W Bejrucie znów padły strzały 

W czwartek 14 października w Bejrucie zawiązała się demonstracja libańskich szyitów, którzy poszli przed Ministerstwo Sprawiedliwości. Zwolennicy Hezbollahu i Amalu (Libańskie Oddziały Oporu) w trakcie przemarszu przez libańską stolicę domagali się dymisji Tareka Bitara – sędziego, który prowadzi śledztwo w sprawie eksplozji w bejruckim porcie. W tej największej nieatomowej eksplozji zginęło ponad 200 osób, a miasto zostało w znacznej mierze zniszczone. Na przejściu Tayouneh demonstracja została ostrzelana przez snajperów i doszło do kilkugodzinnych starć pomiędzy Hezbollahem i Amalem a niezidentyfikowanymi sprawcami. Zginęło siedmiu szyitów, kilkunastu zostało rannych. 

Tayouneh jest w ciekawym miejscu na mapie libańskiej stolicy. Po jednej stronie znajduje się osławiona Chiyah – dzielnica szyicka, matecznik Hezbollahu, obszar stale monitorowany przez CIA, Mosad i saudyjski mukhabarat. Po drugiej stronie ulicy znajduje się sunnicka dzielnica Barbir. Przy Tayouneh zaczyna również prześwitywać chrześcijański wschodni Bejrut. To z tej strony padły strzały, które doprowadziły do śmierci siedmiu osób i dały początek kilkugodzinnym walkom, które przypominały czasy wojny domowej z lat 1975–1990. 

Kim są sprawcy?

Co ciekawe, świadkowie zdarzenia twierdzą, że nie ucichła jeszcze pierwsza seria strzałów, a już z Chiyachu wyskoczyli zwolennicy Hezbollahu i Amalu z karabinami, pasami z amunicją i maskami (Hezbollah bardzo restrykcyjnie podchodzi do zasad pandemicznych) i zaczęli ostrzeliwać przeciwnika ulokowanego gdzieś po chrześcijańskiej stronie miasta. Pomimo obecności armii libańskiej starcia trwały do godz. 15, po czym błyskawicznie się zakończyły, a szyiccy bojownicy wrócili w zaułki Chiyachu, w które nikt obcy (w tym też libańska władza) nie ośmiela się zapuszczać.

W całym tym zamieszaniu nie ma odpowiedzi na kluczowe pytanie – kto strzelał do szyitów? Odpowiedzi jednoznacznej i kategorycznej nie udziela potencjalnie główny zainteresowany, czyli Hezbollah. Zgodnie z komunikatem wystosowanym przez tę organizację część odpowiedzialności ponosi ich główny adwersarz na libańskiej scenie politycznej, czyli Siły Libańskie – formacja chrześcijańska mająca swój początek w czasach wojny domowej. Przywódca Sił Libańskich Samir Dżadża stwierdził, że jego organizacja nie brała udziału w tym zajściu i nie ponosi żadnej odpowiedzialności za tragedię, a jednocześnie zarzucił Hezbollahowi, że chce wykorzystać zajście, by odwrócić uwagę od śledztwa w sprawie katastrofy w porcie. Zwolennicy Dżadży publikują w mediach społecznościowych doniesienia o tym, że demonstracja miała przejść przez mieszaną maronicko-szyicką (maronici – libańscy katolicy) dzielnicę Ain Al Roumaneh, w której od miesięcy dochodzi do przepychanek pomiędzy zwolennikami Sił Libańskich a ugrupowaniami szyickimi. 

Wojny nie trzeba, wystarczy zamęt

To, kto właściwie strzelał do maszerujących ludzi, wydaje się nieistotne również dla Hezbollahu. Na Bliskim Wschodzie przelana krew drogo kosztuje, tymczasem Hezbollah zachowawczo stwierdził, że nie da się wciągnąć w wojnę domową. Był to komunikat zarówno na potrzeby libańskiej, jak i regionalnej opinii publicznej. Hezbollah jest machiną wojenną mającą na swoim koncie wiele zwycięstw z Izraelem i syryjską Al-Kaidą oraz ISIS. Jednak nigdy nie demonstrował na potrzeby libańskiej polityki swoich potężnych możliwości wojskowych, a osławiony Al-Radwan (elitarna formacja bojowa Hezbollahu) jest poza życiem politycznym Bejrutu.

Nie ma wątpliwości, że gdyby wybuchła kolejna wojna domowa, Hezbollah by ją wygrał. Tylko że zarazem przegrałby wszystko. Historycznie szyici nigdy nie walczyli z chrześcijanami, a przy potencjalnej wojnie domowej doszłoby do rozbicia obozu chrześcijańskiego na dwa bloki – jeden to Siły Libańskie, które orientują się na Arabię Saudyjską i USA, a drugi to zwolennicy prezydenta Micheala Aouna, którzy są sojusznikami Hezbollahu, za którym z kolei stoi Iran. 

Gdyby doszło do otwartego konfliktu, Siły Libańskie byłyby w sojuszu z sunnitami. I choć sojusz ten byłby za słaby na Hezbollah, to ten i tak obawia się, że jeśli wybuchnie wojna domowa, to Izrael na niego uderzy i pomści klęski z 2000 i 2006 r. Jak dotąd bowiem to arsenał rakietowy Hezbollahu chroni irański program atomowy, przez co Izrael nie może realnie zagrozić Teheranowi. Tel-Awiw mający Hezbollah w Libanie oraz Hamas w Strefie Gazy nie może uderzyć w irański program atomowy, albowiem te dwie przybudówki reżimu ajatollahów są w stanie uderzyć rakietowo (a Hezbollah dodatkowo siłą żywą) na Izrael, przez co wojna z Iranem byłaby zbyt krwawa i kosztowna dla Izraelczyków. Stąd dezintegracja politycznych, ponadwyznaniowych wpływów Hezbollahu w Libanie oraz wewnętrzne osłabienie militarnych możliwości szyitów jest nieukrywanym celem zarówno w Tel-Awiwie, Abu Dhabi, jak i w Rijadzie. Tymczasem mimo zupełnie oczywistych oskarżeń ze strony szyitów, że za ostrzelaniem demonstracji stoją Izrael, Arabia Saudyjska czy też Emiraty Arabskie, żadnych regionalnych działań z ich strony nie będzie. 

Niewygodne pytania sędziego Bitara

Kilka dni po czwartkowej tragedii w mediach bliskowschodnich coraz liczniej pojawiają się sugestie, jakoby za atakiem snajperskim stali sami szyici, którym zależy, aby zablokować śledztwo w sprawie eksplozji w porcie, jak również wywołać zamieszanie, na którym skorzysta Hezbollah. Jako jedna z najlepszych armii w regionie gra ofiarę i „łaskawie” będzie powstrzymywać się od otwartej konfrontacji, aby zachować zakulisowe wpływy w libańskiej polityce. Zarówno libańska opinia publiczna, jak i elity polityczne zdają sobie sprawę z tego, że wyjaśnienie i osądzenie odpowiedzialnych za katastrofę w porcie będzie momentem przełomowym, od którego może się zacząć „sanacja” upadłego kraju. Nowy libański premier Nadżib Miktatti pragmatycznie stawia na gospodarkę. Jego projekty mają zwalczyć inflację, wzmocnić walutę i pobudzić gospodarkę. To wszystko zapewne nie uda się bez zewnętrznych inwestycji. Ale w kraju cedru nie pojawi się żaden kapitał – czy to z Zatoki Perskiej, czy z Zachodu – ponieważ faktycznie jest on kontrolowany przez Hezbollah.

Dlatego też w pracy sędziego Tareka Bitara pokładane są wielkie nadzieje. Już wydał on nakaz aresztowania i list gończy za byłym ministrem finansów z szyickiego Amalu Ali Hassanem Khalilem i publicznie pyta libańskich decydentów, kto i dlaczego składował saletrę amonową w porcie. Wynik śledztwa poruszy cały libański establishment, a najbardziej Hezbollah, który faktycznie kontroluje bejrucki port lotniczy oraz morski. Lider Hezbollahu Sajed Hasan Nasr Allah w ostatnim przemówieniu zarzucił Bitarowi brak rzetelności w swoim dochodzeniu. Nasr Allah twierdził, że sędzia szuka winnych tylko w obozie szyitów, a powinien gdzie indziej. Doprowadza to do kolejnych napięć w kraju, w którym praktycznie wszelka działalność gospodarcza zamarła, odrobinę benzyny zdobywa się w wielogodzinnych kolejkach, a prąd jest przez dwie–trzy godziny na dobę.

 

Źródło:

Paweł Rakowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo