Kompozytor, "oficjalny przeciwnik socjalizmu" w PRL. 30 lat temu zmarł Stefan Kisielewski

30 lat temu, 27 września 1991 r., zmarł Stefan Kisielewski, kompozytor, pisarz i publicysta, "nadwiślański Bernard Shaw", "oficjalny przeciwnik socjalizmu" w PRL. Trzy dni wcześniej na Warszawskiej Jesieni odbyło się prawykonanie jego koncertu fortepianowego.

You Tube

Koncert ten pisał przez jedenaście lat. "Muzyka była tak samo przewrotna, jak pisarstwo Stefana Kisielewskiego" - napisał Mariusz Urbanek w książce "Kisielewscy" (2006). "Nazywał się Fortepianowy, ale fortepian był tylko tłem dla perkusji i instrumentów dętych" - wyjaśnił.

Zdążył. Leżąc w warszawskim szpitalu klinicznym przy ul. Banacha, Kisielewski wysłuchał transmisji przez radio. Ze swoją pierwszą symfonią nie miał takiego szczęścia - jej prawykonanie zaplanowano na 6 września 1939 r.

Doczekał również bankructwa realnego socjalizmu. "Myślałem, że umrę w Polsce sowieckiej, a tymczasem… ha, ha, ha!" - mówił po "częściowo wolnych" wyborach 4 czerwca 1989 r., po których powstał "solidarnościowy" rząd Tadeusza Mazowieckiego.

Kisielewski był warszawiakiem, urodził się 7 marca 1911 r. Studiował w Konserwatorium Warszawskim, uzyskując dyplomy z teorii muzyki i kompozycji oraz z fortepianu, uczęszczał także na polonistykę i filozofię na Uniwersytecie Warszawskim. Pisywać zaczął na studiach, w 1936 r. nawiązał kontakt z redagowanym przez Jerzego Giedroycia "Buntem Młodych".

Czas niemieckiej okupacji zaczął od zarobkowego jeżdżenia rikszą. "Dowiedziałem się wówczas, które ulice Warszawy idą pod górę" - wspominał. Potem zajął się też udzielaniem lekcji muzyki. Służył w AK, zatrudniono go w podziemnej rozgłośni radiowej przy w Wydziale Kultury Delegatury Rządu Londyńskiego na Kraj. W pierwszych dniach Powstania Warszawskiego został postrzelony w pośladek, co zakończyło jego karierę wojskową.

Po wojnie próbował pisywać w "Odrodzeniu" i "Przekroju", w końcu znalazł się w "Tygodniku Powszechnym" ("TP"). Miał pisać o muzyce, ale szybko zajął się publicystyką. Już pierwszy jego felieton opatrzono notatką "Redakcja nie podziela wszystkich poglądów autora".

Jak przypomniał Mariusz Urbanek, Stefan Kisielewski dzielił swą felietonową działalność w "Tygodniku Powszechnym" na trzy etapy. Lata 1945-53 to był czas mówienia NIE, 1956-60 – TAK. Po roku 1960 mówił już tylko LAMPA.

"Lampa" to znaczy światło. Jaka jest to lampa? Osobiście mam skłonność do konserwatyzmu i mimo postępów wynalazczości posługuję się szeroko niegdyś stosowaną +lampą+ starego uniwersalnego typu. Moja lampa to lampa wiary, nadziei i miłości. Mimo wszystko myślę, że nikt lepszej nie wynalazł" - wyjaśnił Kisielewski w felietonie pt. "O mojej trzeciej postawie (wyznania intymne)" w 1960 r.

Mówiąc TAK w styczniu 1957 r., zgodził się na kandydowanie do sejmu. "Nie uważam, aby dalsze uchylanie się od wszelkiej odpowiedzialności było moralne i chrześcijańskie. Trzeba wrócić z emigracji, tak jak Gomułka i Wyszyński wrócili z więzienia" - pisał.

Wizerunek nowej Polski wymagał obecności w parlamencie niemarksistowskiej opozycji. Gomułka potrzebował katolików, a ludzie z "Tygodnika Powszechnego" nie byli skompromitowani jak PAX-owcy, a jednocześnie dalecy od zacietrzewienia, antystalinowscy, ale nieżądający głów komunistów, mający dobre kontakty z episkopatem, ale rozumiejący geopolityczne konieczności.

"Nie znaczyło to jednak, że parlamentarna grupa Znak", bo taką przyjęli nazwę, będzie miała wpływ na cokolwiek. Gomułka przeznaczył dla katolików tylko pięć z 460 miejsc w sejmie, obsadzając ich w roli kwiatka do kożucha" - ocenił Urbanek.

"…czasem należy i trzeba podejmować na siebie obowiązki polityczne nawet w warun­kach trudnych i niekiedy ryzykownych" – wyjaśnił w "Tygodniku Powszechnym" Stanisław Stom­ma decyzję o kandydowaniu.

"To była podstawa stworzonej przez Stommę i Kisielewskiego dok­tryny, którą nazwali neopozytywizmem. Małymi kroczkami, mimo przeszkód i koniecznych kompromisów moralnych wykorzystywać li­beralizację. Nie marzyli o pełnej wolności. Celem była finlandyzacja Polski. Uzyskanie takiej niezależności kulturowej i gospodarczej od wielkiego brata ze wschodu, jaką cieszyła się właśnie Finlandia"

- napisał Urbanek.

Ówczesnym sejmem zarządzał w imieniu PZPR wicemarszałek Zenon Kliszko - marszałkiem był, zgodnie z tradycją, członek Zjednoczone­go Stronnictwa Ludowego Czesław Wycech, praktycznie figurant. Kliszko nie pozostawił wątpliwości, jaka ma być rola katolickich posłów. Mają wybić sobie z głów mrzonki o byciu opozycją Jego Kró­lewskiej Mości w komunistycznym kraju. Zostali wybrani przez partię, więc nie ma co udawać politycznej niewinności.

Już po pierwszym posiedzeniu Kisielewski poczuł się zawiedziony, narzekał na nudne przemówienia, jednostajne gło­sowania i narzu­coną przez Stanisława Stommę "Znakowi" dyscyplinę partyjną. Kiedy wygłosił z trybuny sejmowej jakieś mocno antysocjalistyczne przemówienie, Kliszko się wściekł i wezwał Stommę: "co to ma znaczyć?". "Kisielewski uważa, że jest oficjalnym przeciwnikiem socjalizmu…" - wyjaśnił szef "Znaku". "Oficjalni przeciwnicy socjalizmu siedzą we Wronkach, a nie w pol­skim sejmie" – powiedział Kliszko.

Sejmowe, wymierzone w politykę partii i rządu wystąpienia posła Kisielewskiego wywoływały szok i konsternację u marionetkowych posłów, nieprzywykłych do tego, że ktoś mówi prawdę prosto z mostu, porusza najistotniejsze sprawy na forum powszechnym, nie używając przy tym drętwej nowomowy partyjnej. Ale też nikt ich nie transmitował, nie były publikowane w prasie. Próby podejmowane przez redakcję "Tygodnika Powszechnego" kasowała cenzura.

Druga kadencja posła Kisielewskiego to był już czas mówienia LAMPA. "Drażnił się z nowym sejmem jeszcze bardziej niż z poprzed­nim. W komisji spraw wewnętrznych, do której się zapisał, jako jedy­ny głosował przeciw uchwaleniu budżetu Urzędu Kontroli Prasy. Po­dobnie było podczas głosowania nad ustawą o rybołówstwie morskim. Dlaczego? – zapytał groźnie Jerzy Zawieyski, który nie lubił de­monstracji. Bo ją przeczytałem! — odparł" - napisał Mariusz Urbanek.

Na nieprawomyślne przemówienia i głosowania posłów "Znaku" ludowa władza odpowiadała represjami. Po głosowaniu przeciwko ustawie o upaństwo­wieniu własności kościelnej na ziemiach zachodnich partia obcięła na­kład "Tygodnika Powszechnego" o 10 tys. egzemplarzy - papier gazetowy był w PRL reglamentowany. Taką samą karę wymierzono po podpisaniu przez Kisielewskiego i Jerzego Turowicza - redaktora naczelnego "TP" - "Listu 34". Były to dwa zdania zaadresowane do premiera Józefa Cyrankiewicza napisane przez Antoniego Słonimskiego.

"Ograniczenia przydziału papieru na druk książek i czasopism oraz zaostrzenie cenzury prasowej stwarza sytuację zagrażającą rozwojowi kultury narodowej. Niżej podpisani, uznając istnienie opinii publicznej, prawa do krytyki, swobodnej dyskusji i rzetelnej informacji za konieczny element postępu, powodowani troską obywatelską, domagają się zmiany polskiej polityki kulturalnej w duchu praw zagwarantowanych przez konstytucję państwa polskiego i zgodnych z dobrem narodu". Podpisany przez 34 przedstawicieli polskiej kultury list wywołał nagonkę i represje władz PRL wobec jego sygnatariuszy. Najsurowsze konsekwencje spotkały Melchiora Wańkowicza, który został aresztowany i skazany za "rozpowszechnianie fałszywych informacji oczerniających Polskę Ludową" na trzy lata więzienia.

Kisielewskiego - wciąż jeszcze czynnego członka parlamentu - cenzura wpisała na czarną listę tych, których pod żadnym pozorem publikować nie wolno. Zniknął z radia, telewizji i prasy. Nie dawano mu paszportu. Atakowano go zewsząd, a on nie mógł odpowiedzieć. W tej sytuacji zrezygnował z kandydowania trzeci raz do sejmu. "Uznał, że eksperyment polityczny się nie powiódł, a dalsze udawanie, że można na Wiejskiej zrobić coś pożytecznego, jest oszukiwaniem wyborców i samego siebie. Nie chciał dłużej żyrować narzuconego Polsce ustroju" - napisał Urbanek.

Kisielewski stopniowo wracał do publicystyki. Jerzy Turowicz pisał o jego felietonach: "literacko znakomite, pisane niesłychanie potocznym, prostym, jasnym językiem, bez żadnych, wydawałoby się, zawiłości, metafor mówiły o konkretach w sposób dla cenzury bardzo niemiły. I na pozór nie było się do czego przyczepić, mimo że żądło tkwiło gdzieś ukryte. Cenzor dosyć był bezradny, jeśli nie chciał konfiskować całości". Słynne były potyczki Kisiela z cenzorami. Gdy pewnego razu zatrzymano mu felieton, dopatrując się w nim niebezpiecznych dla władzy aluzji, napisał następny, który również zdjęto. Trzeci z kolei felieton Kisiel napisał więc o pogodzie. Cenzorzy długo próbowali znaleźć w nim jakieś aluzje i doszli do wniosku, że zostały one bardzo sprytnie ukryte. Zatrzymano więc felieton o pogodzie, a zamiast niego puszczono do druku pierwszy, uprzednio zatrzymany. Kisiel wydawał też książki w "Kulturze" Giedroycia pod pseudonimem Tomasz Staliński. Wolna Europa uznała powieść Tomasza Stalińskiego "Widziane z góry" za najlepszą krajową książkę 1967 r.

Podczas posiedzenia Związku Literatów Polskich 29 lutego 1968 r. Kisielewski ujmując się za skazanym na 3 lata więzienia za napisanie pamfletu "Cisi i gęgacze, czyli bal u prezydenta" Januszem Szpotańskim, nazwał politykę kulturalną władz PRL "skandaliczną dyktaturą ciemniaków". 11 marca na Kanonii na warszawskiej Starówce został pobity przez "nieznanych sprawców". Incydent ten zainspirował matematyka i poetę Włodzimierza Holsztyńskiego do napisania wiersza pt. "Na pobicie pisarza" - "nie wygra oko z żyletką / przegrają żebra z łomem / ciało dla życia ludzkiego / jest ledwo kruchym domem / choć pięknem wiecznym zdumiewa / krucha jest ludzka powłoka / z rozciętej brwi krew spływa / do zdumionego oka".

Zaraz potem Kisielewski stracił pracę redaktora w wydawnictwie muzycznym, zerwano z nim umowę na muzykę dla filmu i znów zawieszono jego felietony. Zajął się więc pisaniem dzienników. Jego kolejny felieton w "TP" ukazał się dopiero w marcu 1971 r.

"Ja mam cierpliwość: przeczekałem Hitlera, Stalina, Gomułkę i pomniejszych, dlatego mam przywilej zamieszkiwania w Polsce. A jest to jeden z najciekawszych krajów świata, choć nie zawsze najsympatyczniejszych. I dla +literata+ kopalnia tematów – chcę z niej czerpać do śmierci, choćby nikt nigdy nie miał tego czytać" - pisał Kisielewski do Leopolda Tyrmanda 22 stycznia 1976 r.

Kiedy po Czerwcu 76 powstał Komitet Obrony Robotników, Kisiel nie przystąpił do niego, uważając za błąd, by inteligenci stawali na czele robotników. Do "Solidarności" także się nie zapisał, ponieważ, jak tłumaczył, "jej robotniczy rodowód mnie trochę odstręcza. Od Solidarności zalatuje marksizmem, bo jej członkowie są wychowani na takim myśleniu". Jako liberalny konserwatysta Kisiel został w 1987 r. współzałożycielem, obok Janusza Korwin-Mikkego, Ruchu Polityki Realnej, który w 1989 r. przekształcił się w Unię Polityki Realnej.

Po zmianie ustrojowej 1989 r. jedenaście partii przysłało Kisielewskiemu deklaracje członkowskie, Komitety Obywatelskie "Solidarności" trzech województw zaproponowały mu kandydowanie do sejmu. "Wpięcie w klapę znaczka z Kisielem przydałoby splendoru każdemu. Ale nie znaczyło to jeszcze, że w wolnej Polsce będzie słuchany" - napisał Urbanek. "W PRL-u nie słuchali go komuniści, bo otwarcie deklarował, że jest ich wrogiem. W wolnej Rzeczypospolitej nie słuchali go przyjaciele, bo ogłosił, że się z nimi kompletnie nie zgadza" - dodał. "Kisiel pozostał człowiekiem, którego czytali nawet najwięksi wrogowie, zachwycając się publicystycznymi paradoksami, ale mało kto brał serio to, o czym pisał. Pozostał publicystą czytanym, ale niesłuchanym. Tylko teraz jego gorycz musiała być o wiele większa" - ocenił autor "Kisielewskich".

Kisielewskiego opanowały myśli, że zmarnował życie, napisał mało muzyki, którą kochał, że nie skończył jeszcze paru książek i że strwonił czas na mało ważne felietony. "Czy miałem wpływ na bieg wydarzeń? Nie wiem, ale na psychikę wielu ludzi wpłynąłem" - napisał pod koniec życia.

"Chociaż Stefan Kisielewski wielokrotnie odżeg­nywał się od wszelkich doktryn, także socjalistycznej, i kładł nacisk na tożsamość liberalną, demokratyczną, na wartości wolnego rynku i kapita­listycznych metod gospodarowania, to zarazem miał wciąż żywe poczucie etyczne, w ramach którego sprawiedliwość, cnota, męstwo, prawda zajmo­wały miejsce zasadnicze" - napisał krytyk, publicysta i dyplomata Marek Zieliński w tekście pt. "Umarła klasa. Wspomnienie o Stefanie Kisielewskim" ("Więź, 2017). "Pod maską nadwiślańskiego Bernarda Shawa skrywał pryncypializm, twarde przekonanie o nadrzędności jednostki ludzkiej w stosunku do ideologii politycznych bądź społecznych i wiarę w religijny, metafizyczny porządek świata. Kryptonimem dla jego ducho­wych tęsknot było określenie +spirytualizm+, którym szafował często. Ważniejszym jednak wyrazem jego wiary stawał się nieustanny sprzeciw Kisiela wobec kłamstwa, głupoty, zła, a przynajmniej małoduszności" - ocenił.

"Wielkość postaci Stefana Kisielewskiego wyrastała z jego nadziei. Z wiary w ludzi, w Polskę i w porządek moralny. W ostatecznym sensie wie­rzył, chociaż nie bez chwil zwątpienia, w Prawdę i w jej Stwórcę. I może dlatego nigdy nie zgodził się na absurd. Niby to niewiele, ale nad Wisłą znaczy bardzo dużo. A czasami wymaga heroizmu" - podsumował Marek Zieliński.

Stefan Kisielewski zmarł 27 września 1991 r. "Kisiel brzmi jak Wawel. I tak samo z kamienia" - napisał Jerzy Waldorff.

 

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo