Ulissejski koncept pana Rafała

Szanowny panie Trzaskowski, piszę do Pana nie z powodu nadzwyczajnego przypływu atencji, jeno jako szeregowy (i to od lat) uczestnik Marszu Niepodległości. Chyba wreszcie złapałem, o co Panu chodzi.

Jako że nie znamy się osobiście, postanowiłem właśnie tą drogą przekazać Panu kilka myśli i obserwacji, które – być może – pomogą Panu w poszukiwaniu własnej tożsamości. I od razu zacznijmy od tej tożsamości właśnie. Obserwując Pańskie publiczne występy, odnoszę wrażenie, że nie jest Panu najlepiej w sylwetce publicznej, jaką Pan obecnie przybrał. Nie nawiązuję tu wcale do spraw obyczajowych i Pańskiego dłuższego karesu związanego z tolerancją niekompetencji i agresywnej homoseksualności Pańskiego zastępcy pana Pawła Rabieja. Nie mam zamiaru także nawiązywać do Pańskich przygód z fekaliami oraz do hekatomby kóz, jaką spowodowała Pańska działalność. 

Intryguje mnie jedynie Pański stosunek do Polski i patriotyzmu, chciałbym po prostu zrozumieć, jaki kształt ideowy jest Panu najbliższy. Nie podejrzewam bowiem Pana o bezwolne małpowanie pana Donalda Tuska i jego proniemieckich sztuczek, które – na nadwiślańskie potrzeby – przedstawia jako własną myśl polityczną. 

Pan, Panie Trzaskowski, jest przecież bardziej światowy, zna Pan języki, bywał Pan tu i ówdzie. Ma Pan swoje nieukrywane ambicje, więc pewnie nie jest dla Pana szczytem marzeń granie w drugiej linii drużyny dowodzonej przez gdańskiego „wunderkinda” wyciągniętego z kapelusika pani Anieli Merkel. Nie, na pewno posiada Pan bardziej zaawansowane myślenie o karierze własnej. 

Niech mi Pan zatem odpowie, dlaczego od kilku lat działa Pan tak, jakby był Pan ukrytym agentem Jarosława Kaczyńskiego? Przecież potrafi Pan analizować własne wpadki i zauważa Pan fakt, że im bardziej się Pan zaperza w tęczowym mozole, tym bardziej wszystko, co wychodzi spod Pana ręki, zaczyna posiadać woń zarezerwowaną dotychczas dla wybroczyn z Pańskiej ulubionej „Czajki”. 

Ten, kto Pana namówił do delegalizowania tegorocznego Marszu Niepodległości, powinien zasłużyć na Pańską baczniejszą uwagę. Jeśli Pan nie jest agentem Nowogrodzkiej, to ten doradca na pewno na takie miano zasłużył. 

W sytuacji, gdy na naszej wschodniej granicy trwają niepokoje i obrona granic Polski, gdy nasi żołnierze i policjanci pełnią tam coraz bardziej niebezpieczną służbę, Pan zakazuje marszu, który właśnie ma im za to oddać symboliczny hołd. Pan przecież wie, że corocznie na marsz przyjeżdżają dziesiątki tysięcy Polaków z całego kraju i nie ma nic bardziej skłaniającego ich do tego wysiłku, jak zakazanie im tej pięknej tradycji. 

Śmiem twierdzić, że swoimi minami i gombrowiczowskim natężaniem się dodał Pan tegorocznemu marszowi niezwykłej frekwencji i zapału. Dał się Pan też ograć, jak podwórkowa fajtłapa, rządowemu urzędnikowi – panu Kasprzykowi. Ale zostawmy to, bo chyba zaczynam pojmować istotę Pańskiego fortelu… Pragnę więc Pana zapytać, czy jest Pan świadomy swojego ogromnego potencjału komediowego?

Toć Papkin w pańskim wykonaniu przeszedłby do historii i byłby pokazywany dziatwie szkolnej przez kilka następnych pokoleń. Ilekroć przybiera Pan poważne miny i wpada w kategoryczny ton, publiczność łapie się za brzuchy i dynda nogami w górze. Jak Pan to robi, że z kamienną miną dostarcza Pan tyle niekłamanej zabawy?

Podejrzewam, że tkwi w Panu niezaspokojona moc komedianta i tylko z Dołęgowskich przyczyn los rzucił Pana na – jak by to ujął gierkowski Homer – ten „odcinek pracy społeczno-politycznej”. Zresztą od czasu urządzenia strefy wytchnienia w najbardziej zatrutym spalinami miejscu Warszawy, na pospiesznie zwiezionych paletach z wystającymi papiakami i przy doniczkach wydartych pewnie z urzędaskich parapetów, wiem, że z Pana niezły zgrywus, i to dell arte. I to także… pozwala mi przejrzeć ukryte zamysły Pańskiego niepospolitego intelektu.

Niech mi Pan powie: czy długo ćwiczy Pan przed lustrem te swoje marsowe miny i uniesione podbródki? Czasem to przecież wypisz-wymaluj wychodzi Duce, i to z najlepszych, przedwojennych czasów. Pańska vis comica ma zresztą cechy Chaplina (z filmu „Dyktator”) połączonego z Busterem Keatonem, no tylko… jeszcze popisy w stylu Douglasa Fairbanksa i będzie Pan kompletnym materiałem na główną rolę u jakiejś pani Holland czy innej Szumowskiej (pozdrawiam, Małgoniu).

Po Pańskim słynnym rajdzie nad brzegiem Wisły, gdy godował pan wśród rozentuzjazmowanej warsiawki, myślałem nawet, że nosi się Pan z chytrym planem reaktywowania Partii Przyjaciół Piwa, ale nie… nie było dalszego ciągu.

Wtedy zrozumiałem, że buduje Pan tajny batyskaf, w którym zmieści się cała wilanowsko-pierdzioszewska warsiawka i tam urządzicie swój własny antymarsz antyniepodległości. 

Nie doceniałem więc Pana i tkwiącej w Panu potencji. Pan dobrze wie, co robi… slapstickowa komedia prowadzi do budowy własnej partii, w której Don Tusk może jedynie nosić ściereczki za porcelanowym duce. 

To Pan zasiądzie w modnej „Regeneracji”, a stare komuchy, czerwone kokoty i nowa czerwono buraczana warsiawka, „wypierdy germańskiego ducha” i „ty za młodu niedorżnięta megiero, co masz taki tupet…” (mistrzu, merci) będą w lansadach przynosić Panu dowody swojej antypolskiej czystości.

Jeśli tak, to ściągam przed Panem swoją moherową rogatywkę i do ziemi się kłaniam. Ma Pan iście ulissejski koncept… nie ma co!

 

Źródło:

Witold Gadowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo