O polityce pieniężnej z innej perspektywy

Ostatnie tygodnie to festiwal bezwzględnych ataków na Narodowy Bank Polski i jego prezesa profesora Adama Glapińskiego. Niektóre media i ekonomiczni celebryci wręcz prześcigają się w obarczaniu NBP winą za inflację i wskazywaniu, że bank centralny na czas nie zareagował na rosnące ceny. Może warto zatem rzucić światło na inny punkt widzenia dotyczący tej sytuacji.

Inflacja może mieć wiele powodów. Często w historii bywało tak, że brała się ona z niepohamowanego drukowania pieniądza przez władzę polityczną. Wzrost podaży pieniądza skutkował oczywiście spadkiem jego wartości i w konsekwencji wzrostem cen. Podręcznikowy przypadek to Niemcy po I wojnie światowej.

Innym powodem wzrostu cen może być szok podażowy, który z ilością pieniądza ma niewiele wspólnego. Dzieje się tak, kiedy spada dostępność na rynku jakiegoś dobra lub dóbr kluczowych dla gospodarki np. surowców energetycznych. Taka sytuacja może mieć miejsce, kiedy eksporter zmniejsza wydobycie i w ten sposób winduje cenę dajmy na to  ropy czy gazu. Z podobnymi okolicznościami mieliśmy do czynienia w latach 70’ minionego stulecia, wydarzenia te znane są jako kryzys naftowy. Jego efektem było załamanie gospodarcze połączone z wysoką inflacją (zjawisko znane jako stagflacja), z którym zmierzyć musiała się gospodarka amerykańska. Wtedy upadł też paradygmat ekonomiczny którym była tzw. krzywa Phillipsa, wskazująca na wymienność między inflacją a poziomem bezrobocia. Okazało się, że ów mechanizm nie zawsze działa.
Inflacja rośnie także wtedy, kiedy ludzie z jakichś powodów zaczynają kupować więcej niż dotychczas. W tych okolicznościach podaż nie zawsze nadąża za rosnącym popytem, braki w zatowarowaniu przekładają się na wzrost rachunków przy sklepowych kasach. Powody eksplozji popytu mogą być różne. Począwszy od rosnącego entuzjazmu związanego z poprawiającą się sytuacją ekonomiczną, a na panice kończąc. Jedno i drugie, przełożyć się może na zakupowy szał i w efekcie doprowadzić do skoku cen.

Ogólnie o powodach inflacji pisać można wiele. Często jest tak, że różne okoliczności nachodzą na siebie i w wyniku ich kumulacji mamy z nią do czynienia. Obecnie tak właśnie jest - pojawił się negatywny szok podażowy. Rosnące ceny paliw na światowych rynkach są bezsprzecznym faktem, a ich przyczyną jest odreagowanie po pandemicznym załamaniu gospodarczym w zeszłym roku. W kontekście europejskim to wytłumaczenie jest jednak niewystarczające. Należy je uzupełnić o kuriozalną politykę klimatyczną UE oraz związanym z nią gwałtownym wzrostem cen uprawnień do emisji CO2. W ciągu kilku lat zwiększyły się one z kilku, do około 60 euro i wiele wskazuje na to, że wciąż będą rosły. Dla takiego państwa jak Polska to potężny koszt,  gdyż w naszym przypadku ceny uprawnień mają 40 procentowy udział w cenach energii. A kiedy drożeje energia, to drożeje niemal wszystko. Last but not least to oczywiście gazociąg Nord Stream 2 i presja jaką na jego uruchomienie wywiera Rosja zmniejszając dostawy gazu do Unii Europejskiej. Gazociąg ten, powstał przy bierności unijnych instytucji i teraz płacimy za tę bierność wszyscy wyższymi cenami błękitnego paliwa. Proste.
Wciąż po pandemii nie odblokowane zostały także w pełni wąskie gardła związane z produkcją i transportem półproduktów, a także komponentów wykorzystywanych w przemyśle. Brak dostatecznej podaży i bardzo wysokie ceny frachtu mają swoje konsekwencje, które będziemy odczuwać prawdopodobnie przez najbliższe miesiące. Do tego dochodzi odroczony popyt, który odrodził się po pandemicznym przyhamowaniu.

Nie trzeba być ekonomicznym geniuszem żeby zorientować się, że za to wszystko nie odpowiada polityka pieniężna. Problemy te, mają w większości charakter globalny i taki zasięg ma obecnie inflacja. Rzecz jasna, mieliśmy w ostatnich miesiącach do czynienia z niskimi stopami procentowymi i rodzimą wersją luzowania ilościowego (skupu przez NBP aktywów gwarantowanych przez państwo). Tyle że, działania te były konieczne. Gdyby nie one, załamanie makroekonomiczne jakie w związku z koronawirusem uderzyłoby w polską gospodarkę byłoby zdecydowanie głębsze. Nie uniknęlibyśmy przy tym inflacji, doszedłby nam do tego natomiast problem związany ze wzrostem bezrobocia i trudności w obsłudze zobowiązań przez firmy oraz gospodarstwa domowe. Działania naszego banku centralnego wydatnie przyczyniły się do zneutralizowania tych ryzyk.

Zarzutem jaki stawia się NBP jest to, że przespał wzrost cen. Nie jest tak, nawet gdyby NBP podwyższył stopy wcześniej inflacja i tak by wzrosła. Bank centralny nie miałby już jednak narzędzi aby z nią walczyć. Teraz, kiedy zbliża się ona prawdopodobnie do swojego szczytu, nie byłoby już jak reagować na ten wzrost. Chyba nikt nie zadowoliłby się komunikatem: zrobiliśmy co mogliśmy. A tak właśnie trzeba by to wówczas opisać. No chyba, że NBP miałby podnieść stopy do na tyle wysokiego poziomu, że zagroziłoby to wzrostowi gospodarczemu i uderzyło w wypłacalność gospodarstw domowych oraz przedsiębiorstw, w konsekwencji oberwałoby się także sektorowi bankowemu. Obecnie są jednak środki do oddziaływania na oczekiwania inflacyjne i zostały one podjęte.

 



Źródło: niezalezna.pl

 

Kamil Goral
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo