O „Smoleńsku" w USA - rozmowa z Maciejem Pawlickim, producentem filmu

Skoro „New York Times" zajmuje się „Smoleńskiem", to znaczy, że robimy bardzo ważny film - z Maciejem Pawlickim, producentem filmu „Smoleńsk", rozmawia Jan Pospieszalski.

Filip Błażejowski; na zdj. Maciej Pawlicki
Skoro „New York Times" zajmuje się „Smoleńskiem", to znaczy, że robimy bardzo ważny film - z Maciejem Pawlickim, producentem filmu „Smoleńsk", rozmawia Jan Pospieszalski.

W „New York Timesie" pojawił się tekst o konflikcie w środowisku polskich artystów po katastrofie smoleńskiej. Autor odnotowuje m.in. sukces filmu Anity Gargas „Anatomia upadku", jednocześnie niewybrednie atakując powstający film „Smoleńsk". Nazywa go polityczną maskaradą. Cytowane są wypowiedzi m.in. Borysa Lankosza – polskiego reżysera filmów dokumentalnych i krótkometrażowych – że film jest niebezpieczny, bo bazuje na kłamstwie, albo Juliusza Machulskiego, który proponuje, by o Smoleńsku opowiedzieć w formie parodii, w konwencji Monty Pythona. Dlaczego ważna amerykańska gazeta zajmuje się polskim filmem, który dopiero powstaje?
To, że „Gazeta Wyborcza" ma gotowe recenzje książek czy filmów, które jeszcze nie powstały, to już wiedziałem. Dziwi mnie natomiast, że także „New York Times" zastosował tę samą metodę. Myślę, że to rzadki wypadek. „NYT", pozorując obiektywizm, wydrukował jednostronny, napastliwy tekst o filmie, nad którym praca dopiero się zaczęła. Czujemy się wyróżnieni, bo mało jest filmów, które na rok przed premierą mają płomienne i gwałtowne omówienia w najważniejszym opiniotwórczym dzienniku na drugiej półkuli. Znaczy, że robimy bardzo ważny film.

Czy autor tekstu zwrócił się do osób pracujących przy tym filmie, czy rozmawiał z reżyserem Antonim Krauzem i z Panem?
Rozmawiał ze mną, nawet dość długo. Pierwsze pytania brzmiały trochę tak, jakby napisała je redakcja „Gazety Wyborczej", ale mimo to odniosłem też wrażenie, że jest człowiekiem otwartym, wręcz dziwił się, dlaczego mamy tak niski budżet, bo przecież to ważny temat. Zachowywał się jak normalny dziennikarz, pytał o ekipę, o finansowanie, o formę filmu, fabułę, dystrybucję, o podejście do wydarzeń...

Ale czy pytał o to, co się stało w Smoleńsku? Czy miał Pan wrażenie, że interesuje go to, co naprawdę się stało?
Pytał, czy przyjmujemy wersję oficjalną, czy teorie spiskowe. Pytał, czy pokażemy zamach. Opowiedziałem mu dokładnie, jakie jest nasze podejście. Będziemy opierali się na faktach – na ustaleniach naukowców, profesorów, amerykańskich, australijskich, kanadyjskich i polskich, nie stawiając żadnej gotowej tezy. Nie my od tego jesteśmy, żeby ustalać prawdę. Śledczy powinni to wreszcie zacząć robić. Chcemy opowiedzieć o emocjach, o podzielonej Polsce, o tym, co nazwano katastrofą posmoleńską. O ludzkich losach. On z uwagą słuchał, dopytywał.

Czy coś z tego, co mu Pan opowiedział, znalazło się w tekście.
Znalazła się tylko informacja o budżecie i nic więcej.

Ale znalazły się też opinie o filmie: Borysa Lankosza i Juliusza Machulskiego.
Mówił, że film budzi kontrowersje. Zapytałem go, czy wy w „NYT" piszecie recenzje przedstawień na Broadway, czy filmów, które pojawią się dopiero za rok. – Nie, no skąd, zaśmiał się. – Tego samego oczekujemy od branży i prasy. Obaj uznaliśmy, że jeżeli ktoś wygłasza bardzo negatywne zdanie o filmie na rok przed premierą, to sam sobie wystawia świadectwo. Przekazałem mu wiele argumentów, dlaczego chcemy ten film zrobić. Żaden z tych argumentów nie znalazł się w artykule. Natomiast znalazły się miażdżące opinie reżyserów Lankosza i Machulskiego.

Co go bardziej interesowało – sam film czy to, co stało się w Smoleńsku?
Pytał raczej o film. Czy będziemy przedstawiali wyłącznie wersję zamachu, czy też jesteśmy otwarci i ciągle szukamy? Czy czerpiemy wiedzę z różnych źródeł. Tym bardziej zdumiewa mnie ten artykuł. Z czymś takim w prasie amerykańskiej się nie spotkałem, a rok byłem w USA dziennikarzem, pracowałem w „Philadelphia Inquirer" i innych wielkich gazetach, jak np. w „Los Angeles Times". Gdybym tak skonstruował tekst, zostałbym z hukiem wyrzucony.

Lankosz, zanim film powstał, zarzuca kłamstwo, a Machulski szydzi z tragedii. Reżyser to raczej ktoś ciekawy świata. Stawiający pytania, poszukujący...
Jeżeli ktoś ma jakieś niezwykłe dokonania w opowiadaniu o współczesności Polaków, o niezwykle ważnych zjawiskach, to może sobie na pewne ostrzeżenia pozwalać. Borys Lankosz chyba jeszcze do takich artystów nie należy. Natomiast wypowiedź Machulskiego, że właściwa metoda opowiadania o Smoleńsku to jest Monty Python i „Borat", traktuję jako przejaw gwałtownej potrzeby opowiadania dowcipów.

Dowcipów? Biorąc pod uwagę rozmiar tragedii…
Każdy ma własne prawo do autokompromitacji. Filmu jeszcze nie ma, więc wypowiedzi Lankosza i Machulskiego są opowieściami o nich, a nie o tym filmie.
Mówią o tym, kim oni są, jak widzą pojęcie wolności w sztuce, jak widzą prawo Antoniego Krauzego do zabrania głosu w niezmiernie ważnej społecznie sprawie. Chcą film zdezawuować, odebrać mu widownię, zapobiec jego powstaniu. Smutne.

Czy należy spodziewać się jakiejś reakcji ze strony twórców filmu?
Napiszę list do „New York Timesa" jako producent, ale również jako były dziennikarz amerykański. Wyrażę zdumienie, że „NYT" bierze udział w kneblowaniu wolności mediów.

Wywiad ukazał się w weekendowej "Gazecie Polskiej Codziennie"

 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Jan Pospieszalski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo