Marsz i order

Wygląda na to, że w tym roku, wbrew licznym i mającym realne podstawy obawom, Marsz Niepodległości miał wyjątkowo spokojny przebieg. Nic się nie spaliło (nie licząc jednej fotografii, co jest incydentem tyleż marginalnym, co wyglądającym niezbyt autentycznie), nic się nie stłukło i nic się nikomu nie stało. 

W efekcie dziennikarze muszą zajmować się tym, że ktoś został przyłapany na oddawaniu moczu w miejscu do tego nieprzeznaczonym, a internauci analizują, czy ilustrujące ten ważny komunikat zdjęcie jest autentyczne i wykonane wtedy, gdy wysłany został zawierający je tweet. 

Dla polityków, „godnie” reprezentowanych przez Michała Szczerbę kompromitujący ma być natomiast fakt, że na przylegającej do rejonu Stadionu Narodowego, a więc miejsca zakończenia marszu, Saskiej Kępie, w sklepach spożywczych kupowany jest masowo alkohol. Który, przypominam posłowi Szczerbie, jest w Polsce substancją legalną i sprzedawaną w zwykłym obrocie handlowym każdemu, kto ma skończone 18 lat. Sam fakt, że zajmujemy się takimi głupotami, pokazuje skalę sukcesu Marszu Niepodległości 2021. 

Dodajmy do tego jeszcze kapitulację ratusza, który stwierdził, że nie planuje podawać liczby uczestników i mamy niemal pełny obraz. Szacunki, mówiące o 120 – 150 tysiącach maszerujących, wydają mi się całkowicie wiarygodne. Alejami Ujazdowskimi, 3 Maja i Mostem Poniatowskiego pochód przeszedł dostojnie, a mniejsza niż zwykle liczba wznoszonych haseł i okrzyków chwilami przywodziła na myśl również inne patriotyczne i potężne imprezy. Słowem – była moc.

Ponieważ jednak brak awantur, rozbitych nosów, butelek i szyb sprawia, że wydarzenie przestaje być newsem, a staje się dziennikarskim utrapieniem, pozostałą część tego tekstu poświęcę innemu zdarzeniu, jakie miało 11 listopada miejsce. Nie napiszę – „ważniejszemu”, lecz na pewno znaczącemu i godnemu naszej uwagi. Tego samego dnia, w którym tysiące ludzi spokojnie maszerowało przez centrum Warszawy, prezydent Andrzej Duda odznaczył orderem Orła Białego księdza Stanisława Małkowskiego. 

Małkowski to postać zasłużona dla Polski na wielu polach – kapłan niezłomny, którego esbecja zamordować chciała jeszcze przed jego przyjacielem i współpracownikiem, bł. Księdzem Jerzym Popiełuszką, opozycjonista, socjolog, opiekun słabych i po prostu potrzebujących. Niewygodny dla komunistów, lecz i dla hierarchii kościelnej. Ci pierwsi po 1989 roku dali mu spokój, ci drudzy, co pisze z bólem i wzburzeniem – nie odpuścili mu właściwie nigdy, co znakomicie opisał w książce „Ksiądz. Historia zawierzenia” Wojciech Sumliński. Zresztą wystarczy przejrzeć notkę w Wikipedii, by zobaczyć, że ks. Małkowski cenę za wierność poglądom płaci właściwie cały czas, czy jest to PRL, czy Polska po 10 kwietnia 2010, gdy, przypomnijmy, to właśnie on święci krzyż na Krakowskim Przedmieściu i modli się z atakowanymi przez agresywny tłum ludźmi niemal każdego wieczora. 

Najwyższe oznaczenie państwowe jest niewątpliwie aktem uznania i dziejowej sprawiedliwości, ale jeszcze wielu powinno tę sprawiedliwość Małkowskiemu oddać. 

 

 



Źródło:

redakcja
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo