Najtrudniejsza decyzja w życiu Agnieszki Radwańskiej: "W realiach zawodowego grania bym się rozpadła"

Agnieszka Radwańska przyznaje, że zakończenie kariery było jej najtrudniejszą decyzją w życiu, ale nigdy jej nie żałowała. Była tenisistka po urodzeniu dziecka wyklucza powrót do profesjonalnej gry. "W realiach zawodowego grania bym się rozpadła" - mówi 32-latka.

Agnieszka Radwańska defintywnie zakończyła tenisową karierę
Fot. Tomasz Hamrat / Gazeta Polska

W połowie listopada minie trzy lata od momentu, kiedy ogłosiła pani pożegnanie z profesjonalnym tenisem. Można odnieść wrażenie, że bardzo dobrze odnajduje się pani na sportowej emeryturze...

Agnieszka Radwańska: Ja naprawdę pod koniec kariery już bardzo się męczyłam - sama ze sobą. Byłam chyba wówczas swoim największym przeciwnikiem. Mentalnie i fizycznie po prostu już nie dawałam rady. Wiele lat się skumulowało. Wiadomo, wiele błędów też, które popełniłam gdzieś na samym początku i to potem powychodziło. Sama siebie nie widziałam już jeżdżącej i grającej, bo nie byłam w stanie. A zawsze wychodziłam z założenia, że albo gram na swoim wysokim poziomie - czyli na poziomie Top10, na którym byłam przez wiele lat - albo to już po prostu nie ma sensu. Dlatego był koniec.

Wciąż odczuwa pani skutki tych wszystkich lat udziału w zawodowej rywalizacji na korcie?

A.R. Tak. Na samą myśl o jakiejkolwiek podróży robi mi się słabo, nawet przy wyjeździe turystycznym. Ale przede wszystkim pod względem fizycznym. Gram dalej w tenisa raz w tygodniu, chodzę na siłownię, ale wszystko wychodzi. Późnym latem byłam w USA i bardzo dużo przemieszczałam się pieszo, robiłam kilkanaście kilometrów dziennie. Miałam potem stopy tak obolałe... Wychodzą te wszystkie kontuzje, z którymi zmagałam się ostatnimi laty. Śmieję się, że nie jestem w stanie nawet normalnie chodzić, a co dopiero grać i trenować na 100 procent. I po prostu fizycznie nie dałabym już rady. Nigdy nie byłam mocno zbudowana, a tego nie da się nadrobić. Mocnej, szybkiej ręki też nie miałam. Było czucie i talent, ale gdzieś tej fizyki brakowało. Musiałam też swoje wybiegać i to było dwa, trzy razy więcej niż inne zawodniczki. Wiele osób sobie z tego nie zdaje sprawy, ale to się kumuluje przez te wszystkie lata i rozegrane mecze. Nie wyobrażam sobie absolutnie powrotu.

Odnajduje się w życiu na sportowej emeryturze, bo to była świadomie podjęta decyzja, która nie zapadła z dnia na dzień czy z tygodnia na tydzień. To były miesiące. Może też dlatego, że mam swoje życie prywatne. Wielu profesjonalnych tenisistów, którzy tak dużo podróżowali, właściwie go nie ma i ciężko im skończyć, bo nie mają do czego wracać. Grają, bo tylko to robili przez niemal całe życie i to jedyny styl życia, jaki znają. To jak jedzenie czy oddychanie, robiło się to cały czas. Uciąć to nagle z dnia na dzień - to na pewno bardzo ciężka decyzja. To była moja najtrudniejsza decyzja w życiu. Trzeba ją podjąć bardzo świadomie i przede wszystkim tak, by jej nie żałować. To jest chyba najważniejsze. Żeby potem spokojnie móc zasnąć i nie mieć wyrzutów sumienia.

Przez te trzy lata nie było momentu, kiedy chciała pani wrócić do gry?

A.R.: Nie, absolutnie nie. To jest najlepszy dowód na to, że podjęłam wówczas dobrą decyzję. Oczywiście, oglądając turnieje w telewizji...

A często pani ogląda tenis?

A.R.: Sporo. Oczywiście, nie zarywam ze względu na to nocy. Jest jedna osoba, ze względu na której mecz nastawiłabym budzik - to Jerzy Janowicz. Więc jak wróci do gry i będzie w drugim tygodniu Wielkiego Szlema w Melbourne czy w Nowym Jorku, to wstanę. Oczywiście, widząc te korty, np. niedawno w Nowym Jorku, pojawia się myśl "Weszłabym na taki kort i - w ramach wyzwania - zagrała seta albo mecz". Taki powrót na stare dobre śmieci, na kort centralny. Ale to jest taki przebłysk, bo zdając sobie sprawę, ile trzeba zrobić, żeby być na tym korcie, przejść całą tę drogę i wszystko, co się z tym wiąże, to jest sekunda i od razu się odechciewa. To jest bardzo ciężka harówa, bo wyjście na kort to tak naprawdę tylko czubeczek tego, co trzeba poświęcić i przejść poza kortem. A już nie mówiąc o zastrzykach, kontuzjach, lekarzach i całej reszcie. Trzeba po prostu wszystko podporządkować tenisowi, więc za tym absolutnie nie tęsknię i tęsknić nie będę. Są więc takie myśli, by jednorazowo wyjść i zagrać, ale to by było na tyle.

Mówi pani, że tenis raz w tygodniu jest ok, a występ w ruszającej w przyszłym roku superlidze też? Prezes PZT Mirosław Skrzypczyński przy przedstawianiu projektu nie wykluczał pani udziału...

A.R.: Słyszałam o tym nieco, ale do końca nic mi nie wiadomo. Trenuję absolutnie dla siebie. Taki występ byłby tylko formą wspomagania fajnej inicjatywy. Można powiedzieć, że jakiś temat jest, ale bez szczegółów jak na razie.

Jako mama, patrząc na Kim Clijsters, która urodziła troje dzieci i wróciła po raz kolejny do zawodowego tenisa, myśli pani: "wariatka"?

A.R.: W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Bo wiem, że po porodzie jest ciężko i ciało się zmienia. Tak naprawdę ja dopiero po roku czuję, że fizycznie wróciłam. Tu nie chodzi o wagę, bo akurat z tym zupełnie nie mam problemu, ale stawy, mięśnie, kości - to jest zupełnie co innego. Jak wychodzę teraz na kort i gram na punkty, to mam namiastkę treningu. Oczywiście, raz w tygodniu czy dwa, ale wiem, że w realiach zawodowego grania bym się rozpadła. Ciało, które już było tak bardzo wyeksploatowane sportem, jeszcze zostało wyeksploatowane ciążą - to dla mnie jest podwójny cios. Po trójce dzieci - szacun, że w ogóle się do tego bierze i próbuje.

A myśli pani, że 38-letnia Belgijka ma szansę w ogóle nawiązać do swoich dawnych wyników?

A.R.: Nie wróżę jej jakoś sukcesów, bo patrzmy na to realistycznie. Mamy 18-, 19-latki, które są sprawne, zahartowane, fizycznie megamocne. Kim nie tylko ma trójkę dzieci, ale też swoje lata. Tego nie da się oszukać. To już jest zupełnie inna sprawa niż gdy ma się 25 lat, to jest nie do porównania. Wytrzymywać taką intensywność z młodymi zawodniczkami... Bo nie chodzi tu o to, by zagrać jedno spotkanie, tylko żeby być w półfinale turnieju, o tych trzech, czterech meczach z rzędu. Ja tego absolutnie nie widzę jak na razie. Poza tym ona do końca jeszcze nie wróciła, a już borykała się z problemami zdrowotnymi. Bo to jednak są ogromne przeciążenia w tym wieku. Szacun jednak, że próbuje i chce. Nie wiem, czym jest to spowodowane, bo na pewno się nie nudzi w domu i ma co robić. Może dla sprawdzenia samej siebie? Tak tęskni?

Inną słynną mamą w tenisowym świecie jest Serena Williams. Po przerwie macierzyńskiej była jeszcze cztery razy w finale wielkoszlemowym, ale upragnionego 24. tytułu nie jest w stanie wywalczyć, a ma już 40 lat...

A.R.: Jeszcze dwa, trzy lata temu grała. Widać, że mimo jak ktoś nawet po porodzie gra dalej, to wieku też się nie oszuka. PESEL ma się jeden. Serena obecnie bardzo mało już występuje. Według mnie jak już tylko czuje, że nie jest w stanie wygrać turnieju, to rezygnuje z występu. Ona na pewno jest jedną z tych zawodniczek, która będzie miała problem z zakończeniem kariery. Będzie trzymać tę kwestię na włosku, ale jednak to już nie będzie ta forma i ta Serena. Dziwię się, że nie grała niedawno w US Open, żeby zawalczyć o ten ostatni tytuł wielkoszlemowy. Z roku na rok szansa na niego maleje. Dobrze też się czuje w Australii, więc może Melbourne jest jej taką ostatnią szansą? Bo dalej już tego nie widzę. Może mieć problem, by wygrać z takimi właśnie 18-latkami, które teraz się pojawiają w finałach. Tym bardziej, że widać, iż nakłada na siebie dużą presję i często się "spala" podczas takich meczów. To widać było już w kilku finałach. Sama walczyła wówczas z nerwami, mimo że jest niezwykle doświadczoną zawodniczką. Jeszcze rok temu bym powiedziała, że może wygrać kolejny turniej wielkoszlemowy, ale teraz już bym chyba tego nie powtórzyła.

Mówiła pani niedawno w jednym z wywiadów, że obecnie w kobiecym tenisie brak dominującej w czołówce zawodniczki. Może to kwestia zmiany pokoleniowej?

A.R.: Dokładnie tak. To jest ten moment, że stara gwardia odchodzi. Z grona zawodniczek, z którymi grałam, zostały pojedyncze dziewczyny. Jest mnóstwo tych młodych i pojawia się pytanie, która z nich po dojściu na szczyt utrzyma się tam dłużej. Bo jest mnóstwo tenisistek, które grają dobrze turniej czy dwa lub nawet sezon, a potem znikają. To jest łatwiejsze, a dużo ciężej jest utrzymać się na topie i wytrzymać taką podwójną presję. Bo wówczas chodzi nie tylko o wygrywanie, ale i bronienie punktów oraz przystępowanie do meczów jako faworytka. Tym bardziej, że przeciwniczki się uczą jak grać z daną zawodniczką i z roku na rok jest trudniej.

Jakie ma pani pomysły na przyszłość? Obserwuje pani cały czas świat tenisa, więc może komentowanie meczów lub rola trenerki bądź doradczyni?

Może kiedyś? Nie mówię "nie", ale chciałabym jednak więcej czasu spędzać w domu niż tyle podróżować. Skupiam się teraz na życiu prywatnym - na wychowywaniu synka i budowie domu. Taki jest plan na przyszły rok, a co będzie potem, to zobaczymy.

 

Źródło: PAP, niezalezna.pl

#Agnieszka Radwańska #tenis

jm
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo