Hände hoch!

Język niemiecki nigdy nie był w Polsce zbyt popularny poza sferą techniczną, gdzie jeszcze niedawno straszyły nas, humanistów, jakieś krajzegi, bratrury i inne dinksy i wichajstry, dziś wyparte przez terminy angielskie, ale pewnych rzeczy nie da się wypowiedzieć krócej i celniej niż w języku Goethego, Hegla i Hitlera: „Maul halten!”, „Raus!”, „Nur für Deutsche!”. 

W podwórkowych zabawach mojego dzieciństwa naznaczonych zakończoną ledwie 15 lat wcześniej wojną, nikt nie chciał odgrywać roli szwabów, więc do niewidzialnego wroga krzyczeliśmy ku poszczerbionym kulami ścianom kamienic słowa, które znało wtedy każde polskie dziecko: „Hände hoch!”. Wydawało się wówczas, że odwieczny wróg rzeczywiście został pokonany – dziś, po siedemdziesięciu kilku latach po jego klęsce, to my, „zwycięzcy”, słyszymy znowu chrapliwy pruski wrzask mający nas sprowadzić do statusu podludzi. To my mamy podnieść ręce do góry! 

Bizantyńskie ubóstwienie państwa

Przez ostatnie cztery dekady wbijano nam do głów, że Niemcy przepracowały swoją, delikatnie powiedziawszy, niezbyt chlubną przeszłość i, przezwyciężywszy ją, stanęły wręcz na czele nowego europejskiego oświecenia demokratycznego, do którego nam, ciemniakom z pogranicza Azji, nadal daleko. Tylko kto tu był Azją? My, Irokezy z woli Fryca, który sam się nazwał Wielkim? 

Bezlitosną analizę prusactwa jako stanu ducha i umysłu dał prof. Feliks Koneczny w swoim fundamentalnym dziele „Cywilizacja bizantyńska”. Co ma bizantynizm do Niemiec? Kryje się to wedle Konecznego pod uczonym terminem „statolatria”, czyli mówiąc po ludzku – ubóstwieniem państwa. Polski uczony dostrzega to dążenie w całej historii Niemiec, poczynając od średniowiecznej próby zdominowania Europy przez tzw. Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, którego głównym celem było wprowadzenie cezaropapizmu, czyli podporządkowanie władzy duchowej, z papieżem włącznie, świeckiej. 

Gdy się to nie udało, nastąpiła rewolucja Lutra, którego obalające autorytet Kościoła tezy zarówno przez Bismarcka, jak i Hitlera uznawane były za fundamenty ducha niemieckiego, co znalazło dobitny wyraz w plakacie z 1933 r. na 450-lecie reformacji, gdzie wizerunek Lutra na tle swastyki dopełniono napisem: „Walka Hitlera (Hitlers Kampf) i nauki Lutra są dobrą bronią dla niemieckich wilków”.

I rzecz nie w potwornym, dziś skutecznie cenzurowanym, antysemityzmie Lutra, lecz w konsekwencjach, straszliwych wojnach religijnych w Europie Zachodniej, zwieńczonych doktryną „cuius regio, eius religio”, określającą, że absolutny władca (choćby miniaturowego niemieckiego księstewka) miał prawo siłą narzucić swoim poddanym własne wyznanie. W tymże czasie w kraju polskich Irokezów ich władca ogłaszał obywatelom: „Nie chcę być królem sumień waszych”. Oświecona Europa pogrążyła się w krwawych i okrutnych wojnach, z czego wynikło zaiste bizantyńskie dążenie do podporządkowania wszystkiego superpaństwu, które ma zastąpić Boga. Z myśli Lutra konsekwencje wyciągnęli najwybitniejsi niemieccy filozofowie – Kant, Fichte, Hegel – którzy wywarli destruktywny wpływ na duchowość całej Europy, kładąc podwaliny pod tzw. rozdzielenie państwa od Kościoła, co francuscy rewolucjoniści realizowali tak samo, jak ich koledzy z III Rzeszy – przez masowe mordy księży katolickich i terror wobec chrześcijan.

„Dobrowolne” zjednoczenie ludzkości pod germańskim berłem

Jaki był ich cel? To przecież proste – rządy Niemiec nad światem wedle najlepszego, czyli pruskiego wzoru! Johann Gottlieb Fichte w swoich dziełach z początku XIX w. głosił: „Życie rozumne polega na tym, że osoba zapomina o sobie w gatunku”, co w praktyce miało oznaczać, że prowadzący życie rozumne Normalvolk nadawałby się do przewodzenia innym narodom. Czy będzie zaskoczeniem, że ten „normalny naród” filozof widział tylko w prusactwie? Fichte uważał, że naród niemiecki jest najbliższy Bogu (sic!), bo nawet język niemiecki wyższy jest ponad romańskie i angielski, a „Niemcy stanowią nadzieję całego rodu ludzkiego”. Wedle Hegla państwo jest ideą boską i absolutną mocą na ziemi, a jednostka musi być podporządkowana państwu we wszystkim. Jak konstatuje Koneczny: „Teraz dopiero rozumiemy, co znaczy »zjednoczenie ludzkości« i to bez względu na rasy. Ma to być panowanie Germanów nad ludzkością, uszczęśliwioną tym poddaństwem”.

Dokładnie to powiedziała nieco innymi słowami gauleiter UE Ursula von der Leyen premierowi Polski, zanim jeszcze zdążył otworzyć usta, by uzasadnić swoje krytyczne zdanie wobec tego projektu Europy. Jak z ironią pisze Koneczny: „Pokój wieczysty i zbratanie całej ludzkości zrazu będą się musiały dokonywać na tle »dobrowolnego« uznania szczepu germańskiego, zanim ludzkość dojrzeje do nowej epoki”.

Sabat zdrady, lewactwa, demonicznego opętania – to nic nie powiedzieć o reakcji na wystąpienie polskiego gladiatora w Circus Maximus UE – premier Morawiecki nie miał tylko komu powiedzieć „morituri te salutant”, nawet bowiem najbardziej zdegenerowany cezar rzymski nie mógł się równać z niemieckim gubernatorem generalnym Unii oraz jej przybocznych szczekaczy z Francji i innych karłów historii, jak Niderlandy, Belgie i Luksemburgi, oraz polskich zdrajców. Wiele razy na łamach naszej gazety domagałem się w imieniu tzw. żelaznego elektoratu zdecydowanych kontrdziałań rządu polskiego. 

Za cenę zdrady i upodlenia

Wystąpienie premiera Morawieckiego w kwestii – jak mawiają Rosjanie – „kto jest chu” w pełni mnie usatysfakcjonowało nie tylko z powodu sprawiedliwych a ostrych słów obnażających hipokryzję kręconej przez Niemcy UE, ale i z wynikłej wskutek nich sytuacji. Albo ta banda odszczeka swoje oszczerstwa wobec Polski, albo wypchnie nas z Unii jak Wielką Brytanię. A przy okazji sprzedajne polskojęzyczne „zdradzieckie mordy” powiedziały nam otwarcie: tak, za forsę wrogów Polski świadomie jesteśmy gorszym sortem, któremu zależy wyłącznie na zachowaniu przywilejów w tym kraju, w którym żyjemy tylko przez przypadek, a jego losy nas bynajmniej nie obchodzą. Z nimi rozliczymy się później.

W istocie rzeczy powiedziano nam owo znane z pruskich rugów i hitlerowskiej okupacji „Maul halten!”, co się tłumaczy na polski „Morda w kubeł!”. Mamy więc do wyboru: niby korzystną dla obywateli hańbę Francji Vichy współpracującej gorliwie ze swoim okupantem albo niewygody narodu zachowującego wolność i godność. Ta spodlona Francja wypuściła w 1942 r. pocztówkę reklamującą ówczesną wersję Unii Europejskiej pod przewodem Niemiec. Pod napisem „Notre Mère l’Europe” – „nasza matka Europa” – widzimy kwokę zbierającą pod swe skrzydła narody, oczywiście tylko te, które Niemcy za takowe uznawali: Polski, Ukrainy, Białorusi tam nie ma, bo miały ulec „europejskiej” eksterminacji. Dwa przygłupie kurczątka symbolizujące neutralne Szwajcarię i Szwecję jeszcze się nie przyłączyły (chwilowo), a kurczaczek oznaczony flagą brytyjską otumaniony propagandą żydowską wyłamuje się z „europejskiej solidarności”, zmierzając do pudełka pułapki wprawdzie z flagą amerykańską, ale na klapce nad wejściem ozdobioną gwiazdą Dawida. Czy taka jest nasza dzisiejsza alternatywa? A może raczej wspomnieć słowa Wyspiańskiego z nomen omen „Wyzwolenia” i rzucić w twarz zdrajcom:

„Warchoły, to wy! Wy, co liżecie obcych wrogów podłoże, czołgacie się u obcych rządów i całujecie najeźdźcom łapy, uznając w nich prawowitych wam królów. Wy, hołota, którzy nie czuliście dumy nigdy, chyba wobec biedy i nędzy, której nieszczęście potrącaliście sytym brzuchem bezczelników i pięścią sługi. Wy, lokaje i fagasy cudzego pyszalstwa, którzy wyciągacie dłoń chciwą po pieniądze – po łupież pieniężną, zdartą tej ziemi, której złoto i miód należą jej samej i nie wolno jej grabić. Warchoły to wy, co się nie czujecie Polską i żywym poddaństwa i niewoli protestem. Wy sługi! Drżyjcie, bo wy będziecie nasze sługi i wy będziecie psy, zaprzęgnięte do naszego rydwanu i zginiecie. I pokryje waszą podłość NIEPAMIĘĆ!”.

 

Źródło:

Jerzy Lubach
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo