Lempart z tą farbą nie spłynie

Zachowanie Marty Lempart podczas niedawnego najścia jej grupy na warszawską siedzibę Prawa i Sprawiedliwości wzbudziło wiele pytań o dalszą obecność tej feministycznej liderki w polskiej polityce. Niektórzy zdążyli już nawet ogłosić jej koniec, inni ostrożniej ograniczyli się do pytania, czy to już…? Na oba odpowiedź jest przecząca.

Choć nasza polityka zna przykłady karier spektakularnych, lecz krótkich i zakończonych kompromitacją lub wpadnięciem w śmieszność niedawnych „ostatnich nadziei opozycji” (Mateusz Kijowski, Ryszard Petru), nie brak w niej osób, które swoją pozycję oparły na brutalności i zwykłym chamstwie. A przyjęcie z góry takiej formuły chroni przed kompromitacją w oczach sympatyków. Taki może być przypadek Lempart, jednak niedawne zdarzenie istotne jest z innego powodu.

Konflikt klasowy

Filmik z Lempart atakującą kobietę zajmującą się utrzymaniem czystości siedziby partii rządzącej widzieli zapewne wszyscy obserwatorzy naszej polityki. Aktywistka rozlewa farbę, sprzątaczka jest słusznie wkurzona, bo ktoś rujnuje właśnie jej pracę; aktywistka jednak idzie jak czołg i tłumaczy, że działa w imię wyższych racji. Sprzątaczka oczekuje usunięcia zrobionego bałaganu, aktywistka wyniośle odmawia. Obrazek idzie w świat. I tu dzieje się coś, co dla butnej Lempart musi być zaskoczeniem.

Lewica, a przynajmniej spora jej część, przypomina sobie, o co właściwie chodzi (chodziło?) w byciu lewicą i dostrzega w całym zdarzeniu konflikt klasowy. Wielkomiejska aktywista, choć działa w imię idei dzisiejszej lewicy bliskich, w działaniu tym przejawia wyższość, może nawet pogardę, wobec osoby świadczącej ciężką, mało prestiżową, lecz bardzo przecież społecznie ważną pracę. Jest to problem polityczny, ale też językowy. Młoda Lewica potępia zachowanie Marty Lempart i choć oświadczenie wydaje się słuszne, sami lewicowcy wpadają w pułapkę wartościowania klas, pisząc: „Żadna sprzątaczka nie zasługuje na aroganckie traktowanie ze strony wyżej postawionej w społeczeństwie kobiety. Feminizm powinien łączyć wszystkie kobiety, niezależnie od ich statusu społecznego czy majątkowego. Każda kobieta zasługuje na szacunek za jej ciężką pracę”. Słowa „wyżej postawiona” budzą jednak sprzeciw części Twittera, sytuację próbuje tłumaczyć była rzeczniczka SLD Anna Maria Żukowska, jednak w jakimś stopniu brnie w te same bezdroża, tłumacząc, że „Lempart ma większy kapitał społeczno-kulturowy, większe możliwości wywierania wpływu na rzeczywistość niż pani sprzątająca”.

Czy jednak nie ma racji? Zmagania się z pułapką klasizmu w opisie klasowych nierówności zostawmy samej lewicy i doceńmy raczej fakt, że w ogóle dostrzegła jednak w zachowaniu aktywistki problem.

Murem za Martą, czyli „zdrady” nie przebaczymy

Tyle że natychmiast pojawia się i reakcja odwrotna. To już krytykujemy Martę? Za takie byle co? – pytają lewicowych komentatorów ich bardziej liberalni koledzy i koleżanki. W tej grupie krytyka czy refleksja nie są zbyt dobrze widziane, mają w sobie bowiem coś ze zdrady.

Rok temu, też w kontekście protestów feministek, dziennikarz Konrad Piasecki pisał: „Spokój, godność, brak agresji budują poparcie milczącej większości i niepokój władzy. I dlatego sympatię zrodzi raczej bierny opór niż plucie na policjanta”. „Ja przepraszam, ale proszę to po prostu powiedzieć… do PiS-u masz ciągoty, prawda?” – pytała internautka uzbrojona w błyskawice i wszystkie konieczne hashtagi, oskarżając dziennikarza o krecią robotę.

I tak jest zawsze, przy czym równie często doświadczają tego zjawiska zarówno politycy innych niż Platforma partii opozycyjnych, łącznie z Szymonem Hołownią, jak i publicyści. Przypomnijmy tylko, jaka nienawiść spadła nie tak dawno na Różę Thun, gdy jej Facebookowi czytelnicy niewinny wpis o dniu poświęconym pamięci ofiar wypadków drogowych uznali za zawoalowany atak na Donalda Tuska.

Fanatyzm grupy wyborców opozycji skupionych wokół Platformy, a w internecie identyfikujących się z hashtagiem „#SilniRazem”, może być – i już jest – problemem dla całego obozu anty-PiS. Pokazała to ciekawa wymiana zdań, jaka miała miejsce na początku listopada. Najpierw Cezary Michalski w serwisie Wiadomo.co skrytykował media „niepisowskie”, pisząc: „Jeśli tak będzie wyglądał stosunek sił w polskich mediach – gdzie po jednej stronie mamy karną armię osłaniającą swoich liderów, a po drugiej stronie zblazowaną bohemę śmiertelnie znudzoną własną reprezentacją polityczną – wówczas »liberalna Polska« nie wygra żadnych wyborów”. „Gratuluję strategii, armia klakierów w mediach na pewno wygra wojnę politykom” – komentuje na Twitterze Jacek Gądek, a pod jego wpisem Krzysztof Śmiszek z lewicy zauważa: „SilniRazem jest jak szarańcza... To jedno z najgorszych rzeczy, na jakie napotkałem w polityce”. Ciągłe żądania okazywania jednomyślności zaczynają być już najwyraźniej męczące. Tymczasem i w sprawie Lempart takich głosów było wiele, choćby ze strony Klementyny Suchanow.

Produkt stawiania na jak najostrzejszy podział

„Obrazek Lempart i pani sprzątającej jest obrazkiem 3RP. Nie udostępniam go, bo nie ma na co patrzeć. Wszyscy to znamy. Podział na dwa obozy: postępowy społecznie i gardzący biednymi i drugi obóz uznający istnienie biednych, ale odrzucający postęp. Ten podział musi zniknąć. Tak więc proszę się rozejść. Nie ma czego oglądać” – pisze tymczasem na Facebooku Zenobia Żaczek, lokatorska aktywistka, trafiając w sedno podziału, który widzącym opozycję jako monolit zupełnie umyka.

Tymczasem dla grupy prosocjalnej ekonomicznie, lecz obyczajowo skrajnie progresywnej Lempart nie jest bynajmniej cenioną sojuszniczką. Wręcz przeciwnie, młoda radykalna lewica widzi w niej tylko karierowiczkę walczącą o miejsce na przyszłych listach wyborczych Platformy. Co więcej, niektórzy jej przedstawiciele zarzucają wręcz liderce Ogólnopolskiego Strajku Kobiet porzucenie kluczowego postulatu aborcji na życzenie w imię tego politycznego celu. Dla strony konserwatywnej podział ten nie jest zmartwieniem, warto jednak być świadomym jego istnienia, zwłaszcza że czasami objawia się on nieoczekiwanie choćby niepodejmowaniem części antypisowskiej narracji nie tylko w internecie, lecz choćby na niedawnych protestach proaborcyjnych.

Kwestie socjalne dzielą bowiem stronę, którą w skrócie nazwać możemy progresywną, nie mniej niż prawicę, choćby stosunek do polityki sanitarnej. Nie tak dawno ujawniło się to też przy okazji upartego lansowania obu Matczaków – syna jako głosu pokolenia (lewica oskarża tymczasem Matę nie tylko o „sprzedanie się” korporacji, lecz o utrwalanie w tekstach klasowych, a nawet rasowych uprzedzeń oraz przedmiotowego podejścia do kobiet) i ojca – jako specjalisty od prawa, demokracji i wszystkich chyba możliwych dziedzin życia, a który wdał się w ostrą dyskusję z Adrianem Zandbergiem, gdy okazało się, jak wyobraża sobie ambitne podejście do pracy (prawica trochę się w tym sporze pogubiła, czemu poświęciłem jeden z niedawnych felietonów w „Gazecie Polskiej”).

Marta Lempart nie traci ani rezonu, ani atrakcyjności dla swoich politycznych promotorów. Być może w którymś momencie zostanie przez nich porzucona, gdy jej aktywność stanie się zbyt kosztowna wizerunkowo. Nic na to jednak nie wskazuje. Platforma, opierając swój polityczny plan na coraz ostrzejszym, niestroniącym nawet od przemocy fizycznej podziale społecznym, takie zachowania i postawy promuje, mając do dyspozycji przyjazne media. „Babcia Kasia” nie została warszawianką roku, lecz jej udokumentowanych aktów agresji nie potępił żaden polityk PO, nie odcięły się od nich władze stolicy. Marta Lempart może się doczekać swojej nagrody w postaci miejsca na listach, a potem w Sejmie.
 

 

Źródło:

Krzysztof Karnkowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo