Filmowa wersja kilku wątków Cyberiady to wypisz wymaluj… Matrix. A jednak - Lem nie miał bestsellerów

Praktycznie żadna z przeszło czterdziestu książek Stanisława Lema nie stała się wielkim bestsellerem, który byłby na ustach wszystkich i namieszał w światowej kulturze. Pisarz, zapytany w 1995 r., czy nie czuje z tego powodu niedosytu, odparł: nie, w ogóle.

niestatystyczny.pl

"Moje książki sprzedają się równomiernie, przez cały czas" - powiedział Lem w rozmowie z Markiem Oramusem, zatytułowanej "Jestem Casanovą nauki" (1995).

Wybór najważniejszych książek Stanisława Lema jest więc zadaniem niewątpliwie trudnym.

Zapytany o to Marek Oramus, pisarz, krytyk, dziennikarz prowadzący witrynę o książkach pt. Galaktyka Gutenberga i autor książki pt. "Bogowie Lema", zaczął od "Kongresu futurologicznego" (1971), w którym Lem przedstawił groteskowy przykład procedowania futurologicznego w warunkach tłumnego zajmowania się tą dyscypliną. Na tytułowym kongresie naukowcy mają się wypowiadać o przyszłych losach cywilizacji. Ponieważ jednak zgłoszono 198 referatów i nie ma czasu ich wygłaszać - uczestnicy debaty musieli zapoznać się z nimi wcześniej. Kluczowe tezy są ponumerowane, co sprawia, że także dyskusja przebiega w sposób dość osobliwy.

"Stanley Hazelton z delegacji USA zaszokował od razu salę, powtarzając z naciskiem: - 4, 6, 11, z czego wynika 22; 5, 9 ergo 22; 3, 7, 2, 11, skąd wynika znowuż22!! – Ktoś wstał, wołając, że jednak 5, ewentualnie 6, 18 i 4; Hazelton odparował zarzut błyskawicznie, tłumacząc, że tak czy owak 22. Poszukałem w jego referacie klucza numerycznego i dowiedziałem się, że liczba 22 oznacza katastrofę ostateczną"

- relacjonował wysłany przez Lema na kongres Ijon Tichy, występujący również m.in. w "Dziennikach gwiazdowych" (1957) i "Wizji lokalnej" (1982).

"Mamy tu uwypuklone główne wady futurologii: stadne generowanie prognoz, ustalanie konsensu na podstawie tego, za czym opowie się większość, podatność werdyktu na zjawiska socjologiczne spoza pola problemowego, które się bierze pod uwagę" - ocenił Oramus.

"Kongres futurologiczny" zapowiadał ostateczny rozbrat Lema z futurologią, którą wcześniej - w latach sześćdziesiątych - wydawał się był zachwycać. "Nie dość, że nobilitowała ona jego zajęcie, dodając mu nimbu naukowości, to jeszcze sytuowała go w centrum mody naukowej" - wyjaśnił autor "Bogów Lema".

Na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku nastąpił światowy kryzys paliwowy - cena ropy naftowej skoczyła z 2 do 35 dolarów za baryłkę. Żaden futurolog oczywiście tego nie przewidział. W 1974 r. Lem opublikował w warszawskiej "Kulturze" artykuł pt. "Sonda w niebo i piekło przyszłości", w którym wykazywał, że futurologów mianuje potrzeba, a nie kompetencje, ekspertem w tej dziedzinie może zostać byle kto, i to na całe życie.

Futurologia z konfliktu z Lemem wyszła jednak bez większego szwanku - nadal istnieje. "Zajmują się nią poważne, w sensie – dobrze finansowane, instytuty. I póki pieniędzy nie zabraknie, póty futurologów będzie pełno, bo każdy lubi wziąć pieniądze za nic" - podsumował Oramus.

Sam Lem okazał się całkiem niezłym futurologiem - wymyślił przecież m.in. współczesny zalew informacyjny. W jednej z bajek w "Cyberiadzie" (1965) występuje pazerny na wszelką informację zbójca Gębon. "Trurl z Klapaucjuszem załatwili go w ten sposób, że mu dostarczyli informacji śmieciowych, które go utopiły w tonach wydruków. Z czymś takim mamy przecież do czynienia dziś, wystarczy wejść do internetu" - przypomniał autor "Bogów Lema".

"Cyberiada" pozostaje ważną pozycją w twórczości pisarza również ze względu na rys autobiograficzny, dostrzeżony przez Oramusa, któremu Trurl i Klapaucjusz, para mechanicznych konstruktorów, zawsze wydawali się dwoma odbiciami Lemowej osobowości. "Pierwszy - raptus, piekielnie zdolny, biegły w swoim fachu, lecz porywczość bez przerwy pakuje go w kłopoty. Drugi - chłodny sceptyk, do wszystkiego podchodzący z rezerwą" - napisał w "Nowej Fantastyce" (2006) po śmierci Lema. "Choć na co dzień Lem zachowywał się bardziej jak Klapaucjusz, dla mnie zawsze miał w sobie coś z Trurla, upartego, nieznośnego, za wszelką cenę dążącego, by postawić na swoim" - wyjaśnił.

Do kanonu nie tylko polskiej, lecz także światowej fantastyki należy bez wątpienia "Solaris" (1961), pierwszy utwór, w którym "poznawczy pesymizm Stanisława Lema dochodzi do głosu tak intensywnie" - ocenił poeta, krytyk, grafik i programista Paweł Kozioł (Culture.pl, 2011). Przy okazji - jest to jedno z niewielu dzieł pisarza, w którym występuje pełnowymiarowa postać kobieca.

"W swoim gatunku zajmuje ona miejsce, jakiego nie dostąpiło bodaj żadne inne polskie dzieło literackie: uważana jest za wzór klasyczny, wymieniana w najbardziej podstawowych kompendiach dotyczących literatury science fiction - obok dzieł Wellsa, Stapledona czy Dicka. Bibliografia prac krytycznych poświęconych tej powieści liczy ogromną ilość pozycji - we wszystkich ważniejszych językach, na które Lem był tłumaczony" - napisał o "Solaris" prof. Jerzy Jarzębski, autor "Wszechświatu Lema" (2002). Dodał, że książka "zawdzięcza zapewne swoje powodzenie niezwykle udatnemu zespoleniu potraktowanej serio problematyki Kontaktu z pełną emocji, romantyczną akcją".

Izraelski reżyser Ari Folman, który zrealizował film "Kongres", luźno nawiązujący do "Kongresu futurologicznego" (bez Ijona Tichego, którego zastąpiła grająca samą siebie amerykańska aktorka, producentka filmowa i telewizyjna, modelka, Robin Wright), w jednym z wywiadów nazwał Lema geniuszem, a "Solaris" - "najwybitniejszą powieścią wszech czasów".

Na marginesie: zmiana płci głównego bohatera, prawdopodobnie nie zyskałaby aprobaty Lema - uważał, że wprowadzanie postaci kobiecych dla podniesienia sprzedaży bądź z powodu politycznej poprawności jest "prostytuowaniem zawodu pisarskiego. "Kobieta wchodzi na scenę dopiero wtedy, kiedy jest niezbędna" - tłumaczył Oramusowi. "Korzystam z kobiecych bohaterów w taki sposób, jaki mam za stosowny. Political correctness gówno mnie obchodzi" - podkreślił.

"Solaris" doczekała się nawet wersji baletowej wystawionej w 1990 r. przez Państwowy Teatr Opery i Baletu w Dniepropietrowsku. "Myśl o tym, że Solaris zostało odtańczone, wydaje mi się prosto z Kobierzyna, z domu wariatów. Na szczęście Dniepropietrowsk jest na końcu świata" - skomentował ten fakt Lem w rozmowie z Łukaszem Maciejewskim zatytułowanej "Święty spokój" ("Kino", 2000).

"Techniki informacyjne utworzyły sytuację raju, w który rzekomo każdy, kto by tego chciał, może poznać wszystko, lecz jest to kompletna fikcja" - czytamy z kolei w powieści "Głos Pana" (1968). Próba odczytania sygnałów wyłapywanych z Kosmosu staje się "zwodniczą pułapką na czytelnika: przeglądem współczesnych teorii naukowych wraz z historią rozwoju wielu dziedzin wiedzy, choć głównie groteską – o uwikłaniu uczonych w politykę oraz o absurdzie wyścigu zbrojeń" - ocenił książkę Janusz R. Kowalczyk (Culture.pl, 2016).

"Nie jest to +powieść akcji+, ale przygód intelektualnych więcej tu niż awantur w westernie. I jak to często bywa z podobnymi przygodami, ich przeżycie może głęboko wpływać na osobę czytelnika, zmieniać jego wizję świata, pogląd na poznanie i wartości" - zaznaczył prof. Jarzębski.

"W obliczu obecnych wydarzeń światowych, przypominających obłąkańczy pęd ludzkości ku autodestrukcji, sceptycyzm Lema co do przyszłości planety Ziemia wpisuje się na listę tych jego przepowiedni, które się, niestety, spełniają wprost na naszych oczach" - pisał Janusz R. Kowalczyk w 2016 r. "Stanisław Lem, entuzjasta nowych technologii, niejednokrotnie ostrzegał, że biosfera naszej planety nie przyjmie ich w nadmiarze" - dodał.

"Niezwyciężony" (1964) zdecydowanie bardziej niż inne książki Lema, nawiązuje do batalistycznego, bardziej popularnego - by nie rzec: populistycznego i mało ambitnego, nurtu hard science fiction - którego emanacją są kultowe dziś filmowe "Gwiezdne wojny" George’a Lucasa (1977).

"Uderzającą cechą pisarstwa Lema jest jego metaliterackość: kosmiczne historie to nie tyle snuta z niezmąconą powagą prognoza przyszłego rozwoju ludzkości, ile pewien rodzaj gry z wcześniej usadowionymi w ramach fantastyki (i nie tylko) wzorcami pisania i wzorcami literackich światów, jakie produkuje niestrudzenie gatunek" - ocenił prof. Jarzębski w posłowiu do "Niezwyciężonego". "Gra z literaturą jest niezbędnym tłem, na którym pojawia się własna Lema refleksja na temat ludzkości i jej przyszłych losów" - dodał. "Przy czym refleksja ta niekoniecznie znajduje się w centrum kosmicznej awantury. Niekiedy trzeba ją dopiero odkryć, niejako na obrzeżu tego, co naiwnemu czytelnikowi zdaje się problemowym centrum fabuły" - podkreślił.

W epoce cywilizacji obrazkowej niewątpliwą miarą znaczenia książki jest jej ekranizacja - tu Lem, na pierwszy rzut oka, miał wielkiego pecha. Do realizacji filmu według "Kongresu futurologicznego" w reżyserii Andrzeja Wajdy w latach siedemdziesiątych nie doszło z powodów finansowych. Podobnie rzecz się miała z wcześniejszą próbą ekranizacji "Powrotu z gwiazd" (1961), podjętą przez Aleksandra Forda. "Bardzo chciał ten film realizować, ale jeszcze bardziej chciał na nim zarobić. Ponieważ musiałaby to być droga, duża produkcja, Ford liczył na zachodnich partnerów z workami pieniędzy. Jak wiadomo - nie doczekał się" - tłumaczył Lem w rozmowie z Maciejewskim.

"Stanisław Lem o adaptacjach swojej literatury wyrażał się jako chałach i pasztetach" - napisała Magdalena Głowacka w artykule pt. "Co powiedziałby Lem, gdyby zobaczył +Kongres+", opublikowanym na stronie sfp.org.pl (2012).

Stosunkowo wcześnie, ale nieskutecznie, proza Lema trafiła do Hollywood. "Tych ofert była cała masa, Disney chciał na przykład realizować pierwsze opowiadania z cyklu Przygód Ijona Tichego. Najlepszy interes z Amerykanami zrobiłem na przełomie lat sześćdziesiątych. Wówczas Michael Rudesone kupił ode mnie prawa do realizacji Niezwyciężonego. Uważam, że Niezwyciężony jest utworem, który bardzo dobrze mógłby sprawdzić się na ekranie. Jest widowiskowy, ma niesamowitą scenerię: latające chmury insektów. Realizacja takiego filmu musiałaby jednak kosztować fortunę, a byłby to jednak projekt komercyjnie dosyć ryzykowny. Dlatego Rudesone przez cztery lata bezskutecznie szukał producentów, przy okazji płacąc mi należne, niebagatelne tantiemy za przedłużanie opcji. Film w końcu nie powstał, a byłby zapewne okropny, za to ja sporo zarobiłem. Miłe wspomnienia" - opowiadał Lem Maciejewskiemu.

"Wszystkie ekranizacje swej prozy, poza +Przekładańcem+ (1968) Andrzeja Wajdy, uważał za nieudane. O znakomitej adaptacji +Szpitala Przemienienia+ (1978) Edwarda Żebrowskiego, o cenionym przez miłośników fantastyki oryginalnym +Solaris+ (1972) Andrieja Tarkowskiego wyrażał się z zadziwiającym lekceważeniem, bo reżyser z jego fascynacji tajemnicami kosmosu zrobił liryczną przypowieść o tęsknocie za Ziemią. O socrealistycznej +Milczącej gwieździe+ (1959) Kurta Maetziga wg +Astronautów+ źle mówi Lem i krytyka, choć miłośnicy sentymentalizują tę ekranizację" - przypomniał Maciej Parowski, pisarz, dziennikarz i publicysta. "Lem chciał kina wielkiego, mądrego, wręcz dosłownie wiernego swojej prozie, a wszystko to okazywało się niemożliwe" - napisał w artykule pt. "Lem w kinie" (2006).

Trzeba dodać, że Lemowi spodobał się też spektakl telewizyjny "Wyprawa profesora Tarantogi" (1991) w reżyserii Macieja Wojtyszki. "Odnalazłem u Wojtyszki pełne pokrewieństwo duchowe z moim własnym spojrzeniem na ten tekst, który jest przecież satyryczny, a nawet groteskowy" - wyjaśnił.

Stanisław Lem światowego kina fantastycznego zdecydowanie nie cenił, nawet filmowych dokonań z najwyższej półki, dostrzegając w nich jedynie gry banałami i eksplozje efektów. Jedynym reżyserem wymienionym przez autora "Fantastyki i futurologii" w dwóch grubych tomach pozostaje Stanley Kubrick - twórca "Mechanicznej pomarańczy" (1971), "Doktora Strangelove'a lub jak przestałem się martwić i pokochałem bombę" (1964) i "2001: Odysei kosmicznej" (1968). Tym ostatnim filmem nie był jednak zachwycony. "Moim zdaniem komputer, który opanowuje statek kosmiczny, musi mieć jednak trochę poważniejsze motywacje od potrzeb twórczych. Chciałbym się dowiedzieć, z jakich pobudek to robi, jaki jest sens artystyczny, poznawczy, etyczny, czy moralny podobnych działań" - powiedział Maciejewskiemu.

"Lema pisarza, intelektualistę, wizjonera, filozofa… interesowały idee, byty kosmiczne, postępy technologii, pułapki cywilizacji, konfrontacje kosmicznych inteligencji, olśniewające wielopoziomowe gry językowe — film zdawał się nie dysponować dla tych spraw językiem ani stanowić dla nich areny. W odwrotną stronę magia działała znakomicie — reżyserzy marzyli o filmowaniu jego dzieł — ale ten fakt mało dla pisarza znaczył" - napisał Parowski. "Także kino wysokie, kino w ogóle, właściwie nie funkcjonuje w Lemowej eseistyce jako system kulturowych odwołań" - dodał.

"Być może powstają na świecie bardzo wybitne filmy, do których nie mam dostępu. Ale też nie mam ochoty siedzieć ranki i wieczory przed ekranem telewizora w poszukiwaniu arcydzieła. Mówiąc prawdę, ja to olewam" - opowiadał Lem Maciejewskiemu. Wspominał, jak na przy pracy nad scenariuszem "Solaris" wściekły tupał nogami i krzyczał do Andrieja Tarkowskiego - "wy, durak!".

"Powtarzające się konflikty Lema z filmowcami, z Tarkowskim, z Żebrowskim (skrytykowaną przez Lema wersję "Szpitala Przemienienia" wielu uważa za znakomitą), sprowadzają się do jednego: Lem uważa, że pisarz jest właścicielem swych przesłań i puent, że co zostało napisane, powinno być sfilmowane. Tymczasem kino, jak chciał Tarkowski, jest procesem wtórnej kreacji, jest przekształcaniem sztuki przez sztukę. Nie prostą obrazkową repliką prozy" - wyjaśnił Maciej Parowski. "Kultura jest jednością, dziedzina wyobraźni jest tworem zbiorowym, wielki pisarz udziela owej sferze swego ducha, a ten krąży, kędy chce. Niefilmowość Lema nie jest faktem — jest metaforą, kryptonimem, żartem, paradoksem. To znaczy — także faktem" - zaznaczył.

Jego zdaniem "najcelniejsze utwory Lema właściwie doczekały się ekranizacji". "Dzienniki gwiazdowe", a zwłaszcza najważniejszą "Podróż jedenastą" sfilmował Jean-Luc Godard, dając filmowi "dla niepoznaki" tytuł "Alphaville" (1965). "Filmowa wersja kilku wątków Cyberiady to wypisz wymaluj… Matrix. Ekranizację Głosu Pana tylko dla zmyłki nazwał Zemeckis Kontaktem według Karla Sagana. Niektóre przetworzone partie Niezwyciężonego rozpoznamy przy odrobinie dobrej woli w pierwszym Alienie Scotta. Dyskretny urok burżuazji Bunuela ewidentnie rozwija motyw Doskonałej próżni, konkretnie tekstu Simon Merril: Sexplosion. Wiele momentów Pamięci absolutnej ze Schwarzeneggerem przypomina niepokojące motywy Lemowego Powrotu z gwiazd. Z kolei zanim Lem napisał Solaris (1961), to Fred M. Wilcox już przeniósł trawestację tej powieści na ekran pod tytułem Zakazana planeta (1956)" - zsumował, z właściwym sobie poczuciem humoru, Maciej Parowski listę najważniejszych pozycji w dorobku literackim Stanisława Lema.

 

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Magdalena Żuraw
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo