Co zostanie po Angeli Merkel? Jak Kanclerz Niemiec opisują w książkach

Im bliżej porozumienia w sprawie przyszłej koalicji rządowej w Niemczech, tym częściej podkreśla się rolę ustępującej kanclerz w kształtowaniu 16 lat polityki niemieckiej i europejskiej. Na ostatnim szczycie unijnym Merkel pożegnano, wychwalając jej „nieocenione zasługi” dla Unii Europejskiej. Wrześniowy, wyborczy Berlin był zalany publikacjami porównującymi Merkel z innymi kanclerzami Niemiec, jej pachnącymi jeszcze świeżą farbą drukarską nowymi biografiami. Nie sposób przytoczyć wszystkich, wybraliśmy te, które dotykają najistotniejszych wątków związanych i kojarzonych z postacią „kryzysowej kanclerz”. A na podsumowania w kontekście polskim, ale również rosyjskim jeszcze przyjdzie czas.

fot: Aleksiej Witwicki | GAZETA POLSKA

Książka pod redakcją Philipa Plickerta: „Merkel. Eine kritische Bilanz”, Monachium, 2017

Naczelną zasadą polityki Merkel jest wola („der Wille”) utrzymania władzy, ona jest kameleonem władzy – taką opinię Philipa Plickerta przytacza katolicki tygodnik „Die Tagespost” w jednej z podobnych do siebie publikacji o „schyłku ery”, jakich wiele można było znaleźć w niemieckich gazetach przed wyborami do Bundestagu. Plickert, ekonomiczny publicysta „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i autor licznych publikacji o liberalizmie gospodarczym, to autor, który nie bawi się w delikatność wobec polityków, także… „polityczek”. To właśnie on zwrócił uwagę na drobne, lecz ważne nieścisłości w oficjalnym życiorysie kandydatki Zielonych, Annaleny Baerbock, przez co być może przyczynił się do tego, że perspektywa obsadzenia kolejnej kobiety na urzędzie kanclerskim nieco się oddaliła.

Philip Plickert jest redaktorem jednej z ciekawszych krytycznych publikacji o rządach i osobowości pani kanclerz. Wydana w roku 2017 w monachijskiej oficynie Finanzbuch książka „Merkel. Eine kritische Bilanz” („Merkel. Bilans krytyczny”) zawiera ponad 20 artykułów niemieckich i zagranicznych autorów opisujących i oceniających różne aspekty niemieckiej polityki ostatnich lat. Antologia ukazała się tuż przed wyborami 2017 r., nic więc dziwnego, że wśród licznych tematów, od energetyki przez politykę bezpieczeństwa po sprawy ekonomiczne, wciąż powraca jednak kwestia imigrantów. Siedem kolejnych edycji świadczy chyba o tym, że Niemcy, którzy w wyborach 2017 r. przedłużyli trwanie koalicji CDU/CSU-SPD (żadna inna koalicja nie chciała się złożyć), najpierw znów oddali Angeli władzę, a potem poszli poczytać o tym, jak bardzo fatalna jest jej polityka. Co prawda – bądźmy uczciwi – do wyboru mieli jako potencjalnego kanclerza towarzysza Martina Schulza z SPD (ktoś jeszcze pamięta tę zadziwiającą postać, która karierę chciała robić m.in. na nieustannym oczernianiu Polski?), więc trudno im się dziwić.

Nie sposób streścić tu tekstów bardzo zróżnicowanych autorów zebranych przez Plickerta, zwróćmy więc uwagę na kilka ciekawych wątków. Norbert Bolz, filozof i teoretyk mediów, nieunikający konserwatywnej krytyki współczesności, odpowiada na pytanie, jak z „dziewczynki Kohla” wyrosła „najpotężniejsza kobieta świata”. Przecież wszyscy się zgadzamy – zauważa autor – że przy całej dyscyplinie i opanowaniu jednego brak jej na pewno: charyzmy. Ale charyzma okazała się niepotrzebna. W latach rządów „Glamour-boys”, Schrödera i Fischera, charyzmy i testosteronu było w niemieckiej polityce aż za dużo. Po „Machos” do władzy przyszła Mutti i zapanował nowy biedermaier. Nudny i przewidywalny. No dobrze, ale kiedy Mutti otworzyła granice i oświadczyła Niemcom, że „damy radę”, zrobiło się chyba nieco mniej przewidywalnie? Tylko że to już była inna polityka, to był właśnie ten wspierany przez czołowe media „autorytarny styl” narracji, który zdaniem Bolza polegał na wmówieniu Niemcom, że dla polityki Merkel nie ma alternatywy. A przy okazji na przerobieniu chadecji w magmową partię dla wszystkich. W Niemczech – uważa Bolz – już tylko Bawarczycy mają w ogóle możliwość głosowania na konserwatystów. W tym nurcie krytyki tego, co w czasach rządów Angeli Merkel stało się z CDU, mieści się też tekst Birgit Kelle. Ta pochodząca z Siedmiogrodu publicystka od lat krytykuje lewicowe skrzywienie feministek i inne przejawy politycznej i kulturalnej agendy lewicy. Jest zdaje się kobietą naprawdę odważną, skoro nie bała się skrytykować nawet samej Grety od klimatu. W książce pisze o „zsocjaldemokratyzowaniu” kobiecej kwestii w polityce CDU i o zmarnowanej szansie dla pokazania innego oblicza feminizmu w kraju rządzonym przez kobietę kanclerza.

Oczywiście wśród krytyków nie mogło zabraknąć Thilo Sarrazina, niepokornego byłego socjaldemokraty, polityka finansisty i autora bestsellerów krytykujących Willkommenkultur. Sarrazin nie tylko opisuje politykę Merkel jako „bezmyślną”, lecz także pokazuje alternatywy. Inna rzecz – i nie dotyczy to tylko tej publikacji – że zarówno wśród krytyków, jak i apologetów migracyjnych poczynań Merkel trudno znaleźć zadowalające wyjaśnienia wszystkich okoliczności wydarzeń z roku 2015.

Eklektyczny charakter polityki niemieckiej z czasów Merkel widać wyraźnie w tekstach podsumowujących ekonomiczne aspekty jej polityki.

Daniel Koerfer, historyk i menedżer, autor m.in. znanej monografii o rywalizacji Adenauera z Erhardem (przy okazji człowiek z głębi niemieckiego establishmentu, jego ojciec był udziałowcem BMW i znanym kolekcjonerem sztuki), uważa, że Merkel bardzo daleko odeszła od klasycznego modelu społecznej gospodarki rynkowej. Mimo publicznie deklarowanej atencji dla dorobku Ludwiga Erharda jej własna polityka nie miała nic wspólnego z dawnym ordoliberalizmem, a ostatni raz szczerze o wolnym rynku mówiła podczas zjazdu CDU w 2003 r. A w ogóle to ostatnim reformatorem ekonomicznym w dziejach RFN był Gerhard Schröder, który właśnie za odwagę reformowania („Reformmut”) stracił urząd kanclerza. Koerfer wylicza kolejne „tsunami”, które dały rządowi federalnemu okazję do dalszego demontowania ordoliberalnego modelu ustrojowego – kryzys finansowy, kryzys Fukushimy, kryzys uchodźczy i kryzys strefy euro. Każdy z tych problemów miał się przyczynić do wprowadzania doraźnych rozwiązań i zwiększania zakresu „ręcznego sterowania”. Wywód krytyka budzi jednak pewne wątpliwości – już samo wyliczenie „czterech tsunami” pokazuje, z jakimi wyzwaniami musiały się mierzyć kolejne gabinety pani kanclerz. Niejeden rząd w niejednym kraju przewrócił się o te problemy, a powszechnie krytykowana Merkel, oskarżana o wieczną doraźność, przetrwała i jeszcze potrafiła wyciągnąć z tych zawirowań sporo korzyści dla Niemiec. Nawet jeśli przy okazji wysłała na historyczny strych większość chadecko-ordoliberalnych pryncypiów.

Jeszcze dalej idzie w krytyce znany z wolnorynkowych i niepoprawnych politycznie poglądów Roland Tichy. Autor zaczyna od przypomnienia, jak często Angela Merkel lubiła pokazywać się wśród naukowców, pozować do zdjęć w laboratoriach, ładnie opowiadać o innowacjach i przy okazji delikatnie przypominać o własnym naukowym rodowodzie. Tichy ze swadą rasowego publicysty dekonstruuje „innowacyjną” narrację. Twierdzi, że dzisiejsze Niemcy nie przeprowadzą żadnego nowego programu Apollo, nie zjednoczą się politycznie wokół skoku technologicznego jak USA wokół ekspansji kosmicznej – prędzej popadną w nowy łysenkizm, czyli naginanie nauki do potrzeb ideologii. Przypomina paradoks cyfrowego zapóźnienia najpotężniejszej europejskiej gospodarki, pokazuje transformację energetyczną jako typowo zideologizowany i antyrynkowy projekt, wreszcie pyta: Jak to jest, że kraj, który zawsze był potęgą motoryzacyjną, musi dotować samochody na baterie? Skoro są takie świetne, to powinny się chyba dobrze sprzedawać? Wszystkie te uwagi, niewątpliwie zdroworozsądkowe, nie dają jednak odpowiedzi na pytanie, czy forsowana na siłę rewolucja energetyczna nie jest jednak w interesie Niemiec i czy to nie oni najwięcej zarobią na sprzedawaniu światu zielonych technologii? A my kupując konieczne dla „ratowania planety” i zupełnie przypadkiem niemieckie pomysły będziemy mogli przy okazji na wolnościowym portalu „Tichys-Einblick” przeczytać jeszcze niejedną błyskotliwą krytykę absurdów współczesnego ekołysenkizmu.

Nie wszyscy zresztą są tacy złośliwi jak Roland Tichy i tacy pryncypialni jak Koerfer. Dwaj ekonomiści Henning Klodt i Stefan Kooths kreślą raczej pozytywny bilans rządów Angeli Merkel – epoki pragmatyzmu, zachowania mimo globalnych kryzysów rezerw niemieckiej gospodarki i kontroli nad stabilnością rynku pracy.

Kluczowe w dzisiejszej Europie pytanie o koszty i bilans forsowanej przez Niemcy polityki klimatycznej i energetycznej stawiane są w tekście profesora Justusa Haucapa, ekonomisty i byłego szefa doradzającej rządowi w sprawach konkurencji Komisji Monopolowej. „Koszty prądu rosną, szkodliwe dla klimatu procesy wcale nie maleją” – pisze Haucap. Dziś możemy sobie do tej diagnozy dodać polityczne i ekonomiczne koszty Nord Streamu 2, ta historia jednak dopiero czeka na swojego autora…

Na zakończenie – bo nie omówimy wszystkich artykułów z tej ciekawej publikacji – dwa akcenty brytyjskie. Profesor Anthony Glees, politolog i historyk brytyjski, lecz związany również z niemieckim rynkiem opinii, analizuje, jak polityka Niemiec i decyzje samej kanclerz wpłynęły na brexit. Zdaniem profesora niechęć zrozumienia, skąd się wziął brytyjski sprzeciw, i absolutny brak elastyczności ze strony Niemiec wobec postulatów Londynu walnie przyczyniły się do ostatecznego efektu. A może jeśli chodzi o ocenę brexitu trzeba poczekać na historyczny dystans? Czy mają rację ci, którzy twierdzą, że wyjście Brytanii ze struktur unijnych, niezależnie od przyczyn wewnętrznych i błędów premiera Camerona, ułatwiło przekształcanie Unii w dodatek do niemieckich interesów? Na pierwszej po wygranych wyborach konferencji prasowej Olaf Scholz pytany przez brytyjskiego dziennikarza o aktualny stan relacji ze Zjednoczonym Królestwem odpowiedział z ironiczną miną hanzeatyckiego kupca, który ma już następny interes do zrobienia, że przecież Niemcy tak bardzo namawiali Brytyjczyków do pozostania… Jak bardzo namawiali, to oceni kiedyś historia, kiedy jednak dziś widzimy, jak pani kanclerz tonuje zapędy największych orędowników „karania” Polski, to może jest w tym również ślad refleksji, że następnego „exitu” Unia już nie przeżyje. Skoro mowa o Brytyjczykach, czas na wielkie porównanie mocnych kobiet europejskiej polityki. Angela Merkel a Margaret Thatcher – to porównanie pojawia się często, ale czy ma jakikolwiek sens? Zdaniem Dominika Gepperta, pochodzącego z Fryburga wykładowcy uczelni w Niemczech i Wielkiej Brytanii – takie dywagacje to intelektualna iluzja bez podstaw w rzeczywistości. Inne czasy, inne światy, inni ludzie… Bo chyba rzeczywiście: Żelazna Dama reformowała, gdy Mutti raczej stabilizowała. W przypadku Merkel mamy chyba po prostu pragmatyczny brak doktryny podniesiony do rangi politycznej cnoty, podczas gdy Thatcher zarówno przez wrogów, jak i przyjaciół była kojarzona z kilkoma zasadniczymi postulatami, dla których realizacji poszła po władzę i w których obronie potrafiła ryzykować jej utratę. Angela Merkel opanowała swoją partię i w imię utrwalenia władzy przesunęła ją w bezideowe centrum. Margaret Thatcher przesunęła torysów w stronę wolnorynkowej ortodoksji, ale nigdy nie miała w partii takiej władzy jak Niemka w CDU. Konserwatyści dzięki Żelaznej Damie wygrali trzy wybory z rzędu, ale arystokratyczno-finansowy establishment torysów nigdy do końca nie zaufał „córce sklepikarza”. A propos pochodzenia to wpływ ojca, sklepikarza i metodystycznego kaznodziei z hrabstwa Lincolnshire, na formację późniejszej premier jest niewątpliwy. Czy ojciec pastor z Brandenburgii bardziej wpłynął na późniejszą kanclerz niż enerdowska młodość w FDJ? W każdym razie obie ambitne panie zainteresowania miały raczej ścisłe, jedna studiowała chemię, druga fizykę. Wydaje się, że niezależnie od różnic w stylu, charyzmie czy zdolnościach retorycznych – Westminster jako szkoła wymowy politycznej raczej góruje nad socjalistycznymi masówkami – bez Żelaznej Damy jako pierwszej kobiety premier w Londynie nie byłoby chyba pierwszej kobiety kanclerza w Berlinie. I w wypadku obu pań raczej powinniśmy unikać tak idiotycznie brzmiącego po polsku słowa „polityczka”. Żadna z nich na ten semantyczny despekt nie zasługuje…

„Pierwsze życie Angeli M.“, Ralf Georg Reuth i Günter Lachmann, Piper Verlag, Monachium, 2013

Cofnijmy się do 2013 r. Osiem lat temu na niemieckim rynku pojawiła się kolejna książka o Angeli Merkel, „Pierwsze życie Angeli M.”. Jej autorami byli dziennikarze – Ralf Georg Reuth i Günter Lachmann. „Pierwsze życie Angeli M.” to ponad 300-stronicowa opowieść o latach dzieciństwa, studiów, karierze naukowej i politycznej kanclerz Niemiec. Już we wcześniejszych biografiach Merkel przewijał się motyw jej skrytości i to niezależnie od stosunku biografa do życiorysu Merkel. Zmarły w połowie maja 2014 r. prof. Gerd Langguth, autor popularnej biografii kanclerz wydanej w 2005 r., sam stwierdził, że Merkel „ma w sobie coś ze sfinksa”. Słowa te padły z ust człowieka, który poznał Merkel jeszcze na początku jej politycznej ścieżki, gdy w rządzie Lothara de Maizière pełniła funkcję zastępcy rzecznika prasowego. Sam był też członkiem CDU i miał dobre rozeznanie, co dzieje się na zapleczu partii, kto aktualnie jest namaszczany na wodza, a komu zabije dzwon. W kwestii Merkel Langguth nie miał wątpliwości. Dla niego była „enerdowską bojowniczką o wolność” z olbrzymim potencjałem, by zapanować nad zjednoczonymi Niemcami, i w 2005 r. przestrzegał Gerharda Schrödera przed lekceważeniem rywalki, która już wtedy miała na swoim koncie kilka politycznych skalpów – od Lothara de Maizière, przez Günthera Krausego, Wolfganga Schäublego aż po Helmuta Kohla. Każdy z nich utorował dziewczynie z Templina drogę do politycznego awansu, za tę pomoc płacili jednak własną degradacją, a sam Kohl zapłacił upadkiem.

We wcześniejszych biografiach Angeli Merkel opisy jej życia przed zjednoczeniem pozostawiały niedosyt. Nawet książki z jadowitym podtekstem, napisane nie tylko w imię prawdy, ale będące przy okazji czymś w rodzaju pisemnej demonstracji urażonych ambicji – tak jak w przypadku „Matki Chrzestnej” Gertrud Höhler (2012) czy „Angela Merkel. Pomyłka” Cory Stephan (2011 r.) − nie zdołały prześwietlić enerdowskiej przeszłości A.M.

Stephan wylewała żale za niespełnione obietnice, jakie Merkel składała przed objęciem urzędu kanclerskiego. O tej książce mówi się zresztą w Niemczech „zdradzona miłość”. I coś w tym jest. Höhler z kolei pisze o Merkel z pozycji osoby przekonanej o jej zdradzieckiej naturze, skupiając się głównie na wątku ojcobójstwa, czyli pogrążeniu Helmuta Kohla i wypominając Merkel, że kiedy inni walczyli o zjednoczenie Niemiec, ona „była w saunie”. Żadna z autorek nie zaprząta sobie jednak głowy enerdowską przeszłością kanclerz, Höhler co prawda sugeruje, że nagłe pojawienie się nikomu do tej pory nieznanej kobiety w otoczeniu Kohla nie mogło być dziełem przypadku, ale nie wnika głębiej w jej życiorys, nie stawia kropki nad i. Nie stawiają jej również autorzy najnowszej biografii Merkel. Oni również nie wychodzą poza insynuacje, ale – co trzeba przyznać – mimo pewnych niedociągnięć dostarczają na temat młodych lat Merkel o wiele więcej materiału niż ktokolwiek przed nimi. Trzy czwarte książki poświęcono opisom sytuacji politycznej, od powstania NRD do upadku muru i zjednoczenia Niemiec, czwarta część dotyczy Merkel. Już na wstępie Reuth i Lachmann bronią tych proporcji, tłumacząc, że bez zrozumienia kontekstu dziejowego nie sposób w pełni pojąć wyborów dokonywanych przez ich bohaterkę. Na swoje usprawiedliwienie duet Reuth–Lachmann ma jednak coś jeszcze.

„Wszystkie dokumenty dotyczące przeszłości A.M. zostały zniszczone, a nieliczne, które się zachowały, nie są udostępniane ze względu na ochronę danych osobowych”
- piszą.

Z książki dowiadujemy się m.in., że wbrew obiegowej opinii Horst Kasner wcale nie wychowywał swojej córki w duchu niepodległościowym. Nie czynił jej wyrzutów ani kiedy zapisała się do Młodych Pionierów, ani wtedy, gdy aktywnie współtworzyła struktury FDJ, najpierw w szkole, potem na uczelni i w miejscu pracy. W kręgach kościelnych opozycjonistów mówiono o nim „Czerwony Kasner”. Ponieważ władza mu ufała, cieszył się sporym marginesem wolności, nie rzecz nawet w słynnych już dwóch samochodach rodziny pastora, ale w niepoprawnych socjalistycznie książkach, które bezpieka pozwalała mu gromadzić. Szmuglowane z Zachodu pisma i tomy koledzy Angeli Merkel z wypiekami na twarzach wertowali potem w pracowni Kasnera. Jednym z nich był Mathias Rau, zdumiony, że na tych potajemnych wieczorkach czytelniczych nigdy nie ma starszej córki pastora, „zamiast tego organizowała imprezy FDJ i biegała po szkole w niebieskiej bluzie” – wspominał Rau. Imponował mu pokaźny księgozbiór Kasnera, dziwił się tylko, że pastor z takimi emocjami potrafił debatować nad „rolą człowieka w socjalizmie”. Rau już wtedy nie godził się na żaden socjalizm, jego drogi z Angelą zaczęły się rozchodzić, gdy wstąpiła do komunistycznej młodzieżówki, kiedy on wygrywał na gitarze protest songi, ona „maszerowała z kolektywem”. Po inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację rozdźwięk miedzy niegdysiejszymi przyjaciółmi stał się jeszcze bardziej wyczuwalny. Niepokorny Rau powiedział, co myśli o tej interwencji w szkole, i o mały włos nie wyleciał z niej, Angela milczała, chociaż miałaby co opowiadać, bo w najgorętszym okresie była w Czechosłowacji. To milczenie zostało jej do dziś. Odzywa się dopiero wtedy, gdy jest pewna, że stanęła po właściwej stronie. Pewną ciekawostką może być to, że w tym samym czasie, gdy ukazała się książka o korzeniach kariery Angeli Merkel, w Niemczech wyszła jeszcze inna, zatytułowana „Mutter Blamage. Dlaczego naród nie potrzebuje Angeli Merkel i jej polityki” (w nawiązaniu do Brechtowskiej „Mutter Courage”). Autorem jest Stephan Hebel, dziennikarz i publicysta współpracujący m.in. z „Frankfurter Rundschau”. Książka znalazła się nawet na liście bestsellerów tygodnika „Der Spiegel”, ale i tak nie wytrzymała konkurencji z bardziej medialnym przesłaniem tej autorstwa Reutha i Lachmanna. Hebel przekonywał, że Niemcy potrzebują nowego początku. Bez Merkel. Tylko że w wyobrażeniu Hebla o nowym początku dominuje przekonanie, że nowe Niemcy powinny być czerwono-zielonymi Niemcami, takimi, które otwierają swoje wrota na jeszcze szerszy strumień imigracji. Książka została napisana na dwa lata przed kryzysem migracyjnym 2015 r., a szerszy strumień imigracji został zapewniony nie przez zielono-czerwonych, ale chadecką kanclerz, więc Hebel niezbyt trafnie oszacował potencjał pani kanclerz w tej dziedzinie polityki. Czerwono-zielony sojusz zaś z mniejszym, ale zdaje się dominującym nad resztą pomysłem na przyszły kształt rządu federalnego elementem liberalnym (FDP) właśnie układa koalicję rządową. Czy bez Angeli Merkel Niemcy „otworzą nowy rozdział”?


Szanowni Państwo!
Berlińskie Espresso nie zwalnia. Co tydzień nagrywamy nowy podcast i trzymamy rękę na pulsie niemieckiej polityki! Do usłyszenia na vod „Gazety Polskiej”!

 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

#Gazeta Polska Codziennie

Olga Doleśniak-Harczuk,Antoni Opaliński
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo