Do więzienia trafił przypadkiem. Wstrząsająca historia Polaka w Indonezji

W listopadzie miną trzy lata odkąd Jakub Skrzypski został osadzony w areszcie w trudno dostępnym górskim miasteczku na wschodzie Indonezji. Pochodzący z Olsztyna podróżnik odsiaduje wyrok 7 lat więzienia za to, że spotykał się z separatystami.

zdjęcie ilustracyjne/ pixabay.com/@Ichigo121212

"Jakub Skrzypski znalazł się niewłaściwym miejscu w niewłaściwy czas" - uważa ekspert z Centrum Badań nad Społeczeństwami Wieloetnicznymi Polskiej Akademii Nauk (PAN), Michał Sęk.

Polski podróżnik był pierwszym cudzoziemcem skazanym na podstawie Artykułu 106 indonezyjskiego kodeksu karnego, mówiącego o zdradzie stanu – zarzut ten zwykle stawia się osobom dążącym do oderwania części terytorium państwa.

Latem 2018 roku 39-letni wówczas Jakub Skrzypski, który wcześniej wiele razy odwiedzał Indonezję, trafił do Papui Zachodniej – najdalej na wschód wysuniętego regionu kraju, w którym od kilkudziesięciu lat tli się zbrojne powstanie. Tam, w ramach wyprawy kulturoznawczej - jak później utrzymywał - odbył spotkania z miejscowymi działaczami niepodległościowymi. Po jednym z takich spotkań w miasteczku Wamena zatrzymali go indonezyjscy mundurowi. Według policji przy jednym z trzech członków Ruchu Wyzwolenia Papui (Organisasi Papua Merdeka; OPM), z którymi widziano Polaka, znaleziono amunicję.

Mężczyźnie zarzucono, że współpracował z członkami papuaskich organizacji separatystycznych i dokumentował ich działania, zamierzając – jak podkreślała prokuratura – popularyzować ich postulaty w Europie. Oskarżono go także o rzekome planowanie pomocy w dostarczeniu partyzantom broni. Jakub Skrzypski przekonywał, że był jedynie ciekawskim turystą, który rozmawiał z aktywistami legalnie działających grup, ponieważ był szeroko zainteresowany społeczeństwem i kulturą regionu.

Jeszcze przed formalnym postawieniem zarzutów prowincjonalna policja zorganizowała konferencję prasową, na której przedstawiła cudzoziemca jako handlarza bronią, insynuując, że mógł dołączyć do jednej z papuaskich organizacji zbrojnych albo być obcym agentem.

Miały to potwierdzać publicznie zaprezentowane zdjęcia z Facebooka zrobione na sportowej strzelnicy w Szwajcarii, gdzie Polak mieszkał. Później przedstawione dowody obejmowały nośniki elektroniczne i rozmowy prowadzone w mediach społecznościowych. W telefonie Skrzypskiego znaleziono szkic proklamacji niepodległości Papui Zachodniej i wykonane przez niego nagrania wideo z oświadczeniem ważnego członka Komitetu Narodowego Papui Zachodniej (KNPB).

Choć w niedokończonej internetowej wymianie wiadomości z poznanym w sieci miejscowym studentem Simonem Magalem, który pomagał Skrzypskiemu w dotarciu do wielu osób na miejscu, Polak enigmatycznie obiecał pomoc przy pozyskiwaniu broni, to ostatecznie zarzuty posiadania czy handlu bronią nie znalazły się w akcie oskarżenia.

Adwokatka podróżnika, Latifah Anum Siregar, podkreślała, że materiał dowodowy jest bardzo słaby. Mimo to wystarczył on, by oskarżonego skazać w maju 2019 roku na 5 lat więzienia, a Simona Magala wysłać za kratki na 4 lata. Podróżnik i jego prawnicy złożyli kolejno apelację i wniosek o kasację, ale Sąd Najwyższy odmówił jej i ostatecznie podwyższył wyrok do 7 lat (prokuratorzy domagali się dziesięciu).

Zarówno obrona, jak i organizacje broniące praw człowieka uznały proces za polityczny. Na uchybienia proceduralne podczas postępowania sądowego zwracało uwagę także polskie ministerstwo spraw zagranicznych. Oskarżonemu turyście m.in. próbowano wyznaczyć adwokata z urzędu i utrudniano kontakty z konsulem. Skrzypski i jego obrońcy wskazali też, że obecna na sali sądowej tłumaczka źle wywiązywała się ze swoich zadań, a w protokole z przesłuchań pojawiły się nieścisłości. Problemem dla zespołu adwokatów i polskich konsulów była także niedostępność Wameny, do której do niedawna nie prowadziła żadna przejezdna droga, a transport odbywa się głównie samolotami. Cały region Papui jest położony ok. 4 tys. kilometrów od Dżakarty.

Międzynarodowe organizacje pozarządowe Tapol, Human Rights Watch i Amnesty International wezwały do uwolnienia podróżnika. Zarówno one, jak i Parlament Europejski uznały polskiego obywatela za więźnia politycznego. Europarlamentarzyści w przyjętej w październiku 2019 roku rezolucji wyrazili obawę o życie Polaka z powodu protestów i krwawych zamieszek, które wybuchły w regionie rok po jego aresztowaniu, wezwali do uwolnienia Skrzypskiego i odesłania go do Polski.

Polscy dyplomaci w Dżakarcie wielokrotnie spotykali się w jego sprawie z ministrem prawa i praw człowieka Yasonną Laoly. Poprzedni szef MSZ Jacek Czaputowicz kilka razy podnosił sprawę polskiego turysty w rozmowach ze swoją indonezyjską odpowiedniczką Retno Marsudi, a konsul w Dżakarcie wysyłał noty do szeregu instytucji. Wiele z nich pozostało bez odpowiedzi.

Sytuację częściowo wyjaśnia historia konfliktu w Papui Zachodniej, trwającego od lat sześćdziesiątych XX wieku. Rząd w Dżakarcie, po kontrowersyjnym referendum w 1969 roku przejął kontrolę nad dawną holenderską kolonią. Odtąd jej mieszkańcy oskarżają siły bezpieczeństwa o rutynowe łamanie praw człowieka, a pochodzące z Jawy elity – o odbieranie im ziemi i rabowanie bogactw naturalnych. Jakub Skrzypski przyleciał do regionu w czasie, gdy trwała tam kolejna fala walk między rządowymi siłami bezpieczeństwa i miejscowymi bojownikami.

Jak zaznacza Michał Sęk z Centrum Badań nad Społeczeństwami Wieloetnicznymi Polskiej Akademii Nauk (PAN), olsztynianin wmieszał się w głęboko polityczny spór i niewykluczone, że jego przykładne ukaranie miało posłużyć do zniechęcenia innych osób, które chciałyby bronić praw walczących o niepodległość Papuasów.

- Elity (władzy) w Dżakarcie, zwłaszcza po ogłoszeniu niepodległości Timoru Wschodniego, obawiają się efektu domina i oddzielenia się kolejnych prowincji. Dlatego każdy separatyzm widzą jako zagrożenie

- wyjaśnia badacz. - Jakub Skrzypski popełnił błąd spotykając się z członkami papuaskich organizacji w chwili, gdy w regionie trwała eskalacja - dodaje Michał Sęk.

Andreas Harsono z indonezyjskiego biura Human Rights Watch zwraca uwagę, że rząd od dziesięcioleci ogranicza dostęp do Papui pracownikom pozarządowych organizacji pomocowych i dziennikarzom. - Samo przybycie cudzoziemca, ktory nie byłby pracownikiem firmy górniczej czy plantacji oleju palmowego do Papui Zachodniej jest aktem politycznym - podkreśla Harsono. - Dlatego uważamy Jakuba Skrzypskiego za więźnia sumienia - wyjaśnia.

Mimo takiego stanowiska międzynarodowych instytucji władze twierdzą, że trzymają się miejscowego prawa. Po podwyższeniu Polakowi wyroku rzecznik indonezyjskiego MSZ Teuku Faizasyah zapewnił, że jest on traktowany zgodnie z indonezyjskimi przepisami, jego prawa zostały zagwarantowane, zaś zarzuty ze strony Parlamentu Europejskiego i polskiej dyplomacji są nieuzasadnione.

Pod koniec kwietnia obrońcy Skrzypskiego złożyli do prezydenta Joko Widodo wniosek o jego ułaskawienie. Adwokatka skazanego, Latifah Anum Siregar, przekazała jednak PAP, że podjęcie decyzji tej w sprawie może zająć nawet dwa lata i nie ma pewności, że będzie pozytywna. Na odpowiedź czeka także list polskiej ambasador do indonezyjskiego przywódcy, w którym wskazano na pogarszający się stan zdrowia i bezpieczeństwo polskiego więźnia.

Jak ocenia Michał Sęk z PAN, konflikt w Papui Zachodniej jest permanentny i od czasu do czasu zaognia się erupcjami przemocy po obu stronach. Jego zdaniem nawet, jeśli uwięziony Polak jest w tej chwili relatywnie bezpieczny, to sytuacja pozostaje niestabilna, a kolejny wybuch nowych walk w regionie jest tylko kwestią czasu.

 

Źródło: PAP, niezalezna.pl

am
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo