Ósemka Lascheta – gabinet cieni do zadań specjalnych 

W 1957 r. chadecy szli do wyborów z hasłem „Żadnych eksperymentów!”. 64 lata później Armin Laschet idzie do Kanzleramtu z jego zmodyfikowaną wersją: „Eksperci zamiast eksperymentów”. Nawiązanie do ery Konrada Adenauera i historycznego zwycięstwa CDU nad SPD, kiedy konserwatyści zdobyli absolutną większość w parlamencie, jawi się dziś jako akt rozpaczy, a nie siły.

Armin Laschet
fot. Sicherheitskonferenz - Own work, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=104904064

Jest rok 1957. Kto ma w Niemczech telewizor, może obejrzeć rysunkowy filmik wyborczy ukazujący kanclerza Konrada Adenauera, który niczym operator dźwigu pociąga za kolejne dźwignie, czym zapewnia państwu niemieckiemu stabilność gospodarczą, NATO-wski parasol ochronny i przewidywalność. A wszystko to pozwala Niemcom spać spokojnie. I nagle w nocy sen społeczeństwa zakłócają różne wątpliwości zasiewane przez ludziki w czarnych strojach i oprychówkach – to politycy SPD. I Niemcy mają wybór – niewiadome eksperymenty czy chadecki porządek bazujący na dobrobycie i bezpieczeństwie. Z dzisiejszej perspektywy spot wyborczy z animowanym Adenauerem broniącym „dźwigni NATO i rozwoju gospodarczego” przed zakusami rzezimieszków z SPD jest zabawnym reliktem pierwszych lat powojennej niemieckiej walki o dusze wyborców, ale i gorzko przypomina dzisiejszej CDU, jak bardzo przez ostatnie 60 lat z okładem rozmieniła się na drobne. Wtedy zdobyła 50,2 proc. głosów, dziś oscyluje wokół 20 proc.

Walka o polityczne przetrwanie

Trzy tygodnie przed wyborami do Bundestagu CDU wciąż nie może dogonić SPD, które według ostatnich sondaży wyprzedza partię Lascheta nawet o 5 pkt proc. Pytanie, czy wskrzeszanie haseł wyborczych z czasów świetności partii jest właściwą strategią, aby odwrócić ten trend. Apelowanie do sumień generacji, które Adenauera i jego czasy znają głównie z podręczników szkolnych, może się okazać ryzykowne, ale jak widać CDU nie ma lepszej odpowiedzi na spadki notowań i zawieruchę wokół samego lidera partii.

Zdaniem niemieckich komentatorów Armin Laschet już nawet nie tyle walczy o kanclerstwo, ile o własną przyszłość w polityce i jeżeli zamiast do zwycięstwa poprowadzi chadeków w ławy opozycji, słono zapłaci za swoją nieudolność menedżerską. Ponieważ coraz częściej mówi się o CDU jak o firmie potrzebującej dobrego zarządzania i zgranego zespołu. I taki niby zgrany zespół przedstawił 3 września na konferencji prasowej Arnim Laschet. Osiem nazwisk, niekoniecznie tych najbardziej prominentnych (przez co od razu narobił sobie wrogów we własnym mateczniku) i nie wszystkie kojarzone z polityką. I tak finansami w teamie Lascheta zajmie się jego niedawny konkurent i bożyszcze konserwatywnego skrzydła CDU – Friedrich Merz, cyfryzacją – Dorothea Bär z CSU, obecna pełnomocnik rząd Angeli Merkel ds. cyfryzacji, kulturą i innowacją – Joe Chialo (CDU), menedżer muzyczny kandydujący do Bundestagu z berlińskiej dzielnicy Spandau, polityką społeczną – Barbara Klepsch (CDU), była minister Saksonii ds. społecznych i praw konsumentów. O rodziny zadba Silvia Breher, jedna z pięciu wiceprzewodniczących CDU, Karin Prien, minister edukacji landu Szlezwik-Holsztyn, zajmie się edukacją oczywiście, Andreas Jung, wiceszef frakcji CDU/CSU w Bundestagu, zadba o kwestie klimatyczne, Peter Neumann – jeden z najciekawszych ekspertów zwabionych przez Armina Lascheta – to z kolei specjalista ds. terroryzmu, który w zespole przyjrzy się bezpieczeństwu narodowemu, ale to poza granicami Niemiec. 

Sama idea powołania zespołu przez Lascheta została od początku ukazana jako przewaga jakościowa nad kandydatem SPD, Olafem Scholzem, który zespołu nie powołał, ale na nieszczęście CDU wygrał zeszłotygodniową debatę kandydatów w telewizji i podbił serca aż 36 proc. widzów show. Niepozorny minister finansów, bez cienia charyzmy referujący program partyjny, na tyle ujął widzów telewizji RTL i ntV, że uznali go nie tylko za najlepszego kandydata na kanclerza Niemiec, lecz także najsympatyczniejszego. Ofensywna i żywo gestykulująca Annalena Baerbock (Zieloni) i całkiem dobrze przygotowany merytorycznie Arnim Laschet nie zdołali oczarować Niemców, mało tego – jak wynika z ostatniego rankingu popularności (ZDF z 3 września), Laschet „cieszy się” sympatią na poziomie… minus 0,8, a Baerbock minus 0,5. 

Nadchodzą ciężkie czasy

Wszystkie te elementy nie umknęły uwadze niedoszłego kandydata CDU/CSU do Kanzleramtu i szefa siostrzanej CSU, Markusa Södera. W niedzielnym wywiadzie dla „Welt am Sonntag” Söder uspokajał, że jeszcze wszystko się może zmienić, ale jeżeli nie, to chadecy mogą wylądować w ławach opozycji i wtedy – jak to ujął Söder – „nastąpią ciężkie czasy”. Zdaniem polityka celem chadeków powinno być zbudowanie najsilniejszej frakcji w Bundestagu, by zapobiec utworzeniu rządu SPD-Zieloni i Linke. Przypomniał, że pod koniec rządów koalicji SPD i Zielonych w Niemczech było 5 mln bezrobotnych, ponieważ „skręt w lewo zawsze oznacza wzrost bezrobocia i zadłużenie”. Ostrzeżeniami Södera nie przejął się raczej Olaf Scholz, który w tym czasie już zdążył zakomunikować, że jak najbardziej wyobraża sobie koalicję SPD z Zielonymi, a na przystawkę nawet z FDP. Scholz jechał wtedy z wiecu w Getyndze na kolejny w Lipsku. Z transparentami, w białej koszuli, bez krawata i zespołem muzycznym wygrywającym w ramach suportu dla lidera SPD hity takie jak „Simply the best”. A kiedy nagrania z wieców zaczęły trafiać do sieci, znaleźli się sympatycy Scholza, którzy ubolewali nad tym, że „zawsze się go przedstawia jako jakiegoś przynudzającego Scholzomata, a on jest pełen pasji i zaangażowania”. Przypominamy: Martin Schulz był swego czasu „spętanym olbrzymem”, a w Getyndze na jego wiec wyborczy przyszło nie 2 tys. – jak do Scholza – ale 3 tys. ludzi. I nic z tego nie wyszło. 

A co na to wszystko tzw. zwykli Niemcy? „Spokojnie można by zamienić miejscami Scholza i Lascheta i nikt by nawet nie zauważył, ale różnica jest taka, że SPD prowadzi wprost do komunizmu” – i takie komentarze znajdujemy w mediach społecznościowych. Z tym komunizmem chodzi zaś nie tylko o zbliżony do Linke program socjalno-finansowy SPD, lecz także o spekulacje wokół możliwej koalicji z postkomunistami. Jest to najcięższy argument z arsenału Armina Lascheta wymierzony w Scholza, który przez ostatnie tygodnie wymijająco odpowiadał na pytanie, czy wyobraża sobie koalicję z udziałem Linke. Widmo sojuszu SPD z Zielonymi i Linke jest obok kwestii podnoszenia podatków najbardziej eksploatowanym w tej kampanii wyborczej tematem anty-SPD. I nawet jeżeli na oficjalnej stronie ZDF pojawia się wypowiedź Marca Bülowa, byłego posła SPD, który zapewnia, że „Olaf Scholz prędzej odrąbałby sobie dłoń, niż zawiązał koalicję z Linke”, to i tak sprawa potencjalnego mariażu z czerwonymi wisi w powietrzu i zniechęca część elektoratu SPD do zagłosowania na Scholza. W końcu i socjaldemokraci mają swoje konserwatywne skrzydło, dla którego sojusz z postkomunistami nie mieści się w kanonie.

Cała nadzieja w Neumannie

Wracając do zespołu Lascheta – można odnieść wrażenie, że miał być nie tylko eksperckim wsparciem i zapleczem intelektualnym dla lidera partii, lecz także pewną demonstracją przewagi jakościowej nad Olafem Scholzem, któremu już po debacie telewizyjnej lider CDU zarzucił uprawianie kampanii „jednego człowieka” i chowanie przed prasą swoich najbliższych współpracowników, tak by przypadkiem (w domyśle) nie powiedzieli jednego słowa za dużo. Na ripostę SPD nie trzeba było długo czekać. W mediach społecznościowych ruszyła kampania uświadamiająca elektorat chadecki, że SPD jest na tyle wyjątkowa, że każdy jej członek zalicza się do sztabu wyborczego Scholza. A w CDU krąg ekspertów ogranicza się do ośmiu osób. Niezależnie jednak od potyczek wokół samej idei powołania „teamu” szczególną uwagę zwrócono na jedynego pozapolitycznego członka zespołu Lascheta, a mianowicie Petera Neumanna.

– Uważam się za przedstawiciela liberalnego skrzydła, nie konserwatywnego

– zapewnia w rozmowie z politycznym komentatorem „Die Welt” Michaelem Wüllenweberem Peter Neumann.

Profesor londyńskiego King’s College i uznany na anglosaskim rynku eksperckim specjalista od terroryzmu i bezpieczeństwa najwyraźniej nie chce być postrzegany jako „zwykły” chadek z niemieckiej prowincji. Chociaż jego związki zarówno z CDU, jak i samym Laschetem są starsze i trwalsze niż ogłoszony trzy tygodnie przed wyborami „team” (to brzmi dużo bardziej na luzie niż Schattenkabinett, prawda?) Armina Lascheta. Po tej uwadze, kiedy już nikt nie potraktuje renomowanego eksperta jak jakiegoś chadeckiego wujka w pogoni za rządowymi stanowiskami, przychodzi czas na konkrety. Peter Neumann ma być twarzą postulatu powołania w Niemczech Narodowej Rady Bezpieczeństwa.

– To jest właśnie ten moment – mówi ekspert, wskazując oczywiście na sprawy wokół Afganistanu, zagrożenia wojnami hybrydowymi i kryzys klimatyczny – kiedy powinniśmy o tym rozmawiać. Niemcy nie mają wśród swoich instytucji struktury, która koordynowałaby kwestie związane z bezpieczeństwem i polityką międzynarodową, reakcja na wydarzenia afgańskie, pozornie dalekie, a jednak dotykające spraw wewnętrznych, pokazuje „biurokratyczny” brak koordynacji działań wobec zagrożeń, które są równocześnie zewnętrzne i wewnętrzne – uważa Neumann.  

Zatrzymajmy się na chwilę przy tym pomyśle – wzorowana niewątpliwie na pierwowzorach amerykańskich instytucja byłaby dalszym wzmocnieniem władzy centrum rządowego i samego kanclerza. Stanowiłaby zapewne też próbę rozwiązania problemów dysfunkcjonalności federalnej struktury państwa w sprawach wymagających szybkich i ponadlandowych decyzji. Ten problem w Niemczech został dostrzeżony zarówno ostatnio w czasie powodzi, jak i wcześniej przy okazji zagrożenia terrorystycznego. Może warto, by ta niemiecka dyskusja została zauważona w Polsce przez tych, którzy wciąż uważają, że samorząd jest dobry na wszystko, a centralizacja zawsze zła. Postulat wzmocnienia narzędzi w ręku przyszłego kanclerza w postaci powołania takiej rady, popierany przez człowieka związanego z anglojęzycznym kręgiem eksperckim świadczy zarówno o dążeniu do „kompatybilności” niemieckich instytucji zajmujących się bezpieczeństwem z amerykańskimi, jak i z ambicjami prowadzenia przez Niemcy światowej polityki. 

Terroryzm to Jugendkultur

Jeśli chodzi o sprawy globalne, to Neumann zgadza się z opinią wciąż urzędującego szefa dyplomacji Heiko Maasa, że z talibami „trzeba rozmawiać”. Co więcej, w imieniu Lascheta jako kandydata na kanclerza promuje postulat zwołania jak najszybciej międzynarodowej konferencji w sprawie Afganistanu z udziałem zarówno krajów regionu, jak i tych „które mają pieniądze” i mogą zaoferować pomoc wobec możliwej humanitarnej katastrofy. „Jak my” dodaje pragmatyczny ekspert, żebyśmy nie miano wątpliwości, że pomoc międzynarodowa stanowi dziś potężne narzędzie polityki i wpływów. 

Zresztą sami talibowie chyba też liczą na zaangażowanie niemieckich pieniędzy w politykę środkowoazjatycką, bo w „Welt am Sonntag” ukazała się wypowiedź ich rzecznika Zabiullaha Mudżahida o tym, że nowa władza pragnie jak najszybciej nawiązać relacje z Berlinem. Stosunki afgańsko-niemieckich są podobno znakomite i mają stuletnią tradycję, a niemieckie środki finansowe bardzo by się przydały do odbudowy Afganistanu. Cóż – żyjemy w czasach, kiedy pracujący w Londynie eksperci od radykalizmów są równie bezpośredni jak absolwenci pakistańskich medres. Na pewno znajdą wspólny grunt.

Peter Neuman współpracuje z obecnym liderem chadeków od kilku lat. W roku 2017 należał do jego bliskich doradców podczas wyborów do landtagu Nadrenii Północnej-Westfalii. Karierę zaczynał jako dziennikarz, po studiach w Belfaście i Londynie pracował jako wykładowca na wydziale War Studies King’s College w Londynie. Tam też założył Międzynarodowe Centrum Badań nad Radykalizacją. Instytucja ta zajmuje się m.in. przyczynami i drogami prowadzącymi do zaangażowania w terroryzm, sposobami rekrutowania przez organizacje terrorystyczne nowych członków czy ich finansowania. Sam Neumann przeprowadził ciekawe badania – naturalnie głównie na podstawie mediów społecznościowych – nad losami i poglądami kilkuset obywateli brytyjskich, którzy wyjechali do Syrii czy Iraku walczyć w szeregach samozwańczego kalifatu. 

– Terroryzm to Jugendkultur [kultura młodości], która obiecuje przygodę i aktywne życie

– mówił Peter Neumann w rozmowie z Die Zeit w 2015 r., kiedy wielu ludzi na Zachodzie zastanawiało się, skąd się biorą europejscy dżihadyści. W praktycznym dorobku Centrum są też rozważania nad tym (z polskiego punktu widzenia to zagadnienie na razie teoretyczne, ale dla Niemców czy Brytyjczyków sprawa jak najbardziej aktualna), jak „deradykalizować”, czyli przywracać społeczeństwu ludzi, którzy zaangażowali się w polityczny ekstremizm prowadzący do terroru.  

W jego dorobku są też prace o konflikcie w Irlandii Północnej oraz ciekawa książka o antyterrorystycznej polityce Trumpa – autor pokazuje w niej, że mimo ostrej retoryki samego prezydenta realna agenda ówczesnej administracji stanowiła raczej kontynuację działań poprzedników.

W 2019 r. Neumann stał się bohaterem małej burzy w brytyjskich i niemieckich mediach. Przekazał w mediach społecznościowych nieprawdziwą, jak się okazało, informację, że brytyjski polityk Michael Gove na uroczystości w londyńskiej ambasadzie Niemiec miał porównać brexit do upadku muru berlińskiego. Gove, jak ujawniono na nagraniu, powiedział coś innego, ambitny profesor musiał przeprosić, a znany również polskim czytelnikom pisarz i publicysta Douglas Murray kpił na łamach „Spectatora”, że gdyby nie ta aferka, to o panu ekspercie z Niemiec na londyńskim bruku mało kto by w ogóle wiedział.

Niezależnie od twitterowych plotek i brytyjskich złośliwości warto jednak pamiętać o tej postaci, bo może w ważnej dla nas niemieckiej polityce jeszcze zagrać swoją rolę.


Berlińskie Espresso niezmordowanie śledzi wybory do Bundestagu. Zostańcie Państwo z nami! Polecamy się w podcaście na stronie VOD „Gazety Polskiej”.

 


Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Olga Doleśniak-Harczuk,Antoni Opaliński
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo