Lucky, pies szczęściarz

Akcja niniejszej opowieści toczyła się w irackiej Karbali na przełomie maja i czerwca 2004 r., a rozpoczęła się w czwartek. Już wiem, że moi Czytelnicy są zaskoczeni, ponieważ nie potrafię przytoczyć dokładnej daty wydarzeń, ale za to jestem w stanie wskazać dzień tygodnia, kiedy wypadki miały miejsce. Tak, to był na pewno czwartek, gdyż od późnego popołudnia w całej metropolii słychać było trąbienie aut i odgłosy ognia prowadzonego z broni maszynowej.

Ciężkie walki z powstańcami Muktady as-Sadra zakończyły się raptem kilka dni wcześniej, więc każdy dźwięk wystrzału jeżył mi włosy na głowie. Pomimo że starałem się zachowywać się dzielnie, to jednak Stefek Burczymucha był postacią literacką, do której było mi wówczas najbliżej.

Znalezisko w opuszczonej jamie

W tym miejscu jestem winien Państwu wyjaśnienie, że w ten sposób Arabowie świętowali zaślubiny swoich bliskich – kiedy długi sznur aut wiózł oblubieńców do domu weselnego, wtedy każdy kierowca stawiał sobie za punkt honoru, by jak najmocniej wcisnąć klakson, a siedzący z tyłu mężczyźni strzelali w powietrze z kałasznikowów. Wesela odbywały się w islamskie soboty, czyli w nasze czwartki i dlatego, po latach wiem, że był to właśnie ów dzień, kiedy fortuna uśmiechnęła się do Lucky’ego, psa szczęściarza.

Lucky, pies szczęściarz, nie mógł wiedzieć, że jego matka – wielka wychudzona suka razem z młodziutkim rodzeństwem uciekną na widok zbliżającej się w zawrotnym tempie kawalkady pojazdów, w której wszyscy darli się wniebogłosy i strzelali jak opętani. Instynkt nakazał rodzicielce wyjść z prowizorycznej nory i poszukać innego schronienia w bardziej ustronnym miejscu. Gdy weselny orszak zniknął za zakrętem, czujne zwierzę poprowadziło swoje potomstwo w kierunku najbliższego zagajnika palmowego, a my patrzyliśmy, jak przewodniczka pomaga nosem wspiąć się na wysoki krawężnik najbardziej nieporadnemu szczeniakowi. Mój kierowca, rolnik z Kielecczyzny, pokiwał z uznaniem głową i mruknął pod nosem: „Jakie toto stworzynie je mundre”. Po chwili nabrał głęboko powietrza, by dodać: „Dowódco, jo szybko skocze i zobocze, czy tam co jeszcze je, no i zaro będę!”. Warknąłem w jego kierunku: „Stój! Gdzie leziesz?! Jeszcze jakieś choróbsko przywleczesz, bo przecież to zdziczała sfora!”. Po czym widząc, że szeregowiec nie reaguje, dodałem: „Czekaj, idę z tobą!”. Wyskoczyłem z honkera, odbezpieczyłem broń i szybkim krokiem powędrowałem w kierunku opuszczonego legowiska, czujnie rozglądając się wokół i mając kierowcę po lewej stronie. Gdy stanęliśmy nad jamą wygrzebaną w ziemi, spojrzeliśmy na siebie znacząco i jednocześnie zakrzyknęliśmy: „Panda!”.

Mały pacjent w raju

„Panda” była faktycznie małym szczeniakiem o ubarwieniu sierści do złudzenia przypominającym sympatycznego niedźwiadka. Mój towarzysz zagaił: „Jo go biere!”. Wrzasnąłem: „Jest zakaz, żołnierzu! Wiecie, że nie wolno dotykać żadnych zwierząt?! Byliście na szkoleniu, więc wiecie!”. Stupor, który na pół sekundy dopadł kierowcę, pozwolił mi błyskawicznie się pochylić, wziąć w dłonie ślicznego pieska, przycisnąć go do kamizelki przeciwodłamkowej i chyżo pomknąć w kierunku auta. Dobiegły mnie z tyłu jakieś słowa wyartykułowane przez szeregowego, z których lwia część należała do powszechnie uznawanych za obelżywe, więc w duchu postanowiłem, że jednak rozprawię się z tym rozbisurmanionym indywiduum, ale w innym, bardziej dogodnym momencie.

Po chwili siedziałem w pojeździe i oglądałem ślicznego zwierzaka, który ze strachu zwinął się w kłębek i cały dygotał. Wokół mnie zgromadziło się kilkunastu spadochroniarzy i każdy chciał pogłaskać stworzonko. Broniłem go dzielnie przed dotykiem wielkich niczym łopaty łapsk, ale na niewiele się to zdało, bo chętnych było co nie miara. W końcu mój zastępca zapytał: „Co z nim teraz zrobimy? Przecież do bazy nie zabierzemy, bo zakaz…”. Spojrzałem na niego przeciągle, a on tylko zmrużył oczy i szepnął: „Dobra, to jedziemy, a ja już ściągam przez radio lekarza”.

Lekarz czekał na nas przed izbą chorych z dwoma sanitariuszami. Dostał fałszywy komunikat, że wieziemy kontuzjowanego, więc się nie ociągał z pomocą. Gdy zobaczył „pacjenta”, burknął do swojego pomagiera: „Ej, leć na stołówkę, przynieś mleko i jakieś mięso, tylko niesmażone i niepanierowane! Gotowane najlepiej!”. Drugiemu rozkazał: „Środek do dezynfekcji i bandaże. Działaj!”. Wysłannicy sługi Eskulapa rozbiegli się w nakazanych kierunkach, a on sam spojrzał na mnie i powiedział: „Wiesz, że »Stary« powyrywa ci za to nogi z d…py?!”. Lekko wystraszony odparłem: „Nie rób scen, tylko myśl, co z nim dalej począć! Może u siebie go przechowasz, co? Będzie miał jak w raju!”. Mój interlokutor zakrzyknął: „Ty jesteś chyba nienormalny! Ja muszę mieć sterylne pomieszczenia! Podam mu leki na wzmocnienie i tyle! Od tego słońca to już zgłupiałeś doszczętnie!”. Wówczas same niebiosa zlitowały się nad „pandą” i przysłały wybawienie w postaci Piotra.

Etatowy pupil polskiej zmiany

Piotr, na pewno nie ten etatowo i od wieków związany z Niebiosami, był chorążym, specjalistą w zakresie łączności utajnionej. Miał swoje maleńkie królestwo z radiostacjami, do którego nikt nie mógł wejść bez jego permisji, gdyż komunikaty stamtąd nadawane były opatrzone najwyższymi klauzulami poufności. Gdy naszedł naszą gromadkę znienacka, od razu zrozumiał, o czym spiskujemy. Zerknął na mnie, później na lekarza, po czym łypnął ślepiami i zachrypiał: „Mistrzowie, dwie sety spirytusu i ja go przechowam”. Lekarz, jedyny posiadacz wysokoprocentowego odkażalnika, kiwnął głową potakująco i energicznie zajął się doprowadzaniem psinki do pożądanej kondycji fizycznej.
Kondycję fizyczną – tę najwyższą – pupil osiągnął już następnego ranka. Po śniadaniu poszedłem odwiedzić go na węźle łączności i zobaczyłem, jak harcuje z koneserem mocnego alkoholu i plutonowym, jego pomagierem. Futerko miał starannie wymyte, wyczesane i puszyste, a błyszczące oczy wskazywały, że jest najedzony i szczęśliwy. Piotrek rzucał mu kulkę papieru umocowaną do kawałka nitki, pokrzykiwał: „Lucky, hop!”, a wesoły kundelek starał się ją łapać. Amatorów odwiedzenia zoo było więcej i tłum gapiów gęstniał z każdą chwilą. W końcu stało się to, co zawsze dzieje się przy takich okazjach – nastąpiło przesilenie.

„Przesilenie” miało stopień podpułkownika i było dowódcą batalionu. Pryncypał nadciągnął niepostrzeżenie i nakrył nas wszystkich na niecnej czynności. O nic nie pytając, wrzasnął: „Ja was wszystkich, k…wa, oddam pod prokuratora!”. Wizja wieloletniego wyroku nie zrobiła na nikim wrażenia, bo i tak każdy wiedział, że to blef. „Stary” rozkazał: „Pokaż no go!” i po chwili gładził troskliwie brzuszek pieska. Piotr wskazał na mnie oskarżająco paluchem i zameldował: „Dowódco, to ten go wczoraj zwlókł z patrolu. Ja tylko się opiekuję!”. Obrzuciłem kapusia mrożącym spojrzeniem, a oficer oddał mi zwierzaka i nakazał, aby dobrze go karmić i poić.

Karmy i napoju nigdy Lucky’emu nie zabrakło. Śmiem twierdzić, że był najlepiej odżywionym psem w Iraku, ponieważ każdy starał się wkupić w jego łaski smakowitymi kąskami. Szybko stał się ulubieńcem całego Campu Juliet – taką wojskową maskotką, a po przybyciu kolejnej zmiany został przekazany im pod opiekę. Wiem, że po opuszczeniu Karbali przez polskie pododdziały powędrował z nimi do bazy w Ad-Diwanijja.

Później już nie miałem żadnych widomości o czworonogu, ale jestem pewien, że nigdy nie stała mu się żadna krzywda, ponieważ polski żołnierz zawsze dba o swoich towarzyszy, bez względu na kolor skóry czy ilość łap. Mam nadzieję, że Państwo choć przez chwilę ciepło pomyślą o wszystkich tych, którzy gdzieś daleko wykonywali swoje zadania, a czasami ratowali cenne życie, o czym najlepiej przekonał się Lucky, pies szczęściarz.

Howgh!


Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.

 

Źródło:

Tȟašúŋke Witkó
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo