Rosjanie od początku chcą uciec od odpowiedzialności za Smoleńsk

Od trzech lat pozwalamy stronie rosyjskiej kamuflować winę kontrolerów wojskowych z wieży w Smoleńsku. Dość tego. Wina za tę katastrofę w ogromnej mierze leży po ich stronie – mówi komandor Wiesław Chrzanowski, nawigator wojskowy, w rozmowie z Katarz

Zbyszek Kaczmarek
Od trzech lat pozwalamy stronie rosyjskiej kamuflować winę kontrolerów wojskowych z wieży w Smoleńsku. Dość tego. Wina za tę katastrofę w ogromnej mierze leży po ich stronie – mówi komandor Wiesław Chrzanowski, nawigator wojskowy, w rozmowie z Katarzyną Pawlak, „Gazeta Polska Codziennie”.
 
Przez wiele lat pracował Pan na stacji radiolokacyjnej identycznej z tą, która znajduje się na wyposażeniu w Smoleńsku. Czy na podstawie opublikowanych stenogramów jest Pan w stanie ocenić, jaki lot obsługiwał Korsarz? 
Bez wątpienia były to: lot wojskowy, lotnisko wojskowe i załoga wojskowa. A to oznacza, że wtedy lądowanie przebiega według procedur wojskowych, czyli zgodę na start i lądowanie wydaje kierownik lotów bądź kontroler lub nawigator wojskowy. Jeżeli lot jest cywilny, ale lotnisko wojskowe, nawigator podprowadza pilotów na ścieżkę zniżania, daje zgodę na lądowanie, a ostateczna decyzja należy do pilota.
 
Czy dlatego strona rosyjska upiera się – co przedstawiła w swoim raporcie – że był to samolot cywilny, bo to automatycznie przenosi całą odpowiedzialność na polskich pilotów?
Tu leży geneza całego sporu. Został on wywołany przez stronę rosyjską, która za wszelką cenę chciała zdjąć winę z pracowników wieży. W prosty sposób można jednak obalić rosyjską narrację. Czy kontrolerzy mieli międzynarodowe licencje? Powinni mieć w razie, gdyby sprowadzali samolot cywilny, międzynarodowy, o statusie HEAD. Czy korespondencja radiowa odbywała się w języku rosyjskim, czy angielskim? Jeżeli był to lot cywilny, powinni używać języka angielskiego. Odpowiedzialność za tę katastrofę leży w ogromnej mierze po stronie rosyjskich nawigatorów. Wyraźnie widać to po analizie zgromadzonego materiału. Niesłychane, że piloci z komisji Millera mogli się podpisać pod raportem obwiniającym załogę Tu-154M i uznać brak winy kontrolerów. 
 
Jest Pan autorem jak dotąd zupełnie nowej tezy, że nawigatorzy na Korsarzu w ogóle nie widzieli na wskaźnikach polskiego Tu-154M. Jak Pan to argumentuje? 
Nie ma żadnych materiałów z obiektywnej kontroli pracy na wieży. Istnieje jedynie zapis foniczny korespondencji radiowej z załogą Tu-154M, a to nie jest w żaden sposób miarodajny materiał do wydania opinii na temat winy polskich pilotów. To, że coś mówili i to się nagrało, jest słowem przeciwko słowu.
 
Tyle że każdy, kto widział chociaż zdjęcie wieży kontroli na Siewiernym, która przypomina zdezelowany, opuszczony barak, a nie centrum dowodzenia, nie spodziewałby się wyposażenia w sprzęt wideo rejestrujący pracę nawigatorów. Pozostaje więc fonia. 
Nie, na wyposażeniu każdego stanowiska kierowania lotami przy wskaźnikach, jeżeli nie ma kamery, musi się znajdować aparat fotograficzny. Nawigator pisze na wskaźniku stacji radiolokacyjnej, z boku, indeks danego samolotu i robi zdjęcia poklatkowo. Powinni więc napisać: „Polski 101", datę, godzinę, i fotografować każde przesunięcie impulsu na wskaźnikach. Jest to dowód na to, z której strony osi pasa był samolot i kiedy na jakiej wysokości. Każdy nawigator, zwłaszcza w trudnych warunkach atmosferycznych, ma obowiązek wykonywania tego typu rejestracji. Kontroler zapewnia sobie w ten sposób alibi.
 
Zdjęcia są jednym z dowodów, ale czy jedynym? Czy istnieje jakiś zapis pracy radaru?

Nie. Dlatego poważnie zastanawia to, że nie ma żadnych materiałów, żadnej dokumentacji fotograficznej z tego dnia. Dla mnie i dla moich kolegów, z którymi rozmawiałem na ten temat, to ogromny znak zapytania w tej historii.
 
Pojawia się też pytanie o system ILS, którego – jak twierdzi zespół Macieja Laska – nie było na Siewiernym. Tylko że Lasek mówił o stacjonarnym ILS-ie, ale nie wspomniał nic o mobilnym.
Zacznijmy od tego, że strona rosyjska ILS-u nie posiada. Ma jego odpowiednik, czyli PRMG-5. Do 2009 r. taki system był zainstalowany na lotnisku w Smoleńsku. Później został jednak częściowo zdemontowany. Niektóre rosyjskie źródła podają, że najprawdopodobniej 7 kwietnia jakiś mobilny, przenośny system wspomagający lądowanie miał być w pogotowiu w razie pogorszenia warunków atmosferycznych, by zabezpieczyć właśnie lądowanie Władimira Putina. I tylko Putina. Urządzenia naszego samolotu nie były bowiem kompatybilne z rosyjskim systemem. Ale to są przypuszczenia. Nie mamy wciąż dostępu do pełnej dokumentacji na ten temat. Przyjąłem założenie, że nie było żadnego innego systemu poza RSL/RSP-6M2. Przez wiele lat to wystarczało do lądowania. Nasi piloci wojskowi byli szkoleni w Dęblinie i wszystkich ćwiczono do lotów opartych na tym systemie. Gdyby nawigator na wieży powiedział „lądujcie", według RSL-u wszystko wyglądałoby inaczej. Jednak ta komenda nie padła. 
 
Tego wszystkiego, o czym Pan mówi, brakuje w raportach z prac rządowego zespołu Jerzego Millera.
W składzie komisji nie było nawigatorów wojskowych pracujących na tego typu stacjach radiolokacyjnych. Tą sprawą zajmowali się piloci wojskowi i cywilni. Przyjęto założenie, że są to kontrolerzy lotnictwa cywilnego, nie wojskowego. A niestety ich praca jest zróżnicowana. Dlatego do dziś nie ujednolicono tak wielu rozbieżności wobec oczywistości co do tragicznej pracy i winy nawigatorów.
 
Oni z kolei na kilka minut przed katastrofą odebrali komunikat „Moskwa kieruje".
To ewenement na skalę światową. Można to porównać np. do operacji na otwartym sercu. Nagle do przeprowadzającego ją kardiochirurga ktoś mówi: „Poczekaj, inny lekarz będzie cię instruował przez telefon". Absurd.
 
Cała rozmowa w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"

 



Źródło: Gazeta Polska Codziennie

 

Katarzyna Pawlak
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo