Jak wytłumaczyć zachowania tych polityków i publicystów, którzy od wielu dni fundują nam spektakl „Gowiniady” i próbują przedstawić byłego ministra sprawiedliwości jako niezłomnego, prawego „konserwatystę”, skrzywdzonego przez Donalda Tuska?

Gdyby na miano ludzi prawych zasługiwali ci, których wyrzucano z reżimowej ferajny, powinniśmy nimi obdarzyć w PRL np. Gierka i Jaroszewicza, których nie tylko wykluczono z komunistycznej zgrai, ale i internowano oraz próbowano sądzić. Dla ludzi trzeźwo oceniających obecną rzeczywistość wydaje się oczywiste, że oparcie oceny prawości na tak niepewnym gruncie jest niedorzeczne i fałszywe.

„Szlachetny wyjątek”?

Zagadka jest tym bardziej intrygująca, że ci sami ludzie, deklarujący dziś „uchylanie drzwi” dla Gowina, dopatrują się w naszej rzeczywistości analogii z czasami PRL, mówią o władzy monopartii dążącej do miękkiego totalitaryzmu i obarczają reżim Tuska odpowiedzialnością za setki poważnych afer oraz śmierć polskiej elity. Jarosław Gowin miałby być w tym układzie „szlachetnym wyjątkiem” – tylko dlatego, że w jakichś marginalnych kwestiach przeciwstawiał się szefowi rządu, został pozbawiony stanowiska i wyrzucony z państwowej posady.

Trudno byłoby wskazać inne przyczyny, bo przecież opowieści o „konserwatyzmie” Gowina można włożyć między bajki. Wystarczy prześledzić zachowania tej postaci od czasu dojścia do władzy Platformy i jego sejmowe wybory w sprawach związanych z tragedią smoleńską czy licznymi aferami koalicji PO–PSL. Te elementarne kryteria pozwalają uznać, że mamy do czynienia z konformistą podążającym za linią partii, którego pryncypialność ogranicza się do werbalnych deklaracji.

Obecny spektakl ma jednak głębsze przyczyny. Do ulubionych zajęć wielu publicystów i tzw. analityków życia politycznego III RP należy opowiadanie historyjek o wewnętrznych konfliktach, walkach frakcyjnych i podziałach w łonie partii rządzącej. W ostatnich latach powstało kilkaset tekstów, których autorzy zachłystywali się wojną Tuska ze Schetyną lub dopatrywali w PO istnienia frakcji konserwatywnej.

Opowieści o decydującym starciu Tuska z Gowinem należą do najnowszych odmian owych dykteryjek. Mają nas przekonać o nadchodzącej klęsce Tuska i dowieść istnienia w PO zróżnicowanych i skonfliktowanych środowisk. Nie warto nawet przypominać, ileż to razy w czasie ostatnich sześciu lat miało dochodzić do podobnych rozłamów. Miarą prawdziwości takich „analiz” jest oczywiście fakt, że do tej chwili w reżimowej monopartii nie nastąpił żaden podział, nikt nie zagroził pozycji premiera i w żadnym obszarze nie widać oznak rozpadu. Gdyby wywody owych analityków miały jakikolwiek sens, powinniśmy już wielokrotnie doświadczyć takich „wojen” i być świadkami przyspieszonych wyborów parlamentarnych. Jedynie słabej pamięci odbiorców zawdzięczamy fakt, że podobne opinie są bezkarnie rozgłaszane. Chcąc zrozumieć, skąd biorą się takie „analizy”, trzeba cofnąć się w odległą, acz niezamkniętą przeszłość.

Frakcyjna mitologia

Przez kilkadziesiąt lat PRL funkcjonowały propagandowe mity o frakcjach w łonie partii komunistycznej. W latach 50. wyodrębniano podziały na „puławian” i „natolińczyków”, 10 lat później na „grupę śląską” i „partyzantów”, w latach 80. słyszeliśmy zaś o rozbiciu na „skrzydło liberalno-postępowe” i konserwatywny „partyjny beton”. Przedstawicielem pierwszego miał być tow. Rakowski, drugi zaś reprezentował tow. Albin Siwak. U podłoża tych podziałów miały leżeć różnice ideologiczne, stosunek wobec Moskwy lub dążenia do przeprowadzenia reform. W rzeczywistości, chodziło zawsze o wykreowanie nowego rozdania, podział łupów lub likwidację jednej bandy przez drugą.

Warto pamiętać, że to dzięki stosowaniu tej retoryki mogła wyłonić się tzw. lewicowa opozycja, w ramach której członkowie PZPR – Kuroń i Modzelewski – podjęli krytykę partii za „odejście od prawdziwego socjalizmu”. Z tego nurtu zbudowano później środowisko „komandosów”, by po latach arcymistrzowskiej gry dezinformacyjnej przekonać Polaków, że ludzie, którzy byli zaledwie schizmatykami wiary komunistycznej, stali się demokratyczną opozycją i wspólnie z pewnym elektrykiem obalili ustrój.

W obecnej odmianie tej mitologii mamy do czynienia z projekcją poglądu, jakoby ludzi PO należało różnicować – ze względu na wyznawany system wartości, stosunek do problemów etycznych, ambicje polityczne czy reakcje wobec opozycji. Wśród członków Platformy powinniśmy więc dostrzegać przeciwników dyktatury Tuska, konserwatystów czy liberałów. Ma to prowadzić do konkluzji, że w łonie grupy rządzącej są ludzie mniej i bardziej zdegenerowani, a nawet tacy, z którymi można prowadzić dialog i traktować ich jak sprzymierzeńców. Wielu też sądzi, że szansa na zmianę sytuacji tkwi w rozgrywaniu jednych przeciw drugim, w stosowaniu makiawelicznej strategii gier i politycznych podchodów.

Więcej w tygodniku „Gazeta Polska”