Matka Boska Zwycięska

400 lat mija właśnie od zwycięstwa polskiego pod Chocimiem, a 450 od wielkiej bitwy, w której chrześcijańska flota pokonała imperium osmańskie pod Lepanto. I jedno i drugie starcie toczone było pod sztandarami wiary i zaufania w moc modlitwy, w opiekę Boga.

Po tym jak w 1571 roku galery weneckie, genueńskie, sabaudzkie i hiszpańskie rozbiły armadę Alego Paszy, papież Pius V ustanowił 7 października świętem Matki Boskiej Zwycięskiej, które następnie zostało zamienione (w 1573 roku przez Grzegorza XIII) na święto Matki Bożej Różańcowej. Nie bez przyczyny. Oto na pokładach statków, które płynęły w stronę Grecji, marynarze i żołnierze masowo modlili się różańcem. Na łopoczących sztandarach widnieli Chrystus i Madonna oraz napis – „In hoc signo vinces”, „Pod tym znakiem zwyciężaj”. Święta Liga starła w proch i pył osmańską potęgę morską.
Słowa na sztandarach pod Lepanto to był cytat ze słynnego „snu Konstantyna”. Przed bitwą o most Mulwijski w 312 roku, cesarz zobaczył we śnie znak krzyża i tak się ową wizją zachwycił, że kazał chrystusowe znaki na rzymskim labarum wywiesić i pod krzyżem iść do ataku. Potem nawrócił się i stworzył „Nowy Rzym”, przenosząc stolicę cesarstwa do Konstantynopola.

Miasto u krańca Europy, na styku z Azją, jeno Bosforem odeń oddzielone, tylekroć było atakowane przez najeźdźców ze wschodu… Będąc przyczółkiem cywilizacji chrześcijańskiej nieraz musiało bronić jej przed islamem. Oto w latach 717-718 przetrwało oblężenie kalifatu Umajjadów, a bitwa toczyła się równo od 15 sierpnia 717 roku do 15 sierpnia roku następnego. Potem świętowano owo zwycięstwo uroczyście wraz ze świętem „zaśnięcia” Maryi Panny… Od razu znów myśl przelatuje całe wieki i ląduje w roku 1920 pod Warszawą, gdzie wzdłuż linii Wisły stawialiśmy opór bolszewikom, walcząc dzielnie i mądrze, ale też modląc się w tym samym czasie i powierzając w opiekę Maryi. Nasz 15 sierpnia – jak ten w Konstantynopolu tyle wieków wcześniej – jest zarówno świętem upamiętniającym tryumf wojskowy, jak i dniem modlitwy do Matki Bożej.

I znów przenieśmy się kilka wieków wcześniej, na jeszcze bardziej ku wschodowi wysuniętą placówkę. Tam widzimy naszego hetmana, Jana Karola Chodkiewicza, który w twierdzy chocimskiej, między usypanymi przez żołnierzy wałami, prowadzi obronę, w której polskie wojsko, wspierane siłami kozackimi bije się z nawałą osmańską. Chodkiewicz dowodzi póki ma siły, ale w końcu choroba go pokonuje. Jednak i tam duch, modlitwa, msza święta, stanowi część kształtowania morale wojska. „Jezus! Maria!” – brzmi nasz okrzyk bojowy. Sytuacja zdawała się być bardzo ciężką. Ponoć już tylko jedną beczkę prochu mieliśmy, gdy w końcu podpisano układy – takie to układy, które jeśli nas nie czyniły wyraźnym zwycięzcą, to przynajmniej ów, mówiąc językiem sportowym, remis, był dla nas na tyle korzystny, iż możemy mówić o strategicznej, politycznej wygranej pod Chocimiem.

Duch, modlitwa, odwaga, ale i roztropność – takie cechy leżały u podłoża naszych wielkich zwycięstw… I wiara w opiekę Matki Bożej. Ta sama, która cechowała żeglarzy i żołnierzy weneckich na setkach galer płynących w stronę Lepanto. Czy dzisiaj dawni bohaterowie są nam jeszcze potrzebni? Czy ta zamierzchła historia jeszcze uczy i ożywia? Czy Chocim do nas przemówi? „In hoc signo vinces” – ciągle może przecież łopotać na sztandarze uniesionym nad naszymi głowami.

 


Źródło:

Tomasz Łysiak
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo