Jakie Niemcy po Merkel?

26 września Niemcy pójdą do urn. Wybory zamkną 16-letni okres władzy Angeli Merkel. Czy chadecy utrzymają władzę? Ostatnie sondaże pokazują nie-znaczną przewagę socjaldemokratów z SPD, jednak aż 38 proc. głosujących jest niezdecydowanych. Z dużym prawdopodobieństwem za naszą zachodnią granicą może zacząć rządzić koalicja socjalistów z Zielonymi.

Zgodnie z parlamentarną tradycją kanclerza wybierze zwycięskie ugrupowanie. Kampania wyborcza jest więc pojedynkiem partyjnych liderów. Koalicji CDU/CSU przewodzi premier Nadrenii Północnej-Westfalii Armin Laschet. Ten konserwatywny polityk może być kontynuatorem kursu Angeli Merkel. Jest jednak mniej popularny od ustępującej kanclerz. Ostatnie sondaże dają 5 pkt proc. przewagi SPD nad CDU/CSU. Niemcy są zadowoleni z gospodarczej kondycji kraju. Partia rządząca jest też chwalona za zarządzanie kryzysem pandemicznym.

Po staremu czy początek nowej epoki?

W obliczu zagrożenia ze strony Zielonych chadecy zaproponowali radykalny program ekologiczny. Ekologia staje się dominującym światopoglądem Niemców, oprócz po-prawności politycznej. Chadecy zapowiedzieli, że chcą, by 100 proc. zużywanej energii pochodziło ze źródeł odnawialnych. Postulat trudno więc przebić, jednak czy jest to możliwe do realizacji, zwłaszcza że wciąż spalanie węgla kamiennego to główne źródło otrzymywania energii w tym kraju?

W szranki z Laschetem staje socjalista Olaf Scholz, wicekanclerz i minister finansów w rządzie Merkel. Były burmistrz Hamburga reprezentuje konserwatywne skrzydło lewicy. Stąd wysokie poparcie w Niemczech. Po ewentualnej zmianie władzy wyborcy nie spodziewają się rewolucji. Scholz chce podniesienia płacy minimalnej, podwyżki emerytur, nowych dodatków socjalnych dla rodzin oraz budowy nowych mieszkań. Jego program podoba się wyborcom. Wszystko wskazuje na to, że SPD będzie prowadziło analogiczną do obecnego rządu politykę zagraniczną. Partia podkreśla znaczenie współpracy transatlantyckiej i chce zwiększenia wydatków na obronność. Socjaldemokraci są za dialogiem z Rosją, popierają Nord Stream 2 i chcą zwiększać ekologiczne zaangażowanie Niemiec. Dlatego SPD chętniej spogląda w stronę Zielonych jako kandydatów do ewentualnej koalicji.
Kwestie ekologiczne dominują w debacie publicznej. Neutralność klimatyczna Niemiec, coraz wyższe cele redukcji emisji gazów cieplarnianych to nowe credo wszystkich polityków od lewa do prawa. Walka ze zmianami klimatu usprawiedliwia zaciąganie nowych pożyczek, podejmowanie wyrzeczeń i tworzenie ambitnych projektów.

Zieloni, czyli kto?

W szranki z wyżej wymienionymi staje Annalena Baerbock. Jeszcze wiosną wydawało się, że Baerbock będzie drugą kobietą na urzędzie kanclerskim w historii Republiki Federalnej Niemiec. Ugrupowanie mogło wówczas liczyć nawet na 26 proc. poparcia, które obecnie stopniało do 16 proc. Zieloni to jedyne ugrupowanie, które było przeciwne Nord Streamowi 2, protestowało także przeciw elektrowniom węglowym oraz planom budowy elektrowni jądrowej w Polsce

Zieloni chcą zmian również w geopolityce. Optują za strategicznym sojuszem z Francją, a nie za ciągłym oglądaniem się na Stany Zjednoczone. To nośny temat w Europie, zwłaszcza gdy Francuzi stracili na rzecz USA wart 40 mld dol. kontrakt na budowę okrętów atomowych z Australią. Paryż także byłby zainteresowany silną Unią Europejską, która z powodzeniem mogłaby konkurować z Chinami. Jednocześnie Zieloni są przeciwnikami silenia się na autonomię przez kraje Trójmorza. Jeden z liderów partii Jürgen Trittin, były minister środowiska, zauważył, że Niemcy muszą „mówić jaśniej o coraz bardziej autorytarnych tendencjach w Polsce i na Węgrzech, zwłaszcza w obliczu „nacjonalistycznej resowietyzacji Węgier”. W mniejszym stopniu niż SPD są oni także otwarci na integrację z UE krajów z Bałkanów Zachodnich.

Czy twarde deklaracje wobec Moskwy można traktować szczerze? Jest to wątpliwe. Niemcy są zazwyczaj pragmatyczni i chłodna kalkulacja nigdy nie ustępuje wartościom. Sprzeciw w kwestii Nord Streamu 2 należy raczej do kampanii wyborczej. W polityce będzie dominowała formuła dialogu z Kremlem. To status quo niemieckiej polityki zagranicznej. Zieloni deklarowali też, że przekażą Ukrainie broń, aby wzmocnić jej siły obronne w walce z Rosją. Jest to jednak sprzeczne z pacyfistycznym programem Zielonych i w praktyce nie do zrealizowania. To, co kluczowe dla Niemców, zawarte jest w postulatach związanych z ochroną środowiska naturalnego. Zieloni chcą zdopingować świat, aby nie dopuścić do zmiany globalnych temperatur o 1,5 stopnia Celsjusza. Ma tego dokonać dekarbonizacja i rozwinięcie ekologicznego transportu publicznego, w tym sieci europejskiej szybkiej kolei. Na inwestycje Zieloni chcą wydawać 50 mld euro rocznie. Zaciągną na to kredyty i podniosą podatki najbogatszym.

Niemcy będą się stawać dla nas coraz trudniejszym partnerem do dialogu. Zieloni byli już koalicjantami SPD na poziomie federalnym, ale w roli słabego koalicjanta. Teraz ich rola może okazać się kluczowa. Zwłaszcza gdy będzie mowa o polityce energetycznej, w której nasz kraj stał się europejskim chłopcem do bicia. Poza tym Zieloni to ulubione ugrupowanie kobiet i mniejszości. Postulaty LGBT oraz te dotyczące dostępności aborcji z pewnością będą forsowane na arenie europejskiej przez to ugrupowanie. Jest to także partia opowiadająca się za polityką otwartych drzwi wobec uchodźców.

Wnioski dla Polski

Strategiczny sojusz między administracją Joego Bidena a Berlinem oraz „polityka dialogu” między Berlinem a Moskwą oznacza trudny czas dla Polski. Jeszcze trudniejszy, gdyby doszło do zbliżenia z Paryżem. Oznaczałoby to nie tylko postęp w realizacji dwóch wielkich projektów geopolitycznych – Mitteleuropy oraz Eurazji, lecz także krok w kierunku budowy europejskiego superpaństwa. Przepychanki z Polską i Węgrami, nacisk na uznanie wyższości prawa europejskiego względem narodowego, wymuszanie adaptacji jednorodnych rozwiązań społecznych to tylko wierzchołek góry lodowej. W dalszej kolejności rozpoczęto by budowanie superpaństwa z własną armią, centralnymi władzami, co musiałoby skutkować dalszym zrzekaniem się suwerenności państw narodowych na rzecz instytucji unijnych.

W dalszej przyszłości moglibyśmy sobie wyobrazić system, nazywany demokratycznym, w którym obywatele Starego Kontynentu wybierają sobie ponadnarodowe władze centralne. System ten preferowałby kraje o najsilniejszej pozycji politycznej, a dyskryminowałby państwa peryferyjne, zbuntowane, w domyśle – Trójmorze. Wówczas politycy Niemiec czy Francji decydowaliby o wszystkim, co dzieje się w Polsce, Rumunii czy krajach bałtyckich. Oczywiście w imię wyższych wartości, albowiem kraje Europy Środkowo-Wschodniej nie dorosły jeszcze do współdecydowania o tak kluczowych dla ludzkości kwestiach, jak zmiany klimatu, konkurencja z Chinami, prawa reprodukcyjne oraz LGBT. Niemcy widzą się tutaj w roli przywódcy, który niesie kaganek oświaty reszcie Europy, wpatrującej się w nie z uwielbieniem. Dotyczy to szczególnie krajów na wschód od Odry. 
Berlin nie wyrzekł się nigdy swojej dominującej roli i ambicji tworzenia nowego porządku świata. Po marksizmie i nazizmie, które wytrzebiły pół świata, przyszedł czas na ekologizm, hybrydową i synkretyczną parareligię, która dynamicznie zyskuje nowych wyznawców. Jest to nowy, uniwersalistyczny system, w którym zawiera się w zasadzie wszystko: troska o naturę, człowieka, pokój, dobrobyt. Dzięki temu może być akceptowany przez wszystkie religie i systemy wartości. Na jego czele ma stać kanclerz. Dlatego trwa tak zażarta konkurencja o władzę, która wykracza znacznie poza granicę Niemiec.

Autor jest założycielem i dyrektorem Instytutu Globalizacji (www.globalizacja.org)
 

 

Źródło:

#Gazeta Polska Codziennie

Tomasz Teluk
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo