Doktor Targalski

Zarażał swoją absolutną niezależnością myślenia tak wielką grupę ludzi, że jego wychowankowie są dzisiaj wszędzie. Przez dwadzieścia lat swojej pracy po powrocie do Polski z emigracji wykształcił tysiące ludzi, setki z nich w kluczowych dla państwa polskiego miejscach.

Pojawił się w wąskim korytarzu w żółtej, puchowej kurtce. Na ramieniu miał przewieszoną brązową teczkę. Szedł wolno, podpierając się laską. Zza kołnierza koszuli wystawał Mu lekko poplamiony krwią opatrunek. W ręku niósł klucz do jednej z sal wykładowych Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. Miały się tam właśnie zacząć zajęcia, których tytuł dla większości z nas był w jakiś nieokreślony sposób zagadkowy. „Przemiany polityczne w Europie Środkowej i Wschodniej w latach 1986–1992”.

Dlaczego akurat taki przedział czasu? Przecież każdy wie, że komuna upadła w roku 1989, Okrągły Stół, Mur Berliński, zastrzelony Ceausescu, potem zwinięcie ZSRS i sprawa jasna. Jaki 1986 rok? Jaki 1992? Mniej więcej takie pytania zadawaliśmy sobie, tłocząc się w ciasnym korytarzu dawno już zburzonego budynku przy ulicy Browarnej, tuż poniżej głównego kampusu UW. W tym korytarzu było nas prawie 50 osób. Połowa to Polacy, połowa to studenci z krajów takich jak Rosja, Węgry, Białoruś, Ukraina, Azerbejdżan, Serbia, Słowacja czy Czechy. Kiedy usiedliśmy w ławkach, wyciągnął ze swojej teczki listę naszych nazwisk. Poprawił okulary i powiedział mniej więcej coś takiego: „Spytam każdego z was o kraj pochodzenia, język ojczysty i informacje o tym, jakie języki obce znacie. Wy powiecie mi, jakiego języka obcego nauczycie się do końca tego roku… Przy czym od razu zaznaczam. Język angielski, francuski, niemiecki i rosyjski nie liczą się jako języki obce. Każdy z nich powinniście już dawno znać”. Po czym zaczął wyczytywać nazwiska studentów. Rosjan przepytywał po rosyjsku, Węgrów po węgiersku, Białorusinów po białorusku, a Ukraińców po ukraińsku. Naliczyłem tych języków trzynaście w czasie pierwszych zajęć, po których parowała mi głowa, choć jeszcze nawet nie zaczęliśmy niczego się uczyć. Z każdym następnym spotkaniem głowy parowały nam jeszcze bardziej. Do tego przedmiotu nie istniał bowiem żaden podręcznik. Przygotowywaliśmy te podręczniki sami. Pochodziłeś z Węgier? Proszę bardzo – na zajęcia o schyłkowych latach 80. musiałeś przetłumaczyć dla swoich kolegów określone teksty źródłowe z języka węgierskiego. Przyjechałeś na studia z Rumunii – twoim zadaniem było przetłumaczenie materiałów ze swojego kraju. W ten sposób uśmiechając się zza biurka, tworzył katalog wiedzy, nad którą głowiliśmy się przez cały rok akademicki.

Zanim jednak nauka zaczęła przypominać klasyczny sposób zdobywania wiedzy, przez dwa miesiące odpowiadaliśmy na podstawie tych tekstów źródłowych tylko na jedno czysto teoretyczne pytanie: czym jest system totalitarny? Jak można zdefiniować go na poziomie logicznym, w oderwaniu od poszczególnych państw, ustrojów czy konkretnych władców. Co powoduje, że jedno państwo można, a innego nie można uznać za totalitarne. Dopiero kiedy usłyszał od nas, że kluczowe dla totalitaryzmu są hierarchiczne, pionowe zależności pomiędzy elementami systemu, zadał pytanie, na które odpowiedź wśród wielu z nas wywołała szok. Czy idealny system totalitarny, w którym wszystkie relacje są hierarchiczne i pionowe, może upaść w wyniku interwencji z zewnątrz, względnie w wyniku oddziaływania relacji poziomych? To pytanie wywołało oczywiście ferment. Co On sugeruje? Że cały ten komunistyczny bałagan, który pamiętaliśmy ze swojego dzieciństwa, padł, bo ktoś wewnątrz jego struktur władzy zdecydował o jego rozmontowaniu? Likwidacji? Transformacji? Coś, co dzisiaj wydaje się wiedzą oczywistą, i być może coś, co było oczywiste dla wielu już na przełomie lat 80. i 90., dla nas – dzieci uniwersytetów i szkół średnich III RP, siedzących na Jego zajęciach – było szokiem. Szokiem, który pogłębiał się wraz z analizą kolejnych dokumentów i informacji z poszczególnych państw upadającego obozu. Wraz z kolejnymi lekturami tekstów pochodzących z odtajnianych archiwów służb poszczególnych państw upadającego bloku komunistycznego. Wraz z budowaniem równoległych tabel pokazujących chronologię zdarzeń, wraz z porównaniem tak bardzo podobnych, a jednak różniących się od siebie scenariuszy upadku komunistycznych państw, w których jedno po drugim władzę przejmowali... postkomuniści przybierający różne fantazyjne nazwy tylko po to, żeby pozostawić fundamentalne sprawy bez zmian. Ludzi KGB w służbach, w biznesie, w mediach, agentów i aparatczyków u władz. Nagle okazało się, że grupa 50 osób z różnych części byłego komunistycznego obozu, która spotkała się na Jego zajęciach po ponad 10 latach po upadku ZSRS, widzi bardzo podobne problemy na swoich podwórkach. Czy to na Łotwie, w Słowenii, w Bułgarii czy w Azerbejdżanie… A On się uśmiechał.

Na zimowym zaliczeniu oblewając mnie, chciał wiedzieć, czemu jeszcze nie nauczyłem się węgierskiego. Zaraz potem spytał, czy pomogę mu założyć portal internetowy, bo brakuje w polskim internecie miejsca, w którym można swobodnie pisać, jak jest, a on sam tego nie zrobi. Uśmiechał się, mówiąc, że nie ma pewności, czy wśród tych, do których mówi, dogorywające reżimy nie umieszczają swoich ludzi, ale przecież nawet jeśli tak jest, to warto również ich przekonywać. Kiedy dzisiaj rozmawiamy ze sobą, wspominając Go, myślimy o tym, jak wiele udało Mu się zrobić przez ten czas. Dwadzieścia lat temu w czasie zajęć potrafił odebrać telefon i powiedzieć nagabującemu go agentowi ubezpieczeniowemu: „Panie, nic nie kupię, ja już stoję nad grobem”. Wychodząc o lasce z budynku, wdawał się ze studentami w rozmowy, przypominając, jakie kwiaty mają mu kupić na pogrzeb. Potrafił dzwonić i umawiać się na spotkania ze swoimi obecnymi i byłymi podopiecznymi w szpitalu czy w stacji dializ, zamiast garnituru mając na sobie piżamę.

Dzisiaj, kiedy Go nie ma, dzwonimy do siebie i sami pytamy się, dlaczego był dla nas tak ważny. Zarażał swoją absolutną niezależnością myślenia tak wielką grupę ludzi, że Jego wychowankowie są dzisiaj wszędzie. Przez dwadzieścia lat swojej pracy po powrocie do Polski z emigracji wykształcił tysiące ludzi, setki z nich w kluczowych dla państwa polskiego miejscach. Dyplomatów, dziennikarzy, polityków, ludzi służb, naukowców. Swoich studentów ściągał w każde miejsce, w którym miał choćby minimalny wpływ na kształtowanie rzeczywistości. Nieważne czy to redakcja, czy radio, agencja informacyjna czy uczelnia. Chciał, żeby ci ludzie przejmowali odpowiedzialność za każdy kawałek polskiego państwa, na jaki miał wpływ. I sam przyjmował na siebie odpowiedzialność za tych, których wykształcił. To była metoda. Skuteczna na tyle, że kiedy odszedł, okazało się, że ukształtował sposób myślenia o naszym bezpieczeństwie dla całego pokolenia ludzi, którzy Jego myśl niosą dalej.
 

 

Źródło:

Michał Rachoń
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo