Tomasz Łysiak dla Niezalezna.pl: Imigranci – wspólny problem Włochów, Węgrów i Polaków

W polityce włoskiej problemy z imigrantami stanowią ważną część sporu, który rozpala politykę w Italii. Może go w swej spektakularności przebijać czasem tylko kwestia Covid czy tzw. Green Pass. Przy czym po stronie imigrantów stanęły sądy, próbujące ukarać Matteo Salviniego za rzekome „porwanie osób”. U nas także już trwa w sprawie imigrantów istny cyrk.

Zdjęcie ilustracyjne
twitter.com/Straz_Graniczna

Jeszcze jakiś czas temu nikt by nawet nie przypuszczał, że za chwilę będziemy mieli ten sam problem, co Włosi. Nie mamy przecież wybrzeża morskiego, do którego można szybko przypłynąć z Afryki, nie graniczymy z Irakiem, Syrią, czy Afganistanem, nie mamy tuż za swoją granicą Maroka, czy Tunezji. Nad Bałtykiem ponton mógłby co najwyżej nadciągnąć ze Szwecji (co być może za jakiś czas też się stanie, gdyż kraj trzech Koron jest pełen muzułmanów, którzy zapewne kiedyś wyruszą tu na podbój niczym niegdysiejsi wikingowie). Gdy Salvini był ministrem spraw wewnętrznych Italii bronił stanowczo jej granic: wprowadził ostrzejsze prawo i uniemożliwił lądowanie na lądzie włoskim tych imigrantów, którzy przybywali nielegalnie. To najważniejszy aspekt – legalności napływania „uchodźców” do Włoch. Matteo Salvini słusznie podkreślał i podkreśla, że oburza go przywożenie imigrantów na pokładach statków NGO, wysyłanych z północnych wybrzeży Afryki przez bandy – nazwijmy rzeczy po imieniu – handlarzy żywym towarem. Za przedostanie się do Europy trzeba tym przemytnikom sporo zapłacić.

Gdy władza się we Włoszech zmieniła i Salviniego zastąpiła Luciana Lamorgese – szefa Legi postawiono przed sądami na Sycylii, oskarżając o… „porwanie ludzi”! (Bo wstrzymał lądowanie imigrantów do czasu załatwienia oficjalnych unijnych procedur). Te procesy i to, że w ogóle je wytoczono, to jawna kpina ze zdrowego rozsądku i pokaz tego, jak daleko sięgają macki brukselskiej machiny urzędniczej – przez ręce sędziów zresztą.

Niestety, z podobnym procederem mamy teraz do czynienia my, Polacy, na białoruskiej granicy. Tylko, że u nas imigrantów nie wsadza na ponton jakiś libijski, czy tunezyjski handlarz, ale Aleksandr Łukaszenka. Istota sprawy jest taka, że robi to samo, co tamci handlarze ludźmi. Nie dość, że na tym zarabia (za loty do Polski trzeba przecież zapłacić) to jeszcze piecze na tym ogniu zatrutą jadem białoruską potrawkę, którą w jego zamierzeniu mają się udławić Polacy. Jak się jeszcze jakieś dzieci wrzuci za granicę, to już pewnikiem będzie się miało rozentuzjazmowane flamy lewicy walące w polskim sejmie dłonią w mównicę z pasją furii rozszarpujących ciało Orfeja na części.

Paradoksalnie nasze problemy mogą nas jeszcze mocniej zbliżyć do włoskiej prawicy, która w sprawie kryzysu imigracyjnego tak dobrze rozumie się z Orbanem. Szkoda tylko, że wybory we Włoszech dopiero za dwa lata. Jutro natomiast odbędą się w części Włoch wybory samorządowe, które będą mieć oczywiście znaczenie dla kwestii migracyjnych, ale i tak samorządy nie wyskoczą poza ramy nałożone przez Rzym. Polsce pozostaje czekać z utęsknieniem na wybory parlamentarne w Italii. W wypadku zwycięstwa prawicy (bardzo prawdopodobnego) uzyskamy silnego sojusznika w Europie. Także na polu walki z nielegalną, bezprawną imigracją…

 

 

 



Źródło: niezalezna.pl

#polityka

Tomasz Łysiak
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo