Co dalej z podwyżką stop procentowych?

mondaynews.pl
mondaynews.pl

„W Polsce mamy do czynienia z systemem bankierskim, a nie z bankami. Powoduje to, że banki nie szanują swoich klientów. Z opóźnieniem wprowadzają podwyżki oprocentowania depozytów, a o wiele szybciej przenoszą podwyżki stóp procentowych na swoich klientów”. - Z dr Arturem Bartoszewiczem, ekonomistą ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, rozmawia Maciej Pawlak

Agencja Fitch podniosła ostatnio prognozę wzrostu PKB Polski w 2021 r. do 6,4 proc. z 5,7 proc. oczekiwanych wcześniej. Równocześnie obniżyła prognozę wzrostu na 2022 r. z 4,5 proc. na 4,3 proc. (w 2023 wzrost PKB 3,5 proc. - wobec 3,8 proc. wcześniej). W jakiej mierze te szacunki stanowią efekt niskiej bazy odniesienia z 2020 r., a w jakiej - coraz wyższego tempa rozwoju naszej gospodarki?

Tempo rozwoju polskiej gospodarki jest dziś na pewno istotne. Tego nikt nie kwestionuje. Rzeczą jasną jest, że agencjom ratingowym łatwiej jest potwierdzać wzrosty w krótkim okresie. Za to bardziej ostrożnie odnoszą się do przyszłych okresów. Dzieje się tak, ponieważ decyzje podejmowane w naszym kraju w obszarze polityki pieniężnej odczuwane są przez ekspertów jako niestabilne, wprowadzają niepewność. W tej sytuacji agencje ratingowe zaszywają tą niepewność w prognozy na przyszłość. Tym samym w swych ocenach oświadczają, że wolą obniżyć perspektywę wzrostu, by nie przekazać swoim inwestorom, z którymi współpracują, informacji mylnej, dla nich niebezpiecznej. Zatem do publikowanych przez te agencje prognoz lepiej podejść ostrożnie. Dziś też nie wiadomo, jak skuteczna będzie polityka pieniężna prowadzona w Polsce bądź, czy nastąpią dalsze istotne zaniechania w tym zakresie. W warto zauważyć, iż jak na razie ta „polityka” to działania dość przypadkowe i reaktywne. Co tłumaczy, że dłuższa perspektywa ogłaszanych prognoz jest ostrożniejsza. W ostatnich latach wzrost polskiego PKB był w prognozach stale niedoszacowywany - zarówno przez Komisję Europejską, jak i agencje ratingowe. 

Czy w związku z ostatnimi podwyżkami stóp procentowych obecni kredytobiorcy mogą się obawiać znaczących podwyżek oprocentowania spłacanych kredytów?

To nie powinny być znaczące podwyżki kosztów obsługi kredytów. Bowiem wciąż mamy do czynienia z niewielkimi wzrostami stóp procentowych. Tym samym nie będą to jakieś radykalne zmiany. Dla kredytobiorców większym zagrożeniem jest inflacja. Bo jeśli stopy procentowe i obciążenia bankowe pójdą 1-2 proc. w górę, to porównując do sytuacji, gdy inflacja sięga poziomu 10 proc., to ten pierwszy wzrost jest znacznie mniej odczuwalny w portfelach niż ten wynikający ze wzrostu inflacji. Dlatego też to przede wszystkim inflacja powinna być dławiona. Bo za chwilę okaże się, że nie będzie z czego spłacić tych kredytów, nawet, gdyby były one utrzymywane na bardzo niskim poziomie kosztowym. Gospodarstwa domowe będą wówczas „wypłukane” z pieniędzy - podrożeje żywność, usługi, drogie będą media. Pojawi się wtedy pytanie: ile pieniędzy zostanie na spłatę kredytu? Wzrośnie liczba upadłości konsumenckich.

Czy wskutek wyższych stóp banki będą podwyższać oprocentowanie lokat?

Konsumenci liczyć na to mogą, ale nie zapominajmy, że banki już dawno odwróciły się od roli, jaką powinny spełniać. W Polsce mamy do czynienia z systemem bankierskim, a nie z bankami. Powoduje to, że banki nie szanują swoich klientów. Z opóźnieniem wprowadzają podwyżki oprocentowania depozytów, a o wiele szybciej przenoszą podwyżki stóp procentowych na swoich klientów. Jak się okazuje, nie wszyscy tracą na inflacji, bo w Polsce zarabiają i bogacą się banki na tym, w jaki sposób obniżają bogactwo obywateli - swoich klientów. To jest system irracjonalny. Historycznie banki dbały o swojego kredytobiorcę, prowadziły bezpieczną politykę długookresową. A obecnie doszło do sytuacji, w której banki sterują systemem finansowym, proponują rozwiązania prawne, tak aby sprzyjały ich interesom, prowadzą we własnym interesie największy lobbing. Należy spytać, co w tej sytuacji robi Komisja Nadzoru Finansowego, gdzie jest Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, skoro nie ma ich reakcji rynkowej na taką politykę banków. Można wręcz odnieść wrażenie, jak gdyby wszyscy „grali do tej samej bramki”. A przecież interes banków nie jest równoznaczny z interesem jedynie ich akcjonariuszy. To powinien być równocześnie interes ich klientów, bo w działalności banków chodzi przecież o długookresowe bezpieczeństwo i stabilność finansową rynku. Ale niestety, w Polsce, tego się w ten sposób nie rozumie.

Rada Polityki Pieniężnej podwyższyła stopę referencyjną z 1,25 do 1,75%. Prawdopodobnie nie jest to ostatni krok Rady co do dalszych podwyżek stóp. W jak dużej mierze taka polityka RPP może przyczynić się do spadku inflacji?

Skala działań podejmowanych przez RPP jest nieadekwatna do zagrożenia wytworzonego wskutek wcześniejszych zaniechań jej i prezesa NBP w kształtowaniu polityki pieniężnej i bezpieczeństwa finansowego Polaków. Mamy do czynienia z inflacją - już dzisiaj na poziomie ponad 8-procentowym (choć oficjalne dane za listopad mówią o 7,7 proc. - jest obecnie de facto wyższa), a odczuwalna w gospodarstwach domowych może być nawet dwukrotnie wyższa. Wszystko bowiem zależy od tego jak ukształtuje się koszyk dóbr, które zakupuje poszczególne gospodarstwo domowe. A niestety w uboższych gospodarstwach udział dóbr, które bardzo drożeją - zwłaszcza dotyczy to produktów spożywczych - jest znaczny. Trzeba też wziąć pod uwagę, że dla części gospodarstw domowych udział prądu, gazu i innych mediów w strukturze budżetów jest również istotny. Tym samym wszystkie te obszary są dla społeczeństwa decydujące o ich sile nabywczej i zamożności. 

Paliwa także znacząco podrożały.

Jest to faktem, a przecież część gospodarstw domowych ma istotne wydatki także w tym obszarze. Wobec tego można już dziś mówić o inflacji grubo przekraczającej owe szacowane ok. 10 proc. Tym samym, gdy RPP podnosi stopy procentowe o 0,5 proc. czy w wartościach zbliżonych, świadczy to o tym, że Rada nie rozumie, w jakim stanie zagrożenia znajduje się dziś polityka pieniężna. A powinna wziąć pod uwagę prosty mechanizm. 

To znaczy?

Reakcja gospodarki na podwyżkę stóp procentowych zajmuje od sześciu do dziewięciu miesięcy. Czyli de facto przed pierwszą, wrześniową podwyżką (z 0,1 do 0,5 proc.) już doszło do opóźnienia ok. 6-9 miesięcznego. Można więc powiedzieć, że te trzy podwyżki, które mają charakter „wyciskania łez” przez RPP, jako mechanizm ostrożnościowy i de facto udający prowadzenie realnej interwencji na rynku, stanowią jedynie zmianę narracji: z uzasadnień typu: nie ma i nie będzie inflacji - na zapowiedzi kolejnych podwyżek. Jeśli trzy kolejne podwyżki oznaczały zmianę wielkości stopy referencyjnej z 0,1 proc. do września do obecnego poziomu 1,75 proc., to rynek spodziewa się dalszego „kropelkowania” podwyżek w reakcji na wzrost inflacji. A przecież inflacja nie „kropelkuje” - zwiększa się lawinowo. W tej sytuacji taka reakcja RPP jest więc nieadekwatna. Stanowi raczej przejaw jej „nad ostrożności”. 

Jak powinna reagować RPP?

Potrzebna jest reakcja jednoznaczna, wręcz skokowa, co do skali kolejnych podwyżek stóp, która będzie stanowić dla rynku jasną sugestię, że RPP jest w stanie dokonywać takich posunięć, jednoznacznie reagować i zatrzymywać niebezpieczeństwa zagrażające całej gospodarce i społeczeństwu. Tak wysoka inflacja jest najgorszym zjawiskiem ją dotykającym, a przede wszystkim dotykającym dochodów i oszczędności Polaków. I tak bardzo biedniejemy w wyniku pandemii, a obecnie - wskutek zaniechań RPP i rosnącej inflacji. To nie znaczy, że za całą inflację odpowiada RPP. Jednak, gdyby polityka pieniężna była w naszym kraju skorelowana z odpowiednią interwencją w zakresie polityki fiskalnej, która musiała być realizowana od marca ub. roku, mielibyśmy obecnie do czynienia z zupełnie inną sytuacją. 

Uważa Pan więc, że polityka pieniężna w okresie pandemii nie została skorelowana z odpowiednią interwencją w zakresie polityki fiskalnej?

RPP i NBP przespały jeden rok projektowania i implementacji realnej polityki pieniężnej. Przecież według wciąż obowiązujących zasad, według RPP cel inflacyjny pozostaje na poziomie 2,5 proc. (z możliwością odchyleń o 1 proc.), a nie: 10 czy 12 proc. A dziś RPP zachowuje się w taki sposób, jak gdyby cel inflacyjny wynosił 10 proc. 

Na tego typu zarzuty ze strony NBP pada argument, że gdyby szybciej i w bardziej radykalny sposób podnoszono stopy, zagroziłoby to mocnym wzrostem bezrobocia. Czy Pan się z tym zgadza?

Nie zgadzam się z tym. Tego typu argumentacja RPP i NBP świadczy o ich całkowitym oderwaniu się od sytuacji na rynku pracy. Dziś co prawda nie ma na nim ryzyka wystąpienia bezrobocia, ale za to powstał ogromny problem z zaspokojeniem potrzeb tego rynku. Występuje na nim zagrożenie utraty dynamiki wzrostu wskutek braków, które uwidaczniają się obecnie w sektorach innowacyjnych technologii. Otóż brakuje na nich pracowników nawet w podstawowych obszarach. Stąd pracodawcy uważają, że skoro brakuje im pracowników trzeba otwierać rynek pracy na zagranicę. Jednak to nie wygląda tak, że wystarczy, że w tej sytuacji przyjedzie pracownik ze Wschodu i zastąpi „jeden do jednego” brak powstały w wyniku wyjazdu naszego pracownika na Zachód, bądź możliwa jest tą drogą odpowiedź na potrzebę powstającego wyspecjalizowanego miejsca pracy o określonej sprawności i wydajności niezbędnej dla tego przedsiębiorcy. Dziś doszło do sytuacji, w której część przedsiębiorców uważa, że nie mogą rozwijać swych biznesów, bo nie mają odpowiednich pracowników. To już się dzieje w sektorze logistycznym, branży transportowej - brakuje nawet kierowców i magazynierów.

Co to spowoduje w dłuższej perspektywie?

Mówimy, że w Wlk. Brytanii panuje groźna sytuacja. Ale dla nas istotne jest to, że w Polsce nie mamy obecnie możliwości zaspokojenia popytu na pracowników. Wiele firm nie jest w stanie się prawidłowo rozwijać - chodzi tu o sklepy wielkopowierzchniowe, czy firmy produkcyjne. Wskutek tego już obecnie obserwujemy opóźnienia w dostawach poszczególnych produktów niemożliwych do wytworzenia na czas. Zatem tłumaczenie sytuacją na rynku pracy opóźnień w podwyższaniu stóp procentowych, świadczy o tym, że sytuacja na nim jest w rzeczywistości nie znana i nie analizowana przez RPP i NBP. Obecnie wcale bowiem nie chodzi o zagrożenie bezrobociem wynikającego z ograniczania wzrostu gospodarki na skutek jej schłodzenia. Jest za to zagrożenie potencjalnym bezrobociem wytworzonym wskutek rosnącej inflacji. Bo jeśli Polacy z jej powodu biednieją to w ostateczności ograniczają swoją siłę nabywczą i wielkość popytu na nabywanie towarów i usług. A jeśli przedsiębiorcy nie będą mieli komu sprzedać wytworzonych przez ich firmy dóbr i usług, wówczas zaczną zmniejszać wielkość swoich biznesów, lub wręcz będą je zamykać. I w następstwie - dojdzie do wzrostu bezrobocia. Sam koszt pieniądza przy obecnych wysokich marżach ani jego dostępność, nie jest problemem. 

Dlaczego?

Na rynku znajdują się ogromne ilości środków pieniężnych m.in. wskutek funkcjonowania systemów pomocowych, m.in. z funduszy unijnych. Nowa perspektywa finansowa UE (2021-2027) rusza już za chwilę, czy też wieloletniej polityki niskich stóp procentowych. Ponadto zapowiadane są kolejne transfery z Krajowego Planu Odbudowy, także pieniądz wpłynie do gospodarki wskutek wdrażania Polskiego Ładu czy obniżania podatków na różnych poziomach. To znaczy, że wciąż istnieje problem zrozumienia przez RPP i NBP warunków wytworzonych przez tak szeroko odstępne instrumenty finansowe: zarówno unijne, jak i krajowe, w obszarze polityki fiskalnej. Nasze władze monetarne powinny umieć bronić bezpieczeństwa wartości polskiego złotego oraz bezpieczeństwa oszczędności i dochodów Polaków. Jeśli jednak się to nie dzieje to widocznie obecna polityka pieniężna jest źle prowadzona - ze spóźnionymi reakcjami - i niewspółmierna do skali zagrożeń. Nie jesteśmy dziś nawet w stanie przewidzieć, jakie skutki generujemy wspomnianymi zaniechaniami. Możliwe, że ich negatywne następstwa będą ciągnąć się latami.

 


Artykuł pochodzi ze strony filarybiznesu.pl

 

 


Źródło: filarybiznesu.pl

#Filary Biznesu

Maciej Pawlak
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo