Sprawa Mochnackiego

Tylko cztery strony, papier nieco pożółkły, lecz solidny, druk drobny, ale czytelny. Proszę Państwa, oto „Gazeta Polska”, nr 93. Jest poniedziałek, 6 kwietnia 1829 r. Za niecałe półtora roku wybuchnie powstanie. A na razie pospierajmy się o literaturę. Chociaż nie tylko – przecież w Królestwie, jak w każdym kraju zależnym, gdzie działa cenzura i „policje tajne”, wszystko staje się polityką…

Uroczystosci pogrzebowe Maurycego Mochnackiego fot. Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska

Zaczyna się od wiadomości handlowych – po ile za korzec żyta, a po ile za korzec jęczmienia na ostatnim targu zbożowym. Potem wiadomości krajowe (te zagraniczne na kolejnych stronach), kto szacowny umarł, co można dostać w „fabryce czerkasów” przy Bonifraterskiej (chustki i pończochy damskie „oraz inne tego rodzaju wyroby krajowe”). Dalej możemy się jeszcze dowiedzieć, o czym napisano w aktualnym numerze „Izydy Polskiej”. Jednym słowem, wielkie materii pomieszanie, jak to w prasie – nie tylko polskiej i nie tylko dawnej. A potem gdzieś w połowie drugiej strony zaczyna się awantura…

Pisał całym sobą

- „Zanosi się na burzę w dziennikarstwie warszawskim. Przedmowa do edycji petersburskiej dzieł Mickiewicza narobiła wielkiego hałasu w stolicy. Jeden z mniejszych dzienników tutejszych, nie mogąc powściągnąć obruszenia swego, powiedział, że tę przedmowę Mickiewicz napisać musiał w nadzwyczajnym paroksyzmie szału romantycznego. Żeby dowieść tego twierdzenia, dopuścił się nawet rzeczony dziennik literackiej prawdziwie niecnoty, to jest: w omylnym świetle ukazał zamiar tej przedmowy i myśl autora najopaczniej wyłożył. Postępek taki tylko obrażonej miłości własnej przebaczyć można. Lecz powinnością naszą jest uprzedzić publiczność, że w artykule wydawcy wspomnianego dziennika nie masz ni słowa prawdy; wszystko zmyślone. Mickiewicz ani pomyślił o tym, co wmówić w niego ów dziennik usiłuje”

- czytamy w „Gazecie Polskiej” z 1829 r.

Po rozpisanym na kolejne kolumny tekście jak gdyby nigdy nic następuje informacja o… pogodzie („Dziś ciepła stopni 2”), a po niej wiadomości ze świata: Ameryka, Austria, Niderlandy, Niemcy, naturalnie Francja – trzeba w poniedziałek przeczytać, o czym ostatnio mówiono w Paryżu. Podpisu pod żarliwą polemiką brak…

Ale czytelnik przecież wiedział i my też wiemy – oto on, Maurycy Mochnacki, ma te swoje dwadzieścia kilka lat, jest pierwszym piórem młodej generacji i jednym z redaktorów „Gazety Polskiej”. Mimo młodego wieku swoje już przeżył i za niektóre błędy przyjdzie mu jeszcze zapłacić. Na razie pisze, głównie o literaturze, ale rozliczne stołeczne periodyki pełne są też jego tekstów o muzyce (jest przecież wykształconym pianistą, legenda przedstawi go jako prawie równego Chopinowi), sztuce i teatrze.

Pisze prędko, erudycyjnie, nerwowo. Pisze całym sobą, jest w tym pasja, czasem zjadliwość, zawsze ogromna energia. Spala się i rośnie. To są młode lata warszawskiej prasy, pisma powstają i upadają, wydawcy czasem bankrutują, a nieraz ulegają naciskom establishmentu i wyrzucają zbyt gniewnych autorów (taki los za chwilę spotka Maurycego i jego przyjaciół).
Oczywiście jest też cenzura, która, jak to cenzura, pracy nie ułatwia, ale też zmusza do wysubtelnienia pióra i walki aluzją.

Spór romantyków z klasykami

Wspomniany „mniejszy dziennik tutejszy” to redagowany przez Franciszka Salezego Dmochowskiego „Przewodnik Warszawski”, a polemika o Mickiewicza to przecież fragment „walki romantyków z klasykami”. Polemiki bywają ostre i szybkie (w przypisie autor dodaje: „patrz numer przedwczorajszy”), a adwersarze się specjalnie nie oszczędzają.

Ale naprawdę nie jest to tylko spór o starą i nową poezję i nie tylko o dopuszczalne na literackich salonach style i konwencje tu idzie. Pamiętajmy, jesteśmy w kraju niesuwerennym, co prawda jest Królestwo, ale „król” to car. Wszystko jest polityką – a już na pewno poezja. Spór romantyków z klasykami to część sporu starego z nowym, spór mocno osadzonych elit z aspirującymi i głodnymi sukcesu, spór tych, którzy uważają, że w zaistniałych warunkach mamy to, co dało się osiągnąć, z tymi, którzy uważają, że to coraz bardziej atrapa.

Pokolenie „świata szwoleżerów”, weteranów wojen napoleońskich, pamiętające jeszcze schyłek „dawnej Rzeczypospolitej”, jest dojrzałe i nieco zmęczone. Trudno znosić Wielkiego Księcia, ale to przecież nie znaczy, że można pozwolić młodym wariatom zniszczyć „ojczyznę wolną”. Jakkolwiek ta wolność byłaby umowna…

Czytelnik może w tym momencie zapytać, czemu przechodzę od literackiej polemiki do opisu świadomości pokolenia epoki napoleońskiej? Właśnie dlatego, że te sprawy się łączą, że polemika starej i nowej krytyki, na której wyrósł burzliwy talent Mochnackiego, jest częścią ówczesnego polskiego sporu.

Pokolenie epoki napoleońskiej, któremu udało się wykorzystać dziejową zawieruchę i przywrócić sprawę polską Europie, ma wielkie zasługi - dlatego o tej epoce śpiewamy w naszym hymnie. Ale – jak wskazywał w swoich wykładach prof. Andrzej Nowak - polska wersja doktryny napoleońskiej ma swoją cechę szczególną. Z doświadczeń tego pokolenia wynikało, że Polski nie przywrócimy sami, że potrzebny jest cesarz, silny zewnętrzny patron i sojusznik, który obejmie nas swoją opieką. Może być cesarz Francuzów, gdy zabraknie cesarza, może być i kto inny. To przeświadczenie, oparte zresztą na prawdziwych wydarzeniach, musiało wywołać sprzeciw kolejnej generacji.

Nie lubimy słuchać młodych ludzi

Piszemy tu o romantyzmie – literackim, politycznym, filozoficznym, romantyzmie definiowanym jako styl literacki, jako sposób myślenia, jako postawa. Czy jednak Maurycy Mochnacki był romantykiem? Pytanie paradoksalne, bo przecież mówimy o czołowym krytyku epoki, który w ciągu swojego 31-letniego życia zdołał bić się o uznanie nowego stylu, krytycznie witał jego pierwsze przejawy, a nawet dał pierwsze próby syntezy.

Politycznie też dzielił doświadczenia tej generacji - kolejne młodzieńcze spiski i sprzysiężenia, więzienie okupione próbą „gry” z śledczymi i napisane dla odzyskania wolności „pismo karmelickie”, za które będzie musiał płacić do końca. Po wyjściu z więzienia pracuje… w cenzurze, kierowanej zresztą przez wybitnego filozofa, masona i byłego jakobina Józefa Kalasantego Szaniawskiego. Potem kolejne lata publicystyki i spiskowanie, i oczywiście powstanie, nie mogło go przecież zabraknąć.

Powstańcze losy Maurycego: od uwielbianego trybuna do człowieka, który musi kryć się przed groźbą linczu u swojego wroga, księcia Druckiego-Lubeckiego. Wypadki następowały z dnia na dzień, Mochnacki wzywa do bezwzględnej walki, jest pierwszym adwersarzem stronnictwa ugody. Pisze o potrzebie rewolucji społecznej, krytykuje na prawo i lewo: konserwatystów z kręgu Czartoryskiego, dyktatora Chłopickiego i popularnego wśród radykalnej młodzieży Joachima Lelewela.

W sprawach walki o wolność równie żarliwy jak w sporach literackich, kłóci się z przyjaciółmi z Klubu Patriotycznego. Żąda konsekwencji w działaniu – prof. Jan Majchrowski, syn Stefana Majchrowskiego, pisarza, rotmistrza kawalerii i propagatora pamięci o Mochnackim, mówi w rozmowie z „Codzienną” o lekcji z tamtej epoki: "Nie lubimy często słuchać młodych ludzi, którzy są czasami zapalczywi, wikłamy się w paktowanie z przeciwnikiem, a czasem z wrogiem, zamiast po prostu dokonywać tego, co do nas należy. Brniemy wtedy w błocie negocjacji, a są rzeczy, które po prostu szablą trzeba ciąć".

Idzie na front

Ostatecznie, jak napisał jeden ze znawców życia i twórczości Mochnackiego, prof. Mirosław Strzyżewski, „przegrywa jako polityk i jako człowiek”, bo przeciwnicy ujawniają jego więzienne pismo i wypominają pracę w cenzurze. Robi to, co polski szlachcic zrobić musi, gdy nie ma już wyjścia. Nie zostanie liderem, nie chcą go słuchać, oskarżają o zdradę - idzie zatem na front.
Na polu walki udowodni, co jest wart. I udowadnia, choć wrogów nie przekona. Ciężko ranny pod Ostrołęką, kończy służbę w stopniu podporucznika i z Virtuti Militari.

Znów pisanie, znów wzywanie do walki, znów spory – o mało co nie skończyło się rozstrzelaniem. Bohdan Urbankowski w II tomie monumentalnych „Źródeł”, czyli syntezy polskiej myśli i filozofii, komentuje te dni: „W pełnych skrytej rozpaczy artykułach usiłuje otworzyć oczy naiwnym rodakom, rozwiewając nadzieje na pomoc obcych mocarstw. Jeszcze wzywa do wykorzystania wszystkich sił narodu, jeszcze próbuje zaszczepić rewolucyjne idee – w nich tylko widząc szansę uratowania sprawy polskiej”.

Tymczasem powstanie już dogorywa i żadne apele nie pomogą. Ucieczka wraz z bratem, droga przez kraje niemieckie, gdzie akurat trwa największa w dziejach Niemców era polonofilii, a niemiecki mieszczanin widzi w Polakach tych, którymi sam chciałby być, lecz nie potrafi. Dowody uznania są miłe, ale Maurycy czytał Hegla i nie ma złudzeń.

Teatr wojny

A więc Francja, gdzie przenosi się większość polskiej polityki wraz z „potępieńczymi swarami”. Próba aktywności politycznej, ale wrogowie są pamiętliwi. Liczne polemiki i artykuły na łamach równie fascynujących, co efemerycznych pism emigracyjnych – do dziś zwracają uwagę wnikliwe uwagi o naturze moskiewskiego despotyzmu.

A więc Paryż, a wkrótce ucieczka na francuską prowincję (życie tańsze i druk tańszy), jakaś miłość (w końcu to Francja, a on naprawdę ma ledwo 30 lat), a potem śmierć najpierw brata, a potem jego samego w burgundzkim Auxerre, gdzie do dziś żywe są tradycje polskiej obecności.

Ostatnie lata i miesiące Mochnackiego zostały udokumentowane przez zachowaną i wydaną korespondencję. Wiadomo, że pod koniec chciał politycznie zbliżyć się do obozu zwalczanego kiedyś księcia Adama Jerzego Czartoryskiego. Niektórzy widzą w tym koniunkturalizm – nielubiący Mochnackiego Słowacki, zawsze genialny także w złośliwościach, napisze w „Beniowskim”: „po drodze wstąpił do Arystokracji/I w tem bez ognia piekle bawił trzy dni”. Naprawdę koniunkturalizm? A może dojrzewanie? Do końca pracuje i pisze. Niedokończone dzieło życia – przy pełnym uznaniu dla jego prac krytycznych i historycznoliterackich – będzie książką polityczną: „Powstanie narodu polskiego w roku 1830 i 1831”. Udało się skończyć dwa tomy, które dochodzą… ledwo do początku powstania.

Czym jest ta książka? Na pewno dziełem historycznym, subiektywnym, zaangażowanym i wymagającym krytycznej lektury – ale niezbędnym dla wiedzy o epoce. Jest to też książka na wskroś dziennikarska, strony o przebiegu nocy listopadowej czyta się jak polityczny reportaż. Pisał to człowiek gazety, prawdziwy dziennikarz, który wie, że uchwycony w porę zapis chwili jest na wagę złota.

Ale Mochnacki wyrósł z dziennikarstwa, tak jak wyrastał z politycznego romantyzmu. Książka zaczyna się od traktatu geopolitycznego, w którym autor opisuje polski „teatr wojny” i znaczenie ziem wschodnich dla wygrania rywalizacji z Moskwą. Wreszcie, niedokończone dzieło Maurycego ma wymiar politologiczny, bo tak należy traktować strony poświęcone sprawie roli władzy dyktatorskiej w insurekcji. Ten wyrosły na niwie przegranego powstania makiawelizm zainspirował chyba jedną z najważniejszych książek o Mochnackim – „Filozofię polityczną Maurycego Mochnackiego” autorstwa Bronisława Łagowskiego.
Ciekawe, że samo „Powstanie…”, jakkolwiek cytowane nieraz przez historyków, wydane zostało dopiero w latach 80., ze wstępem Stefana Kieniewicza. Widać wcześniej jednoznacznie antymoskiewskie i niepodległościowe brzmienie było nie do strawienia. To nie poezja wieszczów, którą można było jakoś „wyinterpretować” za pomocą naukowej ekwilibrystki (choć i z wieszczami komuna miewała problemy), to traktat o niepodległości. Bezwarunkowej – albo jest, albo jej nie ma.

Sprawa Mochnackiego

Pani Marta Ławacz, występująca podczas sobotnich uroczystości w imieniu rodziny Maurycego, w poruszających słowach wspominała swoją mamę Hannę Mochnacką-Ławacz, która jako młoda dziewczyna nie została w latach stalinowskich przyjęta na studia za nazwisko… Mochnacka.

Ten zdaniem Stanisława Brzozowskiego pierwszy nowoczesny twórca naszej kultury zawsze uwierał wrogów Polski. Sprawa Mochnackiego to także nasza sprawa.
 

 


Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Antoni Opaliński
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo