I za to Rafał będzie się chciał odegrać

Nie trzeba było być prorokiem, by tuż po zakończeniu ogłoszonego wielkim sukcesem zgromadzenia w obronie polskiego członkostwa w Unii Europejskiej przewidzieć, że władze Warszawy będą chciały zabronić organizacji Marszu Niepodległości. 

To samo działo się w zeszłym roku. O wiele liczniejsze od niedzielnej imprezy zgromadzenia przeciwników zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej były świętem demokracji i społeczeństwa obywatelskiego, które Covid omijał szerokim łukiem. Do autobusów, tramwajów czy metra tego dnia nawet by się przecież nie wcisnął, taki panował w nich tłok. Wystarczyło jednak kilka tygodni, by spróbować zablokować znienawidzony przez Trzaskowskiego marsz środowisk patriotycznych. Nieskutecznie, ponieważ impreza się odbyła. Skutecznie, ponieważ finalnie wyglądała w dużym stopniu tak, jak przed 2015 rokiem: doszło do sporej zadymy, zmotoryzowanym uczestnikom uniemożliwiono udział w zaplanowanym rajdzie, a policja strzelała do ludzi, trafiając w fotoreportera „Tygodnika Solidarność”. Do dziś nie za bardzo wiadomo, kto odpowiadał za tak fatalny stan rzeczy. Faktem jest jednak, że przez kilka lat jakoś się udawało 11 listopada obejść godnie i nagle przestało się udawać. Oby jednorazowo.

Tyle, że szanse na to znów są słabe. Rafał Trzaskowski nie tylko chce nie dopuścić do marszu, lecz również doprowadzić do delegalizacji organizującego go stowarzyszenia. Fakt, że Robertowi Bąkiewiczowi udało się w dużym stopniu pomieszać szyki Donaldowi Tuskowi i jego mówcom, zapewne wzmaga jeszcze jego determinację. Prezydent jest w tym na swój sposób zabawny, gdy przypomnieć sobie, że jeszcze w lipcu zeszłego roku był w stanie wyobrazić sobie siebie na Marszu Niepodległości. Cóż, wtedy bał się o głosy wyborców Krzysztofa Bosaka. Dziś ich sympatii do niczego już nie potrzebuje i co więcej, elektorat Konfederacji nie jest jednolity i pewnie choć narodowcy słusznie będą wytykać mu hipokryzję, cześć najbardziej zagorzałych „libków” tylko przyklaśnie. 

Jest też pewne, że takie działania miasta tylko zmobilizują jeszcze większą grupę ludzi do uczestnictwa, choćby po to, by zagrać Trzaskowskiemu na nosie i pobić rzekomy rekord frekwencyjny z niedzielnego „marszu podległości”. Rekord ten zresztą podważył nawet Onet, którego dziennikarz rozmawiając z Trzaskowskim, stwierdził, że redakcja doliczyła się nie 80, a 25 tysięcy ludzi. Ten cios musiał być dla włodarza stolicy równie bolesny, co kpiny z jego wzrostu. I za niego też pewnie będzie chciał się odegrać 11 listopada.

 

Źródło:

Krzysztof Karnkowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo