Stanisław Lem powraca

Powiedzieć, że futorolog Stanisław Lem przewidywał kierunki rozwoju ludzkości, to jak nic nie powiedzieć. Wybitny umysł zapisał nam przestrogę przed popadnięciem w niewolę technologii, która dziś ziszcza się na naszych oczach. Rok Stanisława Lema to pora na odświeżenie jego proroctw.

Pisarz jako jeden z nielicznych twardo i konsekwentnie twierdził, że technologia nigdy (!) nie będzie wolna od wad projekcyjnych ułomnego człowieka, że rozum ludzki zawsze (!) będzie poznawczo ograniczony, a scalanie człowieka z maszyną (transhumanizm) zaprowadzi ludzkość na manowce. Gdyby w największym skrócie streścić świat Lema, byłoby to twierdzenie o niemożliwości zrozumienia świata przez ludzki umysł. Żadne kosmiczne podróże, gigantyczne komputery czy spotkania z mieszkańcami innych planet nie dadzą nam wymarzonej utopii, nie rozwiążą naszych problemów, nie pomogą w codziennych rozterkach. 

Człowiek Stanisława Lema

Człowiek u Lema staje więc przed światem, kosmosem, nauką ze swoim rozumem i im więcej próbuje odkryć, tym bardziej jest zagubiony. Głębokie poznanie jest niemożliwe, kontakt z istotami pozaziemskimi jest daleki od jakiegokolwiek zrozumienia, bo homo sapiens wszędzie przykłada swoją miarę, stosując owe motto, że „człowiek jest miarą wszechrzeczy”, a jednak okazuje się, że nie jest – i dlatego jego percepcja wciąż brnie w ślepe zaułki.
Tę pseudorozumność Lem przedstawiał w wielu powieściach, ale przytoczmy tę mniej znaną i nie z gatunku science fiction, lecz… kryminału-dreszczowca. W „Śledztwie” przenosimy się do otulonego mgłą Londynu, na którego obrzeżach w dziwnych okolicznościach znikają z kostnic zwłoki. Znikają tak, jakby ktoś je zabierał albo… same budziły się i wychodziły z pomieszczeń. Bohater detektyw rusza do akcji i operuje najwyższymi zdolnościami logicznymi i statystycznymi, odnajdując tropy prowadzące do ekscentrycznego naukowca. 

Brzmi to dość standardowo jak na ten gatunek literatury, a jednak śledczy natrafiają na ścianę. Uczony przedstawia im koncepcję, w której powody znikania zwłok są kompletnie nie do wytłumaczenia. Nie zdradzając do końca fabuły, można wspomnieć, że przy każdym incydencie ze zwłokami pojawiały się te same okoliczności pogodowe, podobne odległości od orientacyjnych punktów Londynu, a wreszcie i zdechły kot. Jaki to ma związek?… Nie wiemy – i nie dowiemy się. Nie dowie się tego detektyw, czytelnik, a nawet naukowiec nie może być pewny, czy jego koncepcja jest trafna. Świat to wielka zupa z milionami kawałków, które człowiekowi – homo sapiens jako takiemu – jawią się jako logicznie powiązane elementy. Tymczasem świat się wymyka z tych błahych, sztywnych, płytkich narzędzi poznawczych człowieka.

„Człowiek rozumny to człowiek statystyczny” – tłumaczy w jednej z końcowych scen przenikliwy bohater. „Czy dziecko będzie piękne czy brzydkie? Czy muzyka da mu rozkosz? Czy dostanie raka? O tym wszystkim decyduje gra w kości. (…) O spotkaniu kobiety, którą pokocham, o mojej długowieczności, o wszystkim decyduje normalny rozkład statystyczny, więc może także o tym, czy będę nieśmiertelny? Może ona staje się czyimś udziałem na ślepo, przez przypadek, od czasu do czasu, tak jak uroda lub kalectwo? A skoro nie istnieją jednoznaczne przebiegi, skoro rozpacz, piękno, radość i brzydota są dziełem statystyki, statystyką jest podszyte nasze poznanie, istnieje tylko ślepa gra, wiekuiste układanie się przypadkowych wzorów” – czytamy w wywodzie. Uznajemy coś za fakty i za procesy, lecz docieramy tylko do ich zewnętrznych objawów, nie rozumiejąc istoty rzeczy. 

„Nieskończona liczba rzeczy szydzi z naszego umiłowania Ładu. Szukajcie – a znajdziecie; zawsze w końcu znajdziecie, jeżeli będziecie tylko dość żarliwie szukali, statystyka bowiem niczego nie wyklucza, czyni wszystko możliwym, jedynie mniej lub więcej prawdopodobnym. Historia zaś jest ziszczaniem się brownowskich ruchów, statystycznym tańcem cząstek, które nie przestają marzyć o innym doczesnym świecie” – czytamy w uniwersalnym wykładzie, który pasuje zarówno do historii o znikających zwłokach, jak i do naszych ogólnoludzkich pragnień poukładania i wielkich zjawisk, takich jak ekonomia, polityka międzynarodowa, po indywidualne marzenia o szczęśliwej rodzinie czy życiu w zdrowiu. 

Lem podnosił tu rolę przypadku czy niezrozumiałych zjawisk, by utrzeć nosa myślicielom XX w., którzy uwierzyli, że rozmontowali ludzkość niczym zegarmistrz, przesuwający trybiki skomplikowanego urządzenia. Nic z tego, twierdził Lem, i jednocześnie w inteligentny sposób wyszydzał miażdżącą większość literatury science fiction.

Spokojnie z tymi kosmitami

Tak jak w jego „Śledztwie” nie znajdujemy rozwiązania, tak w jego powieściach o kosmitach nie odnajdujemy… kosmitów. Lema irytowały wyobrażenia obcych jako zielonych, szarych czy niebieskich ludzików, stworów z wieloma oczami czy rękami, bo jeśli istnieje jakaś forma życia poza Ziemią, to może ona mieć kształt, który naszym ciasnym wyobrażeniom w ogóle nie przypomina życia! 

Najwyższym wyrazem tej koncepcji jest dwukrotnie ekranizowana powieść „Solaris” i równie udana książka „Głos Pana”. W obu przypadkach „życie” pozaziemskie nie przypomina życia w sensie małych komórek, a próba skomunikowania się z tą inteligencją bohaterom Lema się nie udaje. Solaris to planeta-bóg, która nieco manipuluje ziemskimi badaczami, ale robi to być może mimochodem, bez kompletnego zwracania uwagi na wstrząsające konsekwencje, jakie dziwne zjawiska wywołują u kosmonautów. I tutaj pisarz znowu daje prztyczka w nos – my, ludzie, nie jesteśmy znowu tacy ważni, by kosmici zawracali sobie nami głowę. W „Głosie Pana” na Ziemię dociera tajemniczy sygnał z odległych galaktyk, ale pomimo całego wysiłku ludzkości udaje się jedynie zrozumieć, że jest w nim jakaś treść, ale jaka – nie wiemy. Zdecydowanie hollywoodzkie produkcje ze spektakularnymi zwycięstwami Ziemian nad obcymi cywilizacjami nie znajdują u polskiego pisarza nawet cienia odbicia.

Spokojnie z tymi maszynami

I tak jak człowiek nie potrafi porozumieć się z kosmitami, tak samo maszyny są taką inną kategorią bytu, że ich funkcje odrywają się od celów ich konstruowania. I tak oto superkomputer Golem XIV nie jest zainteresowany dylematami ludzkości, jest znudzony „ludzką” nauką i w końcu opuszcza swoich konstruktorów. W „Bajkach robotów”, tworzonych w nieco komediowej wersji, mechaniczne stwory żyją stylem podobnym do ludzkiego, bo przejęły nawyki swoich konstruktorów, ale jednak robiły to inną drogą. Podobnie w jednym z opowiadań o pilocie Pirxie bohater odkrywa, dlaczego bardzo zaawansowany technologicznie statek kosmiczny zawiódł – programował go człowiek z czymś na podobieństwo nerwicy natręctw, więc swoje kompulsywne nawyki przekazał maszynie.

Zatem nie panujemy nad swoimi dziełami, co oczywiście ma konsekwencje także w zakresie militariów. W powieści „Pokój na Ziemi” ludzkość przeniosła technologie zbrojeniowe na Księżyc, ale tam komputery wytworzyły własną subkulturę, realizując plany, o których człowiek wcześniej nawet nie myślał – znacznie bardziej skomplikowane niż filmowe „bunty robotów”. W innym dziele Lema wehikuł czasu, znany z setek utworów literackich i filmowych, ma jeszcze jeden skutek, o którym nikt nie wspomniał – podczas przenoszenia się w przyszłość, np. o sto lat, o tyle właśnie starzeją się komórki podróżnika. W efekcie: podróżnik w czasie ląduje w przyszłości jako rozłożone zwłoki.

Można więc półżartem podsumować, że Stanisław Lem wzorem stetryczałego geniusza obnażał nielogiczne koncepcje innych twórców science fiction, ale robił to wszystko w obrębie swojej spójnej wizji relacji człowieka i jego technologii – człowiek jako przekonany o swojej wielkości odkrywca i świat, który tę wielkość ma w głębokim poważaniu.

Gates i Musk nie czytali Lema

Rzecz nie w tym, by powiedzieć o trafnych przewidywaniach pisarza czy o ostrzeżeniach przed nowymi technologiami. Lem po prostu kreował wizerunek człowieka i świata, który można uniwersalnie przyłożyć do różnych wyzwań ludzkości i sprawdzić, co z tego wyniknie. Jeśli więc w amerykańskiej Dolinie Krzemowej rozpowszechnia się wiara, że umysł ludzki przeniesiemy do komputera, o czym może i marzy Bill Gates, albo że osiągniemy nieśmiertelność, o czym wspomina Elon Musk, to Lem by z tego zadrwił, tak jak z przekonania, że spotkamy UFO i wymienimy się technologiami. Nic z tych zaawansowanych planów nie wyjdzie nam zgodnie z oczekiwaniami, to znaczy może i przeniesie się jakąś część świadomości do komputera, ale nasze ograniczenia poznawcze przeoczą jakiś kluczowy element układanki, który wywoła dramatyczne skutki. 

Być może totalitaryzmy. Nie tylko takie jak ten w „Powrocie z gwiazd”, gdzie człowiek musi się szprycować narkotykami, ale takie, gdzie gubimy motyw, kto, dlaczego i w jaki sposób rządzi. Kilka lat temu w książce „Samobójstwo Oświecenia” pisał o tym profesor Andrzej Zybertowicz i jego zespół socjologów, ale badacze widzieli już przy tym rozwój internetu, telefonów komórkowych i tysiąca innych mediów, podczas gdy Lem przepowiadał to pół wieku temu – gdy w polskich domach w planie maksymalnym można było dostać czarno-biały telewizor! 

I znowu ze „Śledztwa” wyciągnijmy jeden z wywodów o przekazywaniu władzy anonimowej technologii, choć pisarz osadził ją w realiach współczesnej sobie zimnej wojny: „Budowanie coraz większych urządzeń do rozważań strategicznych oznacza (…) konieczność zwiększania ilości faktów, jaką ładuje się w taki mózg. To z kolei oznacza rosnące panowanie tych urządzeń nad zbiorowymi procesami w społeczeństwie”. Tu padają arcyważne słowa.

„Jeżeli się taki mózg zbudowało, to trzeba go słuchać” – konstatuje Lem, który w powieściach stwarza wielkie wynalazki mające służyć panom, a okazuje się, że same stają się panami. Przyczyną jednak – i to wyróżnia Lema od innych futurologów i wizjonerów science fiction – jest nie złowieszczość pozaziemskiej czy sztucznej inteligencji, lecz ułomność natury ludzkiej. Na każdej ulicy możemy zresztą zobaczyć dzieciaki owładnięte takim „mózgiem”, smartfonem, który miał im pomagać w komunikacji, a zniewolił ich reakcje, relacje i myślenie.

Obecnie, w trzeciej dekadzie XXI w., idee transhumanizmu rozwijają się w najlepsze – mówią o połączeniu mózgu i ciała ludzkiego z komputerem. Bogowie Doliny Krzemowej wierzą we wszystko, co pół wieku temu Lem określił jako kompletne niezrozumienie i technologii, i ludzkiego myślenia. Za kilka, kilkanaście lat przekonamy się, kto był bardziej przenikliwy.

Granica człowieczeństwa

Znając koncepcję idei Platona czy Kartezjańską wizję „człowieka jako ducha w maszynie”, można by przypuszczać, że autor „Solaris” niewiele wniósł do literatury. Jednak osadzenie dylematów staro- i nowożytnych filozofów w skomputeryzowanym świecie pokazało nowe horyzonty. Bo tworzenie sztucznej inteligencji albo konstruowanie osobowości może wywrócić świat ludzkich wartości.

Przykłady Lema są mroczne, ocierające się o sadyzm albo nierozwiązywalne tragiczne dylematy. W roli przewodnika po paradoksach zabawy w stwórcę występuje często kosmiczny podróżnik Ijon Tichy. Odnajduje on jednego naukowca, który stworzył świat postaci ze sztuczną inteligencją (Lem pisze o „taśmach”, bo w tamtym czasie komputery czytały oprogramowanie z perforowanych taśm). Słowem: na komputerze szalonego konstruktora powstała cała miniludzkość funkcjonująca w swoich społecznościach. Ale naukowiec stworzył jedną postać, która ma wątpliwości i podejrzewa, że cały świat jest tylko iluzją, a jego otoczenie – zaprogramowaną sztuczną inteligencją. Informatyk niczym demiurg bawi się emocjami i wątpliwościami swojego bohatera, obserwując wykreowane osobowości jak szczury w klatce. Późniejszy o 50 lat kultowy już dzisiaj film „Matrix” jest jedynie płytką wersją Lemowej idei.

W innej przygodzie Ijon Tichy spotyka profesora Zazula, który klonuje ludzi, także siebie, a potem tych ludzi zabija… Tichy postanawia ukarać naukowca, ale oto na końcu dowiaduje się o złowieszczych okolicznościach klonowania, które... usprawiedliwiają zabójcę? Jeśli ktoś myśli, że to niemożliwe, niech sięgnie po „Dzienniki gwiazdowe” – Lem udowadnia, że rozpasane eksperymenty naukowe stworzą nierozwiązywalne dylematy i zatrą granice moralności. 

Nad innym zagadnieniem możemy się pochylić w opowiadaniu „Terminus” z pilotem Pirxem w roli głównej. W świecie przyszłości, obawia się Lem, naśladownictwo emocji czy pamięć maszyn będzie tak przekonująca, że nie sposób będzie ją odróżnić od uczuć ludzkich czy od pamięci człowieka. Ludzkie zachowania i reakcje oderwą się od człowieka i zaczną żyć poza nim – jak je traktować? Sklonowana dziewczyna w jednej z powieści Lema wie, że jest sklonowana, że jest niejako „gorsza”, ale czy to odbiera prawo do życia i do miłości, którą otrzymywał jej „oryginalny”, wcześniejszy odpowiednik?

Wynalazcy, odkrywcy i naukowcy chcący rozwiązać problemy ludzkości zachowują się w powieściach Lema niczym zadufane dzieci, które bawiąc się zapałkami w prochowni pełnej ładunków wybuchowych, chcą płomieniem oświetlić napis na ścianie. Oświetlą – ale potem wysadzą świat w powietrze.

Granica geniuszu

Lem jest bodaj jedynym autorem z państw komunistycznych, którego arcydzieło zekranizowano dwukrotnie – i to na dwóch politycznych biegunach świata – w USA i w ZSRS. Sowieci byli pierwsi, a przeniesieniem „Solaris” na srebrny ekran zajął się wybitny reżyser Andriej Tarkowski. Jego film z 1971 r. trudno dziś się ogląda, bo przedstawienie przyszłości wygląda tam nieco chropowato, nieudolnie, niemniej dzięki Tarkowskiemu świat jeszcze bardziej zainteresował się Lemem. W 2002 r. tę samą powieść zekranizował Steven Soderbergh, a w roli głównej wystąpił George Clooney. Ani amerykański, ani sowiecki film się Lemowi nie podobały, jednak krytycy literaccy podkreślają, że jego literatura jest właściwie nie do przeniesienia na ekran. Lem nie był futurologicznym gadżeciarzem, wymyślającym wynalazki dla uciechy widzów – u niego każda technologia służy do rozważania pierwotnych pytań o byt, świadomość, życie i śmierć. Owszem, można się zachwycać, jak to w „Powrocie z gwiazd” opisuje internet i książki elektroniczne (takie dzisiejsze e-booki), a w „Edenie” translator mowy, czyli coś jak dzisiejszy Google translate, któremu można coś powiedzieć w dowolnym języku, a on na dowolny język przetłumaczy. Dlatego po Lema mogą sięgać fani kosmicznych przygód, statków międzygwiezdnych czy świata robotów, ale czytelnik może w tej literaturze sięgać dużo, dużo głębiej.

Być może za głęboko sięgnął w te książki amerykański pisarz science fiction Philip Dick, autor takich kultowych dzieł, jak „Przedludzie” czy „Raport mniejszości”. W połowie lat 70. literat zasypał FBI listami z donosami na autora „Solaris”, twierdząc, że… Stanisław Lem nie istnieje. Amerykanin przekonywał, że za nazwiskiem Lem stoi tajna komórka komunistycznych służb specjalnych, która w powieściach zaszyfrowuje tajne treści dla szpiegów i naukowców. Dick uważał te powieści za zbyt genialne, zbyt różnorodne i wszechstronne, by mogła je napisać jedna osoba. Jego podejrzenia były podlane problemami psychicznymi, niemniej jako ceniony i kasowy twórca wiedział, jak oceniać dzieła science fiction. 

I właśnie w dziełach Lema można grzebać w nieskończoność, odkrywając w nich nowe tajemnice. Pisarz potrafił nawet napisać serię recenzji książek, które… nigdy nie powstały. Wymyślił ich sens, bohaterów, opisał je niczym krytyk literacki i to tak przekonująco, jakby je naprawdę przeczytał. No ale skoro był pisarzem podejrzewanym o nieistnienie, to cóż to było dla niego zrecenzować nieistniejące tytuły...


Tekst w pełnej wersji ukazał się w miesięczniku „Nowe Państwo” Numer 8 (1183)/2021

 

Źródło:

Jakub Augustyn Maciejewski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo