Rozum i strach

Gdy w młodości czytałem książki przygodowe, widziałem siebie jako głównego bohatera większości opowieści. We własnych myślach byłem dzielny, nieustraszony, chrobry i szlachetny. Wrogowie nie mieli żadnych szans w bezpośredniej konfrontacji ze mną, a ja wychodziłem ze wszystkich opresji bez jednego nawet draśnięcia. Który z nastolatków nie marzył o tym, by w czasie przemierzania pustyni uratować arabską księżniczkę, a później wziąć od jej bajecznie bogatego ojca kilka pałaców i wielką górę złota? Naturalnie sama szlachetnie urodzona ofiarowała swoją dłoń w podzięce, a szczęśliwy ojczulek wyprawił oblubieńcom huczne weselisko i wszyscy żyli długo oraz szczęśliwie, stąpając boso po nagrzanym piasku.

Nagrzanego piasku miałem pod dostatkiem, ale już jako dorosły chłop, gdy przemierzałem na czele dowodzonego pododdziału irackie miasto Karbala wraz z przyległościami. Było to w kwietniu roku 2004, podczas najcięższych walk z milicjantami szyickiego duchownego Muktady as-Sadra. 

Drzemka kojota 

Mam do moich Czytelników bezgraniczne zaufanie, dlatego w największym sekrecie zdradzę, że bałem się jak nigdy wcześniej. Moje serce łomotało z obawy tak, że wydruku z elektrokardiogramu nie opisałoby żadne lekarskie gremium, a żołądek był zaciśnięty niczym pięść latynoskiego rewolucjonisty. 

Oczywiście na moim licu nie było żadnych oznak wewnętrznej burzy, a papieros, niedbale dymiący w kąciku ust, miał maskować nerwowe tiki pojawiające się coraz częściej na prawym policzku. Wydawałem komendy spokojnym tonem, składałem meldunki przez radiostację głosem epikurejczyka i chyba wszyscy dali się nabrać, bo zarówno moi podwładni, jak i przełożeni pokładali we mnie duże nadzieje. Tylko ja wiedziałem, jak tytaniczną robotę wykonuję, aby zrównoważyć dwie targające mną siły, mianowicie rozum i strach.

Strach przegrał tej nocy ze snem, ponieważ z jakiegoś dziwnego letargu przywrócił mnie dopiero metaliczny dźwięk wydobywający się z głośnika radiostacji: „Kojot, gdzie jesteś?”. Oficer pełniący służbę w TOC (skrót od angielskiej nazwy „tactical operations center”), zaniepokojony moim długim milczeniem, postanowił mnie wywołać w eterze. Chwyciłem słuchawkę, szybko podałem swoje koordynaty i dodałem, że wszystko u mnie spokojnie. Otrzymałem z drugiej strony krótkie podziękowanie i wysiadłem po cichutku z pojazdu, aby rozprostować kości.

Kierowca spał jak zabity, podobnie strzelcy karabinków Beryl, a czuwał jedynie celowniczy karabinu maszynowego PK (skrót od rosyjskiej nazwy „pulemiot Kałasznikowa”). Żołnierz leżał na ziemi, z kilku znalezionych cegieł wykonał prowizoryczne przedpiersie i tylko lufa broni wystawała na zewnątrz przez niewielki otwór pomiędzy budowlanymi bryłami. Podpełzłem do niego i zapytałem: „Dzieje się coś?”. Pekista, jak slangowo określano operatorów karabinów, odparł: „No, dzieje się, AC/DC koncertuje!”. Zaśmiał się złośliwie, ja za nim i już wiedziałem, że jest dobrze, skoro postanowił beztrosko zaszydzić ze mnie i napomknąć o mojej ulubionej kapeli. Wydałem mu szybką komendę: „Zwijaj bambetle, ja podniosę wszystkich i pojedziemy się przespać w pobliże bazy”.

Rozpętało się piekło

Baza była silnie ufortyfikowana i pilnie strzeżona wianuszkiem posterunków. Stanęliśmy kilkadziesiąt metrów od zewnętrznego punktu kontrolnego, starannie otoczonego betonowymi zaporami. Nakazałem wojsku pójść spać. Nieco na lewo od naszych pojazdów stały dwie amerykańskie półciężarówki z kilkoma oficerami i podoficerami ze sztabu batalionu. Domyśliłem się, że sytuacja jest nieciekawa, skoro nawet oni wyszli w pole zamiast robić swoje. Już miałem rozłożyć przenośne łóżko, kiedy nagle swoje czeluści rozwarły wrota piekieł.

Piekło rozpętało się nagle, gdy zza zakrętu z potężnym rykiem silnika wyłonił się jakiś pojazd. Potworny huk i szeroko rozstawione reflektory nie pozostawiały wątpliwości, że to samobójca w ciężarówce wyładowanej materiałami wybuchowymi chce sforsować zapory i wysadzić swój wehikuł wewnątrz bazy. Stałem pod takim kątem, że już po sekundzie dostrzegłem w świetle księżyca, że jest to amerykański humvee, a nie żaden suicydent. Niestety było za późno, inicjalna seria z karabinu maszynowego zmieszała się bowiem z warkotem motoru. Polski celowniczy był mistrzem w swoim fachu, gdyż pierwsze pociski ułożyły się na przedniej oponie i dopiero odrzut broni spowodował, że seria amunicji smugowej sięgała coraz wyżej. W rozświetlonej szybie zobaczyłem przerażoną twarz kierowcy i pasażera, a siedzący we włazie strzelniczym operator broni pokładowej wykonał gwałtowny obrót i to ocaliło mu życie, ponieważ kule ześlizgnęły się po pancernej płycie osłaniającej jego plecy. Drugi samochód sojuszniczego patrolu otrzymał podobną porcję ołowiu i stali, po czym obydwaj kierowcy zaczęli gwałtownie zawracać pod naszym ogniem. Do kaemów przyłączyły się mniejsze beryle i praktycznie wszystkie środki ogniowe przemówiły.

Przemówiłem i ja, ale do radiostacji. Leżałem pod moim honkerem i darłem się wniebogłosy do mikrofonu: „Amerykanie, k*rwa, przerwij ogień! Amerykanie!”. Bałem się wystawić głowę wyżej, jako że pociski latały już we wszystkie strony. Po chwili we wszystkich polskich radiach zabrzmiał spokojny głos dowódcy bazy: „Przerwij ogień!” i kilkanaście sekund później kolumna humvee zniknęła w ciemności, a ja otrzymałem polecenie zameldowania się u pryncypała.

Głupi to ma szczęście

Pryncypał, kiedy tylko dowiedział się, że po naszej stronie nie ma ofiar, zapytał: „Czyja była wina?”. Odparłem: „Dowódco, tego, który nie nawiązał łączności przed podejściem do campu! Panie pułkowniku, ten baran jechał jak Ayrton Senna i ma wielki fart, że do niego gdzieś w niebie nie dołączył, cymbał jeden!”. „Stary” potarł policzek i żartobliwie rozkazał: „Następnemu przywal z granatnika!”. Nastąpiło chwilowe rozprężenie i sarkastyczny śmiech wydobył się z czyichś ust, gdy do kontenera sztabowego wszedł amerykański oficer łącznikowy. Żołnierz zasalutował i zaczął nerwowo tłumaczyć, że podporucznik dowodzący kolumną aut chciał wypocząć w naszej bazie, ale zapomniał nas ostrzec o swoim wjeździe. Dodatkowo sznur pojazdów przekroczył obowiązującą prędkość i stąd wrażenie, że jedzie samobójca. Okazało się, że nikt nie został ranny, a my zniszczyliśmy tylko kilka szyb, dwie opony i zdarliśmy farbę z pancernych płyt chroniących załogi. Ludzka głupota znów odniosła swój triumf, ale wszyscy mieli tego dnia niewyobrażalne szczęście.

Niewyobrażalne szczęście miała także ekipa fotoreporterów – Maciek Nabrdalik, Maciej Moskwa oraz Martin Divisek – która została 16 listopada 2021 r. pochwycona przez naszych żołnierzy w okolicach Michałowa podczas skrytego robienia fotografii rejonowi stacjonowania polskich pododdziałów. Tylko pierwszorzędne wyszkolenie i zimna krew komilitonów spowodowały, że nie doszło tam do większego nieszczęścia. 

Gdy po raz pierwszy usłyszałem w mediach, że żurnaliści weszli w krzaki i zaczęli z nich robić zdjęcia obozowi wojskowemu, natychmiast przypomniał mi się głupawy podporucznik zza oceanu i jego idiotyczna decyzja o próbie wjazdu do bazy. Jeśli tamtego tłumaczy jeszcze chęć zabezpieczenia dowodzonego plutonu, tak nadwiślańskich „mądrali” nie tłumaczy już nic, albowiem działali oni w sposób całkowicie irracjonalny. 

Nie wiem, kto dowodził grupą żołnierzy spod Tatr, ale uważam, że należy go szczodrze nagrodzić, awansować i wyznaczyć na wyższe stanowisko służbowe, a „intelektualistom”, szermującym w przestrzeni medialnej nagraniem z soczystym żołnierskim językiem, proponowałbym zapoznać się z definicją słowa „wstyd”. Opatrzność znów czuwała nad wszystkimi i po raz kolejny rozum przezwyciężył strach.

Howgh!


Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.

 

Źródło:

Tȟašúŋke Witkó
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo