Jałta w wersji light

No, nie Jałta, ale Soczi, i bez uścisków, bo na odległość. I „Wujaszek Joe”, jak Amerykanie zwali Stalina, tym razem po drugiej stronie. Ale sens tych wydarzeń, oddzielonych ośmioma dekadami, jest niestety porównywalny: w Jałcie pod koniec czwartej kadencji dożywający swych dni Franklin Delano Roosevelt nawet nie sprzedał, ale oddał Sowietom za frajer pół Europy; a dziś zramolały już na początku pierwszej i daj Boże ostatniej, zgodnie z zapowiedzią, kadencji Joe Biden daje Władimirowi Putinowi zgodę na przywrócenie tego stanu rzeczy. Niby chodzi o niewtrącanie się Zachodu w „wewnętrzne” sprawy Rosji, czyli podbój Ukrainy, ale najwyraźniej w tle jest bierność wobec próby ponownego uczynienia z Europy Wschodniej rosyjskiej strefy wpływów.

Gdyby nie chodziło tu o umycie rąk przez Amerykę, bardziej pasowałoby porównanie do Monachium ’38, gdzie przywódcy upadłych duchowo krajów Europy Zachodniej gotowi byli dać agresywnemu dyktatorowi prawo rozbioru innego suwerennego państwa w tchórzliwej nadziei, że ich samych nie zaczepi. Zaczepił, i to jak!

Trudno nawet to powtarzane notorycznie stanowisko Zachodu określać mianem cynizmu, bo ten ma na celu własny interes, a gdzież tu go się doszukać w manewrach Niemiec i Francji, a ostatnio i Stanów Zjednoczonych. Samouzależnienie się Europy od rosyjskiego gazu i idiotyczne wręcz przekonanie Ameryki, że da się na swoją stronę przeciągnąć Rosję, najlepszego sojusznika Chin, świadczą o stanie świadomości, przy którym rządy Króla Maciusia wyglądają na całkiem rozsądne…

Lekcja z historii Europy Środkowej

Bogu dzięki, wbrew powiedzonku ukutemu przez Marksa (a inni twierdzą, że Hegla) historia nie powtarza się dwa razy: raz jako tragedia, drugi raz jako farsa. Powtarzalne są oczywiście stałe elementy: żądza władzy, oportunizm mas ludzkich, ale to od nielicznych myślących „do przodu” zależy, by nie była to tragifarsa.

Dziś, inaczej niż w przypadku Monachium i Jałty, znacznie więcej zależy od państw, które przez Zachód ze szkodliwego przyzwyczajenia uznawane są za „nieważne”. Takimi nieważnymi krajami okazały się w swoim czasie Czechosłowacja i Austria, potem Polska i kraje bałtyckie, które zachodnie „demokracje” lekką ręką rzucały na żer to brunatnemu, to czerwonemu dyktatorowi, ale po tym tragicznym doświadczeniu ich narody wiele się nauczyły, zwłaszcza tego, by liczyć głównie na siebie.

Imperialne idee i imperialne cele

Wielkie idee – nieważne, słuszne czy nie – nie starzeją się. Z idei panowania nad całą Europą poprzez Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, która nie całkiem się udała, zrodziła się po wiekach II Rzesza stworzona przez Bismarcka pod hegemonią Prus; potem były wojenne próby podporządkowania Niemcom kontynentu, zakończone krachem III Rzeszy. Nawet wiek od tej pory nie minął, a wykoślawiając całkowicie założenia Unii Europejskiej, Niemcy z uporem dążą do stworzenia IV Rzeszy, w poczuciu potęgi już się z tym nawet nie kryjąc.

Na Wschodzie idea, że Rosja graniczy z tym, z kim chce, też mimo przelotnych turbulencji quasi-demokratycznych, nigdy nie straciła na aktualności. Dziś władca Kremla nie potrzebuje już stroić się w piórka komunistycznej „walki o pokój” i obrony uciśnionego proletariatu, który należało wyzwolić z pomocą Armii Czerwonej, obojętne gdzie – w Europie, Azji, Afryce czy Ameryce. Pies drapał idee Lenina, gdy się realizuje odwieczny ideał Iwana Groźnego: swoich wziąć za mordę, innych zniewalać i łupić.

A w tym celu dogadywać się z aktualnymi wielkimi tego świata, a to Szwedami, a to Niemcami, a można i z „pindosami”, jak między sobą Rosjanie zwą naiwnych Amerykanów, po raz kolejny sprzedających im sznur na własną szyję.

Sojusz jagielloński

Ale jest i odwieczna kontridea, zwana umownie jagiellońską, w wieku XX – prometejską, która dziś przybrała realną formę Inicjatywy Trójmorza. Idea pozbawiona imperialnego podtekstu, odwołująca się do niezrealizowanego ideału niedoszłej Rzeczypospolitej Trojga Narodów – „wolni z wolnymi, równi z równymi”. A niezrealizowanie jej w ostatecznym rachunku kosztowało nas utratę niepodległości. Choć utworzone, głównie z inicjatywy Polski, Trójmorze nie zakładało z automatu wiodącej roli Polski, czego tak się w okresie międzywojennym, a i potem obawiały mniejsze kraje regionu, zwłaszcza Litwa. Obawy przed naszymi rzekomymi imperialnymi ambicjami w ogromnym stopniu zniwelowała wieloletnia dobra współpraca w Grupie Wyszehradzkiej, a po przełamaniu kompleksów przez Litwę ścisła i rosnąca na skalę geopolityczną współpraca regionalna sprawiła, że po kilku latach dystansowania się Ukrainy, kraju o ogromnym potencjale, jej przystąpienie do Trójmorza jest obecnie przesądzone.

Z okazji przypadającego 2 grudnia 30-lecia ogłoszenia przez Ukrainę niepodległości podczas zdalnej konferencji przywódców innej struktury regionalnej, Trójkąta Lubelskiego, prezydenci Polski, Litwy i Ukrainy solidarnie wyrazili sprzeciw wobec ataków hybrydowych ze strony białoruskiego reżimu i stojącej za nim Moskwy, Polska i Litwa zaś potwierdziły swoje poparcie dla członkostwa Ukrainy w Pakcie Północnoatlantyckim i Unii Europejskiej. Cóż, po kolejnym błyskotliwym sukcesie dyplomatycznym Bidena wygląda na to, że Zachód zostawił Ukrainę sam na sam z agresorem, jak nas w 1939 r.

Byleby nie dać się skłócić z Ukrainą

Próba zapobieżenia podobnej sytuacji poprzez sojusz militarno-polityczny i zbrojną pomoc w utrzymaniu niepodległości Ukrainy, podjęta w 1920 r. przez Piłsudskiego i Petlurę, nie powiodła się, a skutki tego okazały się ostatecznie katastrofalne dla obu naszych narodów. Wzajemne krzywdy ze straszliwą rzezią wołyńską na czele były potem – i są nadal – skutecznie rozgrywane do skłócenia Polski i Ukrainy przez naszego wspólnego śmiertelnego wroga, imperialną do szpiku kości Rosję. Otwarcie granic i wzajemne poznawanie się ponad najtragiczniejszymi nawet historycznymi zaszłościami wbrew intencjom Kremla spowodowało jednak rosnącą wymiernie w badaniach wzajemną sympatię Ukraińców i Polaków. Opublikowany zaś kilka dni temu sondaż wykonany dla „Rzeczpospolitej” pokazał chyba ostateczne przełamanie resentymentów. Otóż na pytanie, czy NATO powinno czynnie zareagować na kolejną szykowaną przez Rosję napaść na Ukrainę, aż 62 proc. Polaków odpowiedziało: „TAK!”.

Diagnoza Lecha Kaczyńskiego dziś

Oznacza to, że mimo usilnie uprawianej przez Zachód, a u nas przez uległą interesom niemieckim ekipę Tuska polityki „resetu” z Rosją, po kilkunastu latach od rosyjskiej napaści na Gruzję i po siedmiu od inwazji na Ukrainę przygniatająca większość Polaków zrozumiała wreszcie słuszność diagnozy wypowiedzianej przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego w 2008 r. w Tbilisi: „Świetnie wiemy, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”.

A skoro tak, to jedynym sposobem, by temu zapobiec, jest zapewnienie sobie sojuszników z krajów równie zagrożonych, wiernych w wojennej potrzebie jak Ukraińcy Petlury w 1920 r., a skutecznych jak dzisiejsi jej obrońcy w Donbasie, którzy – to nie paradoks! – bronią granic cywilizacji zachodniej na Wschodzie.

We wspomnianej deklaracji prezydenci: Litwy Gitanas Nausėda, Polski Andrzej Duda i Ukrainy Wołodymyr Zełenski, uznali też Nord Stream 2 za wyzwanie dla bezpieczeństwa całej Europy i zapewnili, że będą solidarnie działać przeciw monopolizacji europejskiego rynku gazowego przez Rosję wykorzystującą energię jako oręż geopolityczny.

W tym kontekście więc na koniec wreszcie dobra wiadomość – Stany Zjednoczone nie dopuszczą do uruchomienia NS2! Nie słyszeliście? No przecież Biden powiedział Putinowi, że tak się stanie, gdy Rosja napadnie na Ukrainę, a wszak już to zrobiła, i to siedem lat temu. Ajajaj! Departament Stanu nie zauważył! Może chociaż w Pentagonie ten nierzucający się w oczy fakt odnotowano i gdy się generałowie uporają z podrzuconym im przez prezydenta problemem transtoalet w US Army, to…

Na razie liczmy na siebie i swoich najbliższych sojuszników, stale zwiększając ich siłę i… liczbę!

 

 



Źródło:

redakcja
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo