Dał nam przykład Azerbejdżan

Podczas zwycięskiej ofensywy azerskiej rok temu na trudnym, górzystym polu boju w Karabachu, odwojowywanym po 30 latach armeńskiej okupacji, specjaliści odnotowali całkowicie nowe taktyki, których analiza ważna jest i dla nas. Z dwóch powodów. Pierwszy – sytuacja geopolityczna pogarsza się, a w naszym regionie bliska jest wybuchu wojny. Tej prawdziwej, bo do tzw. hybrydowej już się niestety przyzwyczailiśmy. Drugi powód to nadal niedostateczny po latach zaniedbań i świadomego niszczenia przez rządy PO stan liczebny i poziom uzbrojenia Wojska Polskiego. Nie można dopuścić, by najnowocześniejsze w tym względzie rozwiązania pojawiły się za późno, jak w 1939 r., gdy polskiego nieba musiały bronić przestarzałe samoloty, bo nowe były na etapie prototypów.

Oczywiście słuszne były zakupy baterii rakietowych Patriot i najnowocześniejszego myśliwca świata F-35, ale przy stopniu skomplikowania tych broni ich dostarczenie i wyszkolenie potrzebnej do obsługi kadry zajmie kilka lat, a przypuszczalny napastnik, Rosja, wie o tym równie dobrze jak my i z pewnością nie będzie czekać, aż wzmocni to potężnie naszą armię. W tym kontekście większość ekspertów wojskowych pozytywnie ocenia uzupełnienie stanu naszych wojsk pancernych poprzez ekspresowy zakup aż 250 czołgów renomowanej klasy Abrams, co spowoduje, że WP będzie dysponowało największą w Europie liczbą czołgów, przekraczających możliwości podstarzałych wozów pancernych przeciwnika.
Warto przypomnieć, że cała strategia ataku wojsk sowieckich na Europę Zachodnią oparta była na masowym uderzeniu dywizji pancernych, a w czasach największej potęgi Armia Sowiecka miała miażdżącą przewagę w czołgach, wówczas względnie nowoczesnych. Szybkie pojawienie się we wschodniej Polsce Abramsów w towarzystwie nieustannie modernizowanych leopardów-2 całkowicie zmieni sytuację w regionie, gdzie nasze wojska pancerne staną się realnym i groźnym dla potencjalnego agresora czynnikiem odstraszającym. 

Pouczające wnioski z wojny azersko-armeńskiej

I działania bieżące, i te rozłożone na lata są niewątpliwie potrzebne, ale trzeba też planować te wyprzedzające, dające nam przewagę nad wrogiem. Taką dziedziną jest taktyka i strategia użycia dronów bojowych, dopiero kształtująca się w przodujących centrach sztabowych świata. Stąd Azerbejdżan w tytule, bo wprawdzie dronów używano okazjonalnie już wcześniej w walkach na Bliskim Wschodzie, ale dopiero błyskawiczna zwycięska kampania armii azerskiej przeciw posiadającej olbrzymią przewagę w broni pancernej i artylerii obronie armeńskiej wykazała niespodziewanie duży potencjał dronów użytych w innowacyjny sposób.

Nie jestem ekspertem, ale wystarczy poczytać prawdziwych znawców, by dojść do ciekawych wniosków. Otóż walki w Karabachu ujawniły, że tak zachwalane rosyjskie systemy przeciwlotnicze, nawet najnowocześniejsze, w które siły armeńskie były wyposażone w sporych ilościach, wobec używanych przez Azerów izraelskich i tureckich dronów okazały się niemal całkowicie bezradne. Było to spowodowane nie tylko zaletami samych dronów, ale nader umiejętnym ich użyciem. Także pod względem psychologicznym – czające się godzinami w powietrzu tuż poza zasięgiem radarów systemów przeciwlotniczych drony atakowały w momencie, gdy żołnierze armeńscy dokonywali zmiany posterunków lub udawali się na posiłek, co wkrótce wytworzyło swego rodzaju psychozę u przeciwnika. Bezkarnie niszczące czołgi i potężne haubice pociski tzw. amunicji krążącej wystrzeliwanej lub naprowadzanej przez niewidzialne do ostatniej chwili drony obniżyły morale armeńskich oddziałów do tego stopnia, że na licznych filmach azerskich można zobaczyć, jak Ormianie, słysząc charakterystyczny dźwięk nadlatującej znikąd maszyny, zamiast rzucać się do broni przeciwlotniczej rzucają się do panicznej ucieczki.

Tanie i zabójczo skuteczne

Ekspert z portalu Defence24 wskazuje, że Azerbejdżan uzyskał tak miażdżącą przewagę nad Armenią w ciągu zaledwie sześciu lat i za o wiele mniejsze środki, niż gdyby realizowano kompleksowy program wymiany generacyjnej samolotów, śmigłowców, artylerii i czołgów, bo dla dronów, atakujących z góry, każdy czołg bez skutecznej osłony przeciwlotniczej, nawet abrams, to łatwy cel. Zwłaszcza jeśli zneutralizowana została obrona przeciwlotnicza, a jak na koniec zwycięskich walk mógł się pochwalić prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew, jego systemy bezzałogowe zniszczyły 114 czołgów, a więc ponad połowę stanu całej armeńskiej armii, i sześć baterii dalekiego zasięgu S-300, stanowiących najważniejszą część armeńskiego systemu obrony przeciwlotniczej i wysławianych przez Rosjan jako niezawodne! Stało się tak dlatego, że rosyjskie zestawy przeciwlotnicze najczęściej nie były w stanie wykryć dronów odpowiednio wcześniej.

Pan Maksymilian Dura, z którego opracowania głównie tu korzystam, stwierdza, że w momencie wybuchu konfliktu Azerbejdżan miał co najmniej trzysta dronów różnych typów oraz kilkaset sztuk amunicji krążącej (bezzałogowa maszyna, dron, z głowicą bojową), które po wykryciu celu niszczyły go przez bezpośrednie uderzenie. Co więcej, wypracowano już taktykę działania dronów w roju, w którym może być ich kilka typów, np. większe do niszczenia pojazdów i mniejsze do atakowania pojedynczych ludzi. Brzmi to jak opis z powieści Lema „Niezwyciężony”, ale podczas walk w Syrii Turcy skutecznie używali roju 20 dronów swojej produkcji typu Kargu-2.

Jeż – najbezpieczniejsza jest własna produkcja

Wnioski dotyczące WP są według eksperta dość optymistyczne, o ile – jak w znanym powiedzeniu – generałowie nie będą się przygotowywali do wojny poprzedniej, ale przestawią się na strategię wyprzedzającą, gdyż Polska posiada ośrodki naukowe i przemysłowe, które są w stanie dostarczyć własne rozwiązania. „Trzeba tylko, tak jak Azerbejdżan, opracować jasny i konsekwentnie realizowany program wojny dronowej, który dodatkowo będzie innowacyjny – zaskakując ewentualnego przeciwnika. Polski przemysł jest na to gotowy, jak chociażby Grupa WB. Ma ona w swojej ofercie zarówno amunicję krążącą (np. Warmate) i drony (np. Flyeye, FT-5 »Łoś«), jak i rozwiązania bardziej kompleksowe, np. Wampir (W2MPIR), który pozwala na pokonanie i przełamanie obrony przeciwnika. Wszystkie te konstrukcje zostały opracowane przez polskich inżynierów, a więc gwarantują pełną autonomiczność i bezpieczeństwo ich wykorzystania” – pisze Maksymilian Dura na portalu Defence24.

Oceniając pozytywnie interwencyjny zakup tureckich dronów Bayraktar TB-2, które sprawdziły się w Karabachu, ekspert zwraca uwagę, że Rosjanie prawdopodobnie przechwycili dzięki Ormianom kilka takich bezzałogowców i pracują już nad sposobem ich neutralizowania, aby więc mieć pewność, że własne systemy bezzałogowe będą operowały bez zakłóceń, trzeba je po prostu produkować u siebie. Nie znaczy to, że nie należy korzystać z doświadczeń bardziej zaawansowanych krajów, jak nasz sojusznik w NATO Turcja czy przyjazny nam i dążący do członkostwa w Pakcie Azerbejdżan. Ukraina, nasz atakowany przez wspólnego wroga sąsiad i sojusznik (mamy wszak wspólną jednostkę bojową – Litewsko-Polsko-Ukraińską Brygadę), nie tylko podjęła produkcję licencyjną tureckich bayraktarów, ale dokonała też znaczących ich modyfikacji, wyposażając je w silniki własnej konstrukcji, co wedle znawców znacznie zwiększyło ich siłę bojową. 

W 1918 r. armię wyzwolonego spod carskiej władzy Azerbejdżanu organizował gen. Maciej Sulkiewicz, polski Tatar, szlachcic herbu Jeż, po sowieckiej inwazji na ten kraj w 1921 r. zamordowany przez rosyjskich bolszewików. Może doczekamy się jego upamiętnienia i niebawem z udziałem doświadczonych podczas wojny o Karabach azerbejdżańskich specjalistów będziemy przeprowadzać próby poligonowe polskiego drona bojowego marki Jeż?
 

 

Źródło:

Jerzy Lubach
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo