Powrót przed ołtarze

Donald Tusk w Płońsku powiedział coś zupełnie innego niż to, do czego przez ostatnie lata przyzwyczaili nas jego partia i on sam. I zupełnie coś innego, niż będzie mówić za dwa tygodnie. Przy okazji kolejnego zwrotu, jakiego pięć lat wcześniej próbowała dokonać Platforma, pisano, że ostrzy sobie ona zęby na prawicowy elektorat. W sobotę można było odnieść wrażenie, że Tusk chce odbić dla swojej partii umiarkowanie konserwatywny elektorat ze średnich i mniejszych miejscowości. Czy będzie to skuteczne? Pamięć ludzka jest ułomna, ale mieszkańcy pogardzanej przez liberalne elity „Polski B”, Polski powiatowej, chyba jeszcze cokolwiek z czasów przed 2015 r. pamiętają.

Zresztą nie muszą sięgać pamięcią tak daleko. Słuchający sobotniego wystąpienia Tuska na żywo zwracali uwagę na to, że w poszczególnych segmentach bardzo krytycznie odnosił się do niedawnych szarż swoich partyjnych kolegów, przede wszystkim Sławomira Nitrasa i Franka Sterczewskiego. Nim jednak do tego doszło, Tusk rozpoczął swą obecność na konwencji od ucałowania bochenka chleba, odwołał się więc do bardzo konserwatywnej, chrześcijańskiej i patriotycznej zarazem tradycji. Dalej zaś było jeszcze ciekawiej.

Pytanie do Nitrasa

Myślę, że wszyscy pamiętamy antyklerykalne zacięcie Tuska, które ujawniło się już ładnych kilka lat temu. Lider Platformy Obywatelskiej potrafił oczywiście instrumentalnie wykorzystywać religię i religijność, jak to stało się w 2005 r., gdy wziął ślub kościelny ze swoją długoletnią już wtedy żoną, czy kilka lat później, gdy wraz z całą rodziną pozował do zdjęć przy domowym ołtarzyku.

Później Platforma przestała karnie uczęszczać na rekolekcje w Tyńcu, a sam jej lider zaczął mówić, że nie będzie klękać przed księdzem, co zaprowadziło go niedawno do zapowiedzi usuwania krzyży z przestrzeni publicznej, radykalniejszej nawet niż obecne postulaty środowisk lewicowych. Być może podochocony tymi właśnie pomysłami Tuska Sławomir Nitras podczas Campusu Polska, partyjnej imprezy zorganizowanej przez Rafała Trzaskowskiego, z godną Janusza Palikota szczerością mówił o „opiłowywaniu” katolików z przywilejów, tak by już nigdy nie podnieśli głowy. Słowa Nitrasa odbiły się w polskich mediach szerokim echem i w naturalny sposób stały się tłem dla kilku bardzo nieprzyjemnych wydarzeń, które miały miejsce później. Najważniejszym i najbardziej dramatycznym z nich była profanacja krzyża i pobicie księdza w jednym ze szczecińskich kościołów. Zdarzenie tym bardziej spektakularne dla konserwatywnych mediów, że zostało bardzo dokładnie udokumentowane przez znajdujące się na miejscu kamery, a do tego miało miejsce w samym mateczniku Sławomira Nitrasa. Stawianie pytania, „czy o to chodziło?”, staje się więc całkiem zasadne.

Błąd Grodzkiego i korekta Tuska

O tym, że szczeciński polityk przeszarżował, wiadomo było prawie od początku. Prawie, ponieważ obecny na miejscu Tomasz Grodzki nie zareagował, czym oszczędziłby swojej partii części kłopotów. Jednak już kilka godzin później koledzy z Platformy wypowiedź Nitrasa przedstawiać zaczęli jako wyraz troski zaniepokojonego sytuacją swojego Kościoła katolika – i ta narracja przebiła się do części liberalnych mediów.

Donald Tusk uznał jednak, że to za mało, i zdecydował się na dużo mocniejszą pokazówkę. Opowiedział więc o rodzinnej uroczystości, chrzcie, którego wszyscy uczestnicy głosowali na Platformę. Z księdzem włącznie, więc może akurat temu jednemu nie należy łamać szczęki, można by pomyśleć. Jednak choć Tusk do Nitrasa odwoływał się wprost, mówiąc, że przecież większość z obecnych to chrześcijanie, katolicy, ludzie wierzący, to już do bandyckiej napaści w Szczecinie nie odniósł się w ogóle, o jej potępieniu nie wspominając.

Tuskowa wolta nie spodobała się zresztą części wiernych i przekonanych wyborców. Oddajmy głos, po raz pierwszy, lecz nie ostatni dziś, Zbigniewowi Hołdysowi, który pisze na Twitterze: „Pstrykając wczoraj w Sławomira Nitrasa, Donald Tusk zachował się jak szachista, który gotów jest poświęcić skoczka dla wygrania partii. Ok. Rzecz w tym, że bez tego skoczka jego plansza traci. Nitras, katolik, nie mówił o opiłowaniu wiernych i nie wierzę, że Tusk tego nie skumał”. Widzimy więc, że zbitka „Nitras – (zatroskany) katolik” trafiła do odbiorców, a ich część nie widzi tego, co widzą między innymi Tomasz Lis czy Roman Giertych, mianowicie szkodliwości tego typu zachowań dla odbioru partii jako całości wśród wyborców.

Dla każdego coś miłego

Ten obrazek, w którym niespodziewany zwrot ku katolicyzmowi, a nawet ludowemu katolicyzmowi, kłóci się z wieloma słowami i gestami polityków, uzupełnia niedawne głosowanie w Sejmie w sprawie uchwały upamiętniającej śmierć św. Maksymiliana Kolbego, w którym przeciw było siedmiu posłów Platformy. Wśród nich oczywiście młody narybek, o którym zawsze musi być głośno, Franek Sterczewski i Klaudia Jachira. Ta ostatnia, pisząc o uchwale, słowo „męczeńska” w kontekście śmierci bohatera z Oświęcimia bierze w cudzysłów. Ta sama Jachira kilka dni wcześniej, bez żadnej reakcji kolegów, tak podsumowała inne ważne nie tylko dla katolików wydarzenie: „Faszysta i antysemita (ot, błędy młodości) wynoszony na ołtarze przez obrońców pedofili (kto nie ma pokus?) podczas stanu wyjątkowego – do obejrzenia na wszystkich kanałach”. A więc dla każdego coś miłego, dla konserwatystów chleb i znak krzyża, dla antyklerykałów tweety Jachiry i wymowne milczenie w sprawie realnej, dotykającej Kościół przemocy.

A przecież poza kwestiami duchowymi sobotnia konwencja przyniosła jeszcze inne pozorowane zwroty akcji. Donald Tusk pięknie mówił o polskich granicach i strzegących ich ludziach. I znów skontrujmy tę woltę Hołdysem: „Także zawoalowane trącenie Franka Sterczewskiego było niepotrzebne. Poza sercem, rozumem i polityką (na te czynniki Tusk wskazał) istnieje ODRUCH MORALNY i to był Franek. Gdybym był w wieku Franka, zrobiłbym to samo. I Tusk zrobiłby to samo. Akcja Franka to temperament pokolenia”.

I choć wielu gotowych jest w imię doraźnych korzyści politycznych przełknąć słowa Tuska, to jednak w myślach na pewno bliżej im tu do słów dawnego muzyka i czynów młodego posła. Czy w takim rozdarciu da się dotrwać do wyborów parlamentarnych?

Konserwatyzm pozorowany na potrzeby Polski lokalnej

Ostatni wątek, który warto zauważyć, to sama lokalizacja i ciągłe odwołania do mniejszych ośrodków, w których dziś Platforma widzi najwyraźniej rezerwuar swojego poparcia wyborczego. Partia zapomina przy tym (licząc, że inni zapomnieli już wcześniej), że przez okres swych rządów stawiała na doktrynę rozwoju polaryzacyjno-dyfuzyjnego, polegającego na wspieraniu wyłącznie wybranych aglomeracji i pozostawieniu mniejszych ośrodków samych sobie. Według tej logiki największe miasta miały rozwinąć się pierwsze, następnie przekazując dopiero bogactwo i rozwój cywilizacyjny mniejszym miejscowościom. W praktyce prowadziło to do pozbawiania tychże infrastruktury państwowej, w tym likwidacji poczt, komisariatów i sądów (przypomnijmy, że ta ostatnia reforma, prowadzona przez Jarosława Gowina, wywołała tak duży sprzeciw, że jeszcze za swoich rządów PO musiała się z niej wycofać), a także drenażu prowincji z młodzieży wsysanej przez molochy lub uciekającej na emigrację.

Dziś Platforma próbuje odwołać się do tego elektoratu, za wszelkie bolączki prowincji obarczając PiS i rzekome pozbawianie samorządów środków przez kolejne reformy. Wiara, patriotyzm i szacunek dla polskiej prowincji – to trzy filary, na których Donald Tusk trochę niespodziewanie spróbował w sobotę oprzeć nowy wizerunek swojej partii. Nie będzie to oparcie stabilne i długotrwałe.

Do nowej, „konserwatywnej” Platformy nie ma co się przyzwyczajać.
 

 

Źródło:

Krzysztof Karnkowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo