjanie. Sam pan wcześniej wskazywał, że z punktu widzenia Rosjan nie było wówczas korzystnych warunków dla interwencji z ich strony. Pamiętajmy, że prezydent Ronald Reagan włączył wtedy „dopalacz rakietowy” w postaci Pershingów i Cruise’ów (amerykańskich pocisków mogących przenosić głowice nuklearne), a w Rosji trwał bezwład władzy.

Jaruzelski wykonał więc czarną robotę, której patriota nie chciałby wykonać. Imre Nagy [premier Węgier podczas rewolucji węgierskiej 1956 - red.] w podobnej sytuacji oddał swoje życie, a też proponowano mu podobne rozwiązanie. On w przeciwieństwie do Jaruzelskiego nie chciał oddać Węgier Rosjanom.

Można to ideowo różnie sprzedawać, ale trzeba mówić o konkretach. Przygotowywanie stanu wojennego w rozpisaniu na detale trwało już od marca. Wtedy już sporządzono listę internowanych, więc to oznacza, że decyzja zapadła wcześniej. Tą robotę Jaruzelski wykonał precyzyjnie, powiedziałbym, że wręcz bardzo dobrze sztabowo i o tym zapewniał Rosjan. 

W materiałach uniwersytetu w Berlinie Zachodnim znalazłem materiał, w którym na początku roku 1980 Kania (Stanisław, I sekretarz KC PZPR w latach 1980-1981) zapewniał Breżniewa, że przygotowano już 17 tys. sztuk uzbrojenia dla członków partii, gdyby „Solidarność” miała zaatakować.

Czy uważa pan, że Jaruzelski zamiast wprowadzać stan wojenny mógłby się wówczas zdecydować na to co zrobił w 1989 r., czyli na jakiś kompromis z opozycją? Jeśli tak, to jak mogłaby taka decyzja wpłynąć na losy Polski? 

To pytanie, które się rzadko stawia, bo przyjmuje się taki układ zero-jedynkowy, albo „Solidarność”, albo Jaruzelski. To jest nieprawda. „Solidarność” już na swoim zjeździe zaczęła napomykać o nowym porozumieniu społecznym. Naszą ewangelią były porozumienia z 1980 roku, ale w sierpniu już rozpoczęliśmy dyskusję, którą oparta była o tezę, że pędzimy ku katastrofie i prawdopodobnie odpowiedzialnością za tę katastrofę komuniści obarczą „Solidarność”, a władza nie ustąpi. Uznaliśmy, że trzeba myśleć o nowych porozumieniach, wobec których komuniści musieliby stanąć na gruncie prawdy, choćby o gospodarce. Oczywiście taka rewizja istniejących porozumień nie mogłaby polegać na zabieraniu tego co już osiągnięto, przede wszystkim swobód i mechanizmów, które by zapobiegały kolejnej katastrofie, a więc jawności - tego co Gorbaczow [Michaił, sekretarz gen. KPZR] wprowadzał później, w 1986 roku.

Moim zdaniem Jaruzelski mógł przekonać Breżniewa i powiedzieć mu, że czas na rewizję założeń ustrojowych, ale miał za małą wyobraźnię, albo stchórzył. Rewizja nie oznaczała przewrócenia systemu, a „Solidarność” na czele z Wałęsą przyjęłaby tę ofertę. Tym bardziej, że nie mieliśmy się gdzie cofnąć. W pewnych drobnych sprawach strajkowych czy dotyczących jakichś gazetek antysowieckich może i tak, natomiast w tym zasadniczym korpusie przemian – nie. 

Nawiązując do rozmowy Jaruzelskiego z Michnikiem o której pan wspominał – Michnik poza okrzykami „och” i „ach” i padaniem na kolana nie przedstawił żadnego argumentu (z wyjątkiem wymysłów o sowieckiej interwencji) co do patriotyzmu Jaruzelskiego. A patriotyzm polega na oddaniu się ojczyźnie.

Michnikowi bardzo łatwo przyszło tapetowanie Jaruzelskiego pięknymi hasłami, a ja byłem świadkiem, jak on pisał o tej ekipie jako o stadzie szympansów, które naczelnemu szympansowi (czytaj: Jaruzelskiemu) ma dawać d...

Później jednak się wszystko zmieniło. Jaruzelski w oczach Michnika stał się patriotą.

A to już jest inna historia. Wcześniej uznał, że nie powinniśmy być stadem szympansów, potem, że nie powinniśmy być katolikami, a potem całkowity odwrót od dialogu: państwo – naród – Kościół, na rzecz składania próśb o ratunek przed – jak on to nazywał – klerykalizacją Polski. I on to prowadzi konsekwentnie do dzisiaj, bo dla niego zagrożeniem jest Kościół, a nie lewica.

Jak to się stało, że kilku ludzi, w tym Adam Michnik, zdołało narzucić swoją narrację 10-milionowemu związkowi?

Po pierwsze, nie udało się i nie wszystkim. Już okrągły stół wywołał wiele kontrowersji i aprobata dla niego nie była powszechna. Natomiast sprytnie wyselekcjonowano ekipy, które w nim uczestniczyły. Ja nie wnosiłem żadnych pretensji, gdyż miałem hamulce moralne.

Nie potępiam tych ludzi, którzy przystąpili do okrągłego stołu, ale nie mogłem przeskoczyć bariery, którą była śmierć ks. Jerzego Popiełuszki, żeby podawać tym ludziom rękę.

Muszę jednak moim kolegom oddać, że uniknęli rozwiązań siłowych, nie zapierali się, rozmawiali. To świadczyło o ich odpowiedzialności. Nie chcieli gasić światła nad Polską.

Jeżeli się patrzy na historię i politykę w sposób pryncypialny, to kłuje w oczy fakt, że komuniści, decydując się łaskawie na rozmowy, chcieli doprowadzić do tego, aby wszystko pozostało po staremu.

Ale stał się cud, chociaż podobno komuniści nie wierzą w cuda. Otóż w 1991 roku społeczeństwo zweryfikowało obrady okrągłego stołu i w gruncie rzeczy odrzuciło ich wynik, poprzez wybór Wałęsy i parlamentu wbrew komunistom. To już inaczej urządzało Polskę, a Jaruzelski musiał odejść.

Jednak straconych lat - mam na myśli stan wojenny - już nikt Polakom nie zwróci.

Przy takim ówczesnym zamotaniu się Rosji w roli upadającego imperium, przy takim wsparciu ze strony prezydenta USA Ronalda Regana, premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher oraz innych, Jaruzelski mógł wyjednać na Breżniewie koncesję zmian. Ale wydaje mi się, że on nie miał takiej wyobraźni, bo to był politruk. 

10 tys. osób zostało w stanie wojennym internowanych, ok. 100 ludzi (są różne szacunki, a teczki poszły z dymem) straciło życie. Wyrzucenia z pracy, wilcze bilety, emigracja i wiele straconych lat w rozwoju gospodarczym. Nikt nie poniósł za to żadnych konsekwencji. Jak pan na to dziś patrzy?

To wszystko musiało cofnąć kraj, ale dobrze, że udało się chociaż połowę tych PRL-owskich długów anulować. Reszta bezpowrotnie stracona, ale odpowiem anegdotą: ten sowiecki system opierał się na czołgach i kałasznikowach, a życie polityczne i kulturalne opierało się na tym, że na wszelkich naradach częstowano nas winem musującym „Sowietskoje Igristoje”. Ludzie się cieszyli, że mogą z władzą trącić się kielichem i wzlecieć na tych bąbelkach w górę. Ja rocznicę stanu wojennego i w tym kontekście pożegnanie Sowietów uczczę lampką „Sowietskoje Igristoje” za 5,90.

 



Źródło: niezalezna.pl

 

Przemysław Obłuski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo