"Solidarność" protestuje w sprawie Turowa. Miśkiewicz: Jest jakiś plan przyłożenia Polsce! To niepoważne

- Tak naprawdę w sporze z Czechami i Unią Europejską nie chodzi w ogóle o to, że elektrownia "Turów" zanieczyszcza okolicę, ale o to, że jest plan przyłożenia Polsce. Ta sprawa została bardzo mocno nadmuchana - mówi nam Przemysław Miśkiewicz, działacz podziemia lat 80. i dodaje, że czas wielkich demonstracji "S" wrócił w Polsce po tragedii smoleńskiej. - Pamiętam tę w pierwszą rocznicę smoleńską - tłumaczy. - Pojechałem do Warszawy. To był naprawdę ogromny marsz. Powiew wolności, w tej zgnuśniałej atmosferze rządzonej przez Platformę - Polski. Protest przeciwko - nienawiści i obrzucaniu błotem ludzi, którzy zginęli w Smoleńsku...

Przemysław Miśkiewicz
mat. archiwalne i prasowe

22 października br. związkowcy planują protest pod siedzibą TSUE w Luksemburgu przeciwko żądaniu zamknięcia kopalni i elektrowni "Turów". Będzie skuteczny?

-"Solidarność" zawsze brała odpowiedzialność za losy kraju i broniła pracowników zakładów pracy. Jeżeli prowadzone negocjacje rządowe nie pomagają, "Solidarność" protestuje, żeby pokazać swoje zdanie. Jesteśmy straszeni przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej karami, dobrze byłoby, żeby Europa poznała nasze stanowisko. Działalność kopalni i elektrowni "Turów" to kwestia iluś tysięcy miejsc pracy. Nie można tych zakładów ot tak zamknąć. Niby mówi się o tym od dłuższego czasu, ale co z tego, przecież pracowników się nie przekwalifikuje w ciągu pół roku. Taki proces powinien trwać 5 - 7 lat. "Solidarność" jedzie protestować i bardzo dobrze. Trzeba się pokazać. 

Wierzy pan w powodzenie tej akcji?

- Tak naprawdę nie chodzi w ogóle o to, że elektrownia "Turów" zanieczyszcza okolicę, ale o to, że jest jakiś plan przyłożenia Polsce z różnych stron. Ta sprawa została specjalnie bardzo mocno nadmuchana. Jeśli chodzi o emisję dwutlenku węgla jest ona w tej chwili w Europie 30-krotnie niższa niż np. w Chinach. Więc o czym my mówimy? To niepoważne. Cała ta historia z "Turowem" nie ma nic wspólnego z rzeczywistością! Chodzi o politykę, nie o środowisko. A wracając do protestu, jedna akcja związkowców w Luksemburgu pewnie, by skutków nie odniosła, ale protesty, plus dobrze przygotowane negocjacje rządowe, zakończone właśnie wybory w Czechach (i prawdopodobnie w szybkim tempie utworzenie nowego rządu, dlatego że Czechy wkrótce będą mieć przewodnictwo w Unii Europejskiej), mogą razem złożyć się na sukces.

We wrześniu obchodziliśmy 41. rocznicę Porozumień Jastrzębskich. Strajk w jastrzębskiej kopalni rozpoczął się 28 sierpnia i miał charakter solidarnościowy z protestującymi pracownikami w Gdańsku i Szczecinie. Górnicy z Jastrzębia-Zdroju nie tylko poparli 21 postulatów z Gdańska, ale wysunęli też własne. Cofnijmy się do lat 80. Jak wtedy protestowano?

- W 80. roku miałem 18 lat i przez przypadek znalazłem się pod stocznią w Gdańsku, spędzałam tam wakacje. To odmieniło moje życie. Wróciłem na Śląsk. Właśnie zacząłem studia i zapisałem się do Niezależnego Zrzeszenia Studentów (NZS). To było zachłyśnięcie się wolnością. 16 miesięcy. W okresie legalnej "Solidarności" mieliśmy kilku więźniów politycznych, jednakże po 13 grudnia 81 roku było ich już kilkanaście tysięcy. Podczas kilkunastu miesięcy wolności uczestniczyliśmy w strajkach studenckich, dużo czytaliśmy, rozmawialiśmy, byliśmy zainfekowani wolnością. Gdy komuniści wprowadzili stan wojenny zaczęliśmy konspirować. W tamtym czasie nie była to jednak konspiracja zbrojna. Naszym orężem było wolne słowo, gazety i książki. Chodziliśmy na demonstracje. Kiedy były te największe 31 sierpnia 1982 roku leżałem w szpitalu w Warszawie na Woli. Z gruźlicą. Pamiętam taki moment, gdy przyszedł lekarz i powiedział: -"Proszę zamknąć okna, bo od śródmieścia idzie fala gazów łzawiących". Wtedy już było jasne, że musiało być bardzo ostro. Od 83. jestem na wielu demonstracjach. Nie organizuję ich, jestem uczestnikiem. Jako stosunkowo młodzi ludzie pomagaliśmy w akcjach ulotkowych i informacyjnych, staraliśmy się jakoś poinformować ludzi o tym, że protest ma się odbyć. W 1984 roku siedziałem przez krótki czas w więzieniu, (w areszcie), wyszedłem po amnestii. Wtedy poczułem, że chyba już całe życie będę działał w podziemiu, na upadek komuny nikt nie liczył. Pamiętam demonstracje pod „Wujkiem” w grudniu 1985 roku. Na mszy było niewiele ponad 200 osób, a po wyjściu okazało się, że duża grupa to SB-cy. Zaczęli nam robić zdjęcia, od fleszy jest jasno jak w dzień. Wszyscy pozakładali kominiarki, ja nie. Nawet żona mówi do mnie, czemu przynajmniej nie osłaniam się szalikiem. A ja uważam, że to nie ma sensu bo i tak mnie znają.

Pamiętam to straszne poczucie bezsilności. Wtedy myślę, że już nas zmiażdżyli, że ta komuna będzie trwać wiecznie. I pamiętam kolejną demonstrację - fantastyczną. Gdańsk 1987 rok, w czasie wizyty papieskiej. 40 - 50 tys. ludzi. Wielki pochód. Milicja posiekała demonstrację wjeżdżając w nią transporterami, na koniec zostało jakieś dwa tysiące ludzi. Było ostre pałowanie głównie członków ruchu "Wolność i pokój". To byli pacyfiści. Światowe media tego nie pokazują, jest odwilż. Jaruzelskiego przyjmują z wizytą w Paryżu. Tak właśnie wygląda polityka.

A później?

- Pamiętam też demonstracje w 1988 roku po strajkach w Jastrzębiu-Zdroju. Wielu mieszkańców się przyłączyło, w sumie szło z 500 osób. Niektórzy koledzy pamiętają, że z okien nam bili brawo. Ja pamiętam wręcz przeciwnie, że te okna się zamykały, że to raczej była taka sytuacja jak z wejścia "Kadrówki" do Kielc w 1914 roku. Może przez to, że widziałem ten ogromny entuzjazm w Gdańsku i porównywałem go z Jastrzębiem. Dla mnie to był przemarsz przegranych. Chociaż z tego strajku wynikło ogromne zwycięstwo! Potem były demonstracje, demonstracje, demonstracje. Przychodzi III Rzeczpospolita, ja i wiele innych osób wycofa się z polityki. Uznajemy, że są mądrzejsi, że będą mądrzej za nas rządzić, a potem prezydentem RP zostaje wybrany Aleksander Kwaśniewski. A więc ci mądrzejsi, wcale nie są tacy mądrzy. Pamiętam demonstracje na 15-lecie tragedii "Wujka" robione przez "Solidarność", gdzie były petardy, palenie opon pod sądem, który przez 5 lat prowadzi sprawę zabójców górników i nie może jej doprowadzić do końca. Zakończy ją kilka lat później... Nie spodziewaliśmy się, że to wszystko tak długo będzie trwało. My, dawni ludzie z NZS organizujemy Ligę Republikańską, ja zostaję szefem w Katowicach. Polska jest w apatii, to nie jest czas demonstracji, raczej niewielkich pikiet, m.in pod oknami szefa plutonu specjalnego kopalni "Wujek". To jest wydarzenie w Katowicach, wszystkie media o tym napiszą, chociaż protestuje tylko 50 osób! 

Kilkanaście lat później ma miejsce tragedia smoleńska.

- Czas wielkich demonstracji wraca. Pamiętam tę pierwszą w 2011 roku, pojechałem do Warszawy to był naprawdę ogromny marsz. Ulicami idzie kilka tysięcy osób, a w czasie następnych rocznic jest jeszcze więcej ludzi. Te manifestacje w tym zgnuśniałym kraju rządzonym przez Platformę, w atmosferze nienawiści i obrzucania błotem ludzi, którzy zginęli w Smoleńsku to powiew wolności. Poczułem się wtedy zupełnie inaczej. W 2014 roku uczestniczyłem w akcjach w obronie wolności na Majdanie, na Ukrainie. Tam była m.in. demonstracja dawnych żołnierzy radzieckich - Ukraińców, którzy w latach 80. walczyli w Afganistanie w imię komunizmu, w tej nie swojej wojnie, a później byli na Majdanie. Wiedzieli, że tak trzeba. Uczcili pamięć kolegów, którzy zginęli. Gdy szliśmy, po bokach stał uzbrojony "berkut", opancerzone transportery. Ja w wieku 52 lat poczułem taką adrenalinę, że kolega musiał mnie dosłownie hamować. Wyskakiwałem przed "berkut" i wrzeszczałem. Czułem się jak w Polsce, w stanie wojennym mając 20 lat...

 

Źródło: niezalezna.pl

#Przemysław Miśkiewicz

Agnieszka Kołodziejczyk
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo