WYWIAD: Co dalej z inflacją?

geralt
pixabay.com Pixabay License

Jeśli Rada Polityki Pieniężnej będzie rozpatrywała podniesienie stóp, to przede wszystkim po to, by ochronić deponentów przed tak głębokimi stratami, jakie w tej chwili ponoszą. A więc by je zmniejszyć. Bo obecnie oddziaływanie RPP wielkością stóp na inflację nie jest aż tak duże, jak by się można było spodziewać. - Z Piotrem Soroczyńskim, głównym ekonomistą Krajowej Izby Gospodarczej, rozmawia Maciej Pawlak

Część ekspertów ekonomicznych spodziewa się, że przy obecnie niemalejącej inflacji RPP może jeszcze w br. po raz drugi podnieść stopy procentowe. Jakie są na to szanse? Czy będzie miało to istotny wpływ na zmniejszenie inflacji?

Warto byłoby odnieść się do tego biorąc pod uwagę dwa aspekty. Myśląc o samej inflacji może się okazać, że Rada Polityki Pieniężnej będzie jeszcze miała jaką przestrzeń do tego, by podwyżek stóp nie przeprowadzać zbyt szybko i forsownie. Natomiast jeśli Rada będzie rozpatrywać cel, do którego został powołany NBP, a zatem dbałość o wartość naszych pieniędzy, to myślę, że musi także wziąć pod uwagę także to, co się dzieje z lokatami deponentów, które w zastraszającym tempie tracą na wartości. Bo w tej chwili realne ich oprocentowanie ujemne jest bardzo głębokie. Wobec tego myślę, że jeśli Rada będzie rozpatrywała podniesienie stóp, to przede wszystkim po to, by ochronić deponentów przed tak głębokimi stratami, jakie w tej chwili ponoszą. A więc by je zmniejszyć. Bo obecnie oddziaływanie RPP wielkością stóp na inflację nie jest aż tak duże, jak by się można było spodziewać. Te stopy musiałyby bowiem pójść radykalnie do góry, żeby było to naprawdę efektywne. Dlatego, jeśli Rada będzie się kierowała inflacją może się okazać, że pewne ruchy związane ze zmianą stóp zostaną odroczone i być może nie będą tak zdecydowane jak ostatnio, kiedy poziom tzw. stopy referencyjnej zwiększono z 0,1 do 0,5%.

A jeśli RPP weźmie pod uwagę także sytuację w odniesieniu do spadku wartości depozytów?

Jeśli okazałoby się, że zaczyna się z nimi dziać coś niepokojącego, np. w związku z danymi o podaży pieniądza na koniec września, w tym dotyczących kredytów indywidualnych czy lokat, mógłby być to wówczas sygnał dla Rady, że powinna wykonać jakiś ruch. 

Czy jednak ewentualne dalsze podwyżki stóp procentowych będą się realnie przekładać na zmniejszenie poziomu inflacji?

To trochę wróżenie z fusów. Oceniam, że odpowiedzialność za dwie trzecie obecnej, 6-proc. inflacji ponosi istotny wzrost kosztów wytwarzania, który jeszcze przez jakiś czas się utrzyma. Sporo mówimy w tym kontekście o drożejących surowcach czy energii. Ponadto wciąż na rynku pracy ceny idą w górę, bo ludzie chcą zarabiać więcej. To są więc główne czynniki odpowiadające za większą część inflacji, która jeszcze przez jakiś czas się utrzyma. Natomiast pozostała jedna trzecia przypada na wciąż wysoki poziom zakupów w sklepach. I dochodzi obecnie do problemów z bieżącym zaspokajaniem zaopatrzeniem rynku. Na przykład mówią o tym ostatnie dane na temat handlu detalicznego. One w większości segmentów są w porządku, ale np. w odniesieniu do sprzedaży samochodów okazało się, że ich sprzedaż była niższa niż przed rokiem. Dlatego część konsumentów zobligowana rozmaitymi koniecznościami, która więc po prostu musi kupować, godzi się na wyższe ceny. Może się więc okazać, że nawet, gdyby doszło do kolejnych podwyżek stóp, to wpływ takiej decyzji RPP na 1/3 inflacji związanej z rosnącym popytem byłby stosunkowo niewielki. A więc, że ewentualna podwyżka stóp ewentualnie zbiłaby inflację o 1-2 pkt. proc., a pozostałe 4 pkt. proc. po prostu pozostałoby. Żeby tak się nie stało musiałyby ustąpić wszystkie czynniki zwiększające gwałtownie - i często jednorazowo ale seriami - koszty produkcji.

Mówiliśmy m.in. o sprzedaży detalicznej. Tymczasem GUS poinformował o jej wynikach za wrzesień. Okazało się, że była ona wyższa niż przed rokiem o 5,1% (wobec wzrostu o 2,5% we wrześniu 2020 r.). Ale w porównaniu z sierpniem 2021 r. miał miejsce spadek sprzedaży detalicznej o 2,4%. Czy jest to stała tendencja, związana z drożejącą żywnością, czy też ma to związek ograniczeniami z dostępnością niektórych artykułów sprowadzanych z zagranicy wskutek ograniczeń COVID-owych?

Patrząc na to z wieloletniej perspektywy z wynikami sprzedaży detalicznej we wrześniu rozpatrywanej w odniesieniu do sierpnia bywa różnie. Często pojawia się wzrost związany z rozpoczynaniem aktywności konsumentów po wakacjach. Ale pamiętajmy, że spora część zakupów detalicznych dotyczy końcówki sierpnia. Dlatego podbija to cały ten miesiąc na tyle, że w porównywanym z nim wrześniu może dochodzić do lekkiego spadku. Te tegoroczne dane nie stanowią więc czegoś dramatycznie anormalnego. Ale też w tym przypadku mogło dojść jednocześnie do zjawiska, o którym pan wspomniał. Bowiem dla części klientów dany towar okazał się za drogi, więc go nie kupili. Albo też mogło dojść do sytuacji, że klienci nie kupili danego towaru, bo go po prostu nie było. Tak mogło być np. ze wspomnianymi samochodami, ale i ze sprzętem RTV i AGD, którego w danym momencie po prostu zabrakło. 

Wrzesień był drugim miesiącem z rzędu, w którym spadła liczba rozpoczętych budów mieszkań - wynika z danych GUS. Choć jednocześnie wzrosła liczba „M” oddanych do użytku, a także tych, na których rozpoczęcie budowy uzyskano pozwolenie. Czy oznacza to przegrzanie tego rynku czy też jest to zjawisko chwilowe?

Nie zapominajmy, że do tej sytuacji doszło, gdy zarówno w ub. roku, jak i w pierwszych miesiącach br. bito kolejne rekordy liczby mieszkań oddawanych do użytku, jak i tych rozpoczynanych. Było to tym bardziej uderzające, że przecież mieliśmy do czynienia z okresem rozwijającej się pandemii koronawirusa, a więc ogromnej niepewności na rynku. Tymczasem myśmy wiele budów mieszkań w tym okresie zdołali rozpocząć, jak i zakończyć. Zatem dane wrześniowe stanowią po części efekt wysokiej (zeszłorocznej) bazy odniesienia. Ale i z drugiej strony zapewne także tego, że doszło do w sporej mierze do nasycenia u części klientów zapotrzebowania na mieszkanie. W dodatku przy wysokich cenach „M”, a także ograniczonej ilości materiałów budowlanych mogło się okazać, że część potencjalnych inwestorów mieszkaniowych zrezygnowała z inwestowania.

W 2020 r. odnotowano rekordowy roczny przyrost wartości gotówki w obiegu o 34,8 proc., tj. o 83,0 mld zł, w stosunku do wartości z 2019 r. - poinformował NBP. Czy w związku z niepewnością związaną z rozwojem pandemii obieg gotówki w naszym kraju będzie jeszcze długo stał na wysokim poziomie?

Faktycznie stanowiło to przede wszystkim wynik rozpoczętej w ub. roku pandemii koronawirusa. Było wówczas wiadomo, że nic nie wiadomo. Stąd część z nas, jako gospodarstwa domowe, ale i przedsiębiorcy - zwłaszcza w drobniejszych biznesach ze sporym obiegiem gotówkowym - doszło do wniosku, że w tej sytuacji, na wszelki wypadek lepiej mieć u siebie żywą gotówkę. Była ona zapewne traktowana jako pewna rezerwa - na wypadek, gdyby doszło np. do bankructw banków. Rosło przy tym ryzyko, że w takiej nadzwyczajnej sytuacji nie będzie można nigdzie fizycznie wyjść z domu, a więc także do banku. A ponadto nie wiadomo było, czy np. wszystkie bankomaty będą sprawnie działały i czy będzie można z nich wypłacać dowolną ilość gotówki. Stąd właśnie wziął się wzmożony popyt na gotówkę, by mieć ją po prostu w każdej sytuacji u siebie pod ręką. To przypuszczenie potwierdza fakt, że ta większa ilość gotówki w kieszeniach nie przełożyła się przecież w ub. roku na jakieś wzmożone dokonywanie zakupów w sklepach. 

Czy ta większa ilość gotówki w obiegu pozostanie z nami na dłużej?

Nie spodziewam się, że teraz, gdy sytuacja się uspokoiła, tę zgromadzoną w domach gotówkę będziemy masowo przelewać na rachunki bankowe. Bo przecież ze strony banków nie ma wcale takiej zachęty. Oprocentowanie pieniędzy trzymanych na koncie wcale nie jest na tyle atrakcyjne, byśmy zanosili je do banków. Z drugiej strony posiadany zapas gotówki spowodował, że z czasem wyhamuje się presja na pobieranie nowej gotówki, aż znów dojdzie do pewnego zrównoważenia. A więc do sytuacji, że gospodarka i podaż pieniądza będzie rosła nieco szybciej niż przyrost gotówki. I te proporcje się wyrównają - prawdopodobnie wrócimy więc mniej więcej do sytuacji sprzed pandemii. Będzie to jednak moim zdaniem powolny proces. Bowiem według danych z wcześniejszych miesięcy społeczeństwo wciąż dokonuje zwiększania zapasów gotówkowych. Zatem sytuacja sprzed pandemii powróci, ale jeszcze nie teraz.

Teoretycznie złoty powinien zyskiwać w oczekiwaniu na kolejne podwyżki stóp procentowych oczekiwane przez rynek. A jednak znów oscyluje w okolicach 4,6 zł/euro. Z czego to wynika?

Powrót do poziomu 4,6 zł/euro wynika z przebiegu dyskusji w Parlamencie Europejskim nad Polską i obawami czy przekazane nam zostaną miliardy euro w ramach Krajowego Planu Odbudowy. W tej sytuacji inwestorzy nieco się wystraszyli, że być może Bruksela wstrzyma te środki, bądź, że ich wypłata znacząco się opóźni. Rzecz jasna takie zawirowania wokół naszej waluty mogą okazać się chwilowe. Tak czy inaczej inwestorzy muszą w miarę racjonalnie i bezpiecznie lokować posiadane środki. A skoro ocenili, że jest jakieś, związane z nami, ryzyko, to czasowo wpłynęło to na osłabienie złotego. Zwróciłbym przy tym uwagę, że generalnie wycena złotego, o której tu mówimy, jest zdecydowanie zbyt słaba, wobec faktycznej kondycji naszej gospodarki, zwłaszcza na tle krajów tzw. starej Unii. To nie jest więc kwestia wysokości stóp procentowych, ale dotyczy raczej innych mechanizmów. Nie są one bowiem zasadniczo zależne od tego, jakie są odczucia inwestorów rynkowych. To raczej kwestia sterowania przepływami znaczących środków nie do końca widocznymi dla rynku. 

 


Artykuł pochodzi ze strony filarybiznesu.pl

 

 


Źródło: filarybiznesu.pl

#Filary Biznesu

Maciej Pawlak
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo