Jak nie kijem go, to pałką

  

Wstrząsnęła mną wiadomość podana przez główne media. Oto profesor Janusz Czapiński poinformował Platformę Obywatelską, że za dwa lata PiS nie tylko wygra wybory, ale może wręcz uzyskać konstytucyjną większość. Badania wiarygodne, przeprowadzone na bardzo reprezentatywnej próbce w ramach projektu „Diagnoza społeczna".

Badanie przeprowadzone w ramach projektu „Diagnoza społeczna" nie jest sondażem opinii publicznej. Naukowcy zasadniczo badają w nim warunki i jakość życia Polaków. Jednak kwestionariusze są tak szczegółowe, że daje się z nich wyciągać wnioski dotyczące preferencji i przyszłych zachowań politycznych. „Diagnoza społeczna" realizowana jest od roku 2000. Pokazuje więc przemiany, jakie zachodzą w polskim społeczeństwie w ciągu wielu lat. Jedną z nich jest narastające znużenie społeczeństwa polityką. Znużenie tak wielkie, że frekwencja wyborcza w 2015 r. może spaść poniżej 40 proc. Jak pokazały ostatnie wybory uzupełniające w Rybniku, wygrane w cuglach przez Bolesława Piechę (w okręgu, który uchodził za matecznik Platformy), elektorat PiS-u ma znacznie większe zdolności mobilizacyjne niż elektorat PO. Politycy Platformy zaczęli zaraz po przegranej na wyprzódki bagatelizować znaczenie rybnickiej porażki. Zwracali uwagę właśnie na niską frekwencję.
 
Akolitom PO wolno więcej
 
Jednak to nie wyniki badań wstrząsnęły mną najbardziej. Szok wywołało zachowanie profesora Janusza Czapińskiego. Oto uchodzący za niezależnego badacza naukowiec, posiłkując się badaniami wykonanymi za pieniądze publiczne, dokonuje analizy, której rezultat jest niekorzystny dla ugrupowania rządzącego. Napawa go to takim przerażeniem, że pędzi do PO z hiobową wieścią i podnosi alarm. Analiza jest omawiana przez większość mediów, ale jakoś nikt nie zwraca uwagi na, delikatnie rzecz ujmując, niestosowność zachowania Czapińskiego. Nikt nie podnosi larum o apolityczność nauki. Nikt nie domaga się, by sprawdzić, czy profesor swoje analizy przedstawione jednej z partii politycznych wykonywał w godzinach pracy czy w czasie wolnym od obowiązków.
 
Dlaczego? Bo Platformie i jej akolitom wolno więcej. Nieomal wszystko.
 
Jakiż to kontrast z histerią, jaką rozpętał „Newsweek", donosząc, że adwokaci pracujący dla rodzin smoleńskich byli rzekomo opłacani z pieniędzy Kancelarii Sejmu. Dementi w tej sprawie i opublikowane przez Kancelarię dokumenty z audytu, które przeczyły doniesieniom „Newsweeka", zamiast bicia się w piersi spowodowały sięgnięcie po metodę „jak nie kijem go, to pałką". Jak się okazało, że w tej sprawie żadnych nieprawidłowości nie było, tygodnik Tomasza Lisa (zamiast posypać głowę popiołem) jął się zajmować tym, czy Jarosław Kaczyński nie powinien aby zgłosić pieniędzy przeznaczonych na adwokatów do rejestru korzyści. Dokumenty Kancelarii Sejmu przedstawione w tej sprawie redaktor „Newsweeka" określił jako dowody, ale w cudzysłowie.
 
Mniej tygodnik Lisa zajmują rejestry korzyści ministrów Platformy i ich związki z biznesem. Słynne zegarkowe wymiany ministra Nowaka z biznesmenami, przyjmowanie zaproszeń do ekskluzywnych klubów i mijanie się z prawdą w tych sprawach platformianego ministra kwitowane są zdawkowymi informacjami lub wręcz pomijane milczeniem. Salon nie trzęsie się z oburzenia, kiedy minister przechodzi do porządku dziennego nad pytaniem o drogie zegarki, kwitując: – To śmieszne, że muszę się z tego tłumaczyć.
Ogromny parasol medialny
 
Próżno szukać na łamach i ekranach mediów prorządowych dociekliwości w stosunku do władzy, towarzyszącej im w tropieniu opozycji. Jeśli już zdarzą się teksty szczypiące władzę, to zwykle są realizacją zalecenia partyjnego kacyka – „wicie, rozumicie, krytyka być musi, ale konstruktywna, bo destruktywna to nie krytyka, tylko krytykanctwo". Zresztą nawet krytyka konstruktywna bywa niemile widziana. Dość powiedzieć, że Stefan Niesiołowski uszczypnięty na łamach zaprzyjaźnionego „Newsweeka" przez Marcina Mellera ogłosił, że rezygnuje z prenumeraty tygodnika Lisa.
 
Medialny parasol roztoczony nad obozem władzy jest ogromny. Dość powiedzieć, że kiedy jeden z posłów, prowadząc obrady sejmowej komisji, w wulgarny sposób przywołał do porządku kolegę słowami: „Ten Borowiak, ku...s, podniesie łapę czy mam mu przyp...lić", prorządowe media nie podały ani nazwiska posła, ani ugrupowania, jakie reprezentuje. Mimo że widać było na nagraniu obrad tego, kto słowa te wypowiedział. Problem polegał na tym, że szefem sejmowej komisji infrastruktury jest poseł Platformy Zbigniew Rynasiewicz. Nazwisko posła podały dopiero tabloidy. A i tak sprawa w mediach zaraz umarła. Gdyby coś takiego zdarzyło się posłowi PiS-u, media żyłyby tym miesiącami. Przypomnijmy, ile razy wypomniano Lechowi Kaczyńskiemu „spieprzaj, dziadu", rzucone pod adresem nie posła, lecz nękającego go żula. Gdyby coś takiego zdarzyło się premierowi Donaldowi Tuskowi, byłby zapewne pod niebiosa wychwalany za pokazanie stanowczości, żul zostałby zaś prześwietlony na wylot.
 
Jeden obraz wart jest tysiąca słów              
 
Jak widać, dociekliwość dziennikarzy prorządowych zwykle kończy się tam, gdzie zaczynają się interesy obozu władzy. I ta taryfa ulgowa nie dotyczy tylko PO, ale również jej koalicjanta, jakim jest PSL. Dobitnie pokazuje to sprawa marszałka województwa podkarpackiego Mirosława Karapyty. Zatrzymanie go przez CBA i postawienie mu bardzo ciężkich zarzutów tak korupcyjnych, jak i o charakterze obyczajowym nie uruchomiło dociekliwości reporterów głównych mediów. Nie usłyszeliśmy wstrząsających historii kobiet wykorzystywanych seksualnie przez jurnego przedstawiciela koalicji rządzącej. Za znacznie mniejsze przewinienia PiS za rządów Jarosława Kaczyńskiego było przez te same media rozbijane na atomy. Wiceminister spraw wewnętrznych Marek Surmacz, który wysłał policjantów, by kupili hamburgera, jego resortowy kolega Piotr Piętak, który nabił rachunek na służbowej komórce za roaming transmisji danych, posłowie rozbijający się wózkiem elektrycznym po cypryjskiej plaży. Wszystkie te sprawy żyły w przekazie medialnym niemal bez końca. Inna sprawa, że kiedy Piętak uznał za stosowne po latach skrytykować Jarosława Kaczyńskiego, na kilka dni stał się dla głównych mediów bohaterem. Bowiem nawrócenie się na ideologię obozu władzy i przyjęcie roli krytyka opozycji jest najskuteczniejszą metodą uzyskania poklasku mainstreamu. Dziś mecenas Giertych, nawet jeśli grozi wydarciem tygodnikowi „Wprost" 30 mln zł za pisanie o ministrze Nowaku, pozostaje szanowanym członkiem palestry. Nikt już nie zestawia jego zdjęcia z fotografią Borisa Karloffa grającego Frankensteina. Od kiedy „Romek pozwy pisze" dla Radosława Sikorskiego, Sławomira Nowaka i syna premiera, Michała Tuska, ucichły wezwania „Giertych do wora, wór do jeziora". Czas, by Giertych wziął sobie na partnera do kancelarii innego nowo nawróconego prawnika – Rafała Rogalskiego. Po tym jak odbył on tournée po głównych mediach, by napluć na Antoniego Macierewicza, nastąpiła wizerunkowa metamorfoza mecenasa. Zniknęły z obiegu zdjęcia, na których patrzył spode łba, wzrokiem zdeptanego karalucha. Teraz głęboko osadzone oczy mecenasa wyrażają dociekliwość i zatroskanie. Cóż. Jeden obraz wart jest tysiąca słów.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts