Start TV Republika. Pożegnanie z monopolem

Można bez większego trudu wyobrazić sobie czas, kiedy to „inżynierowie dusz” z Czerskiej, Wiertniczej czy Woronicza staną się symbolem obciachu, a ich działania i kampanie zostaną sprowadzone do paroksyzmów nienawiści, łatwych do ośmieszenia. Ujawnią

Krzysztof Sitkowski/Gazeta Polska
Można bez większego trudu wyobrazić sobie czas, kiedy to „inżynierowie dusz” z Czerskiej, Wiertniczej czy Woronicza staną się symbolem obciachu, a ich działania i kampanie zostaną sprowadzone do paroksyzmów nienawiści, łatwych do ośmieszenia. Ujawnią swoje prawdziwe kształty, fobie i słabości „łże-koryfeuszy” z ponowoczesnej kołtunerii. Mimo zasobów, hojnych protektorów, a także wsparcia od „eurosalonu”.

W znakomitym filmie Ryszarda Bugajskiego „Układ zamknięty”, który sportretował we wstrząsający sposób patologiczny postkomunistyczny Układ rządzący Polską, pojawia się promyk nadziei w postaci działań młodego, uczciwego dziennikarza, który wbrew swojemu szefowi, przypominającemu gwiazdy „Szkła kontaktowego”, postanawia dociekać prawdy, a następnie efekt swojej pracy prezentuje w jednej z telewizji. Niestety, w chwili, kiedy powstawał film, takiej telewizji (może poza TV Trwam) jeszcze nie było.

Dziś już, na szczęście, jest. I bohater wyrzucony z mainstreamowych mediów z pewnością znajdzie pracę w Telewizji Republika.

Czas przełomu?

Dobrze jest czasem dokonywać bilansów. Być może historycy uznają właśnie sezon 2012/2013 za okres przełamywania monopolu? I to na bardzo wielu odcinkach.

Równocześnie przecież doszło do zrównania się notowań sondażowych dwóch głównych partii, a w konsekwencji straciły sens ubolewania Donalda Tuska, że Platforma Obywatelska nie ma z kim przegrać. Otóż ma! I przegra.

Dość długo komfort sprawowania władzy zapewniała przecież rządzącym pełna kontrola nad mediami, z nazwy publicznymi, z towarzyszeniem – równie życzliwych im – stacji komercyjnych. Front medialny uszczelniała niezawodna „Gazeta Wyborcza” i pełen zestaw tygodników kolorowych, zwanych „tygodnikami opinii” (zawsze tych samych).

Opozycja, skazana na siermiężne getto, pozbawiona reklamodawców, z trudem utrzymywała pozycje na wysepkach Wolnego Słowa. Próba wypłynięcia na szersze wody spotykała się z natychmiastową kontrą, czego dowodem skuteczne blokowanie miejsca na multipleksie dla TV Trwam. Czy stacja Ojca Dyrektora, konfesyjna i konserwatywna, była aż tak groźna? Zapewne ludzie z Krajowej Rady znali z PRL obiegową prawdę, że gdyby np. „Filatelista” mógł ukazywać się bez cenzury, stałby się najważniejszym i najbardziej czytanym pismem w kraju.

Na szczęście dzisiejszym dworakom władzy daleko do bystrości PRL-owskich sterników propagandy. Nie przewidzieli zapewne, że zablokowanie koncesji dla toruńskiej stacji wywoła społeczne reakcje, które przerosły wszelkie oczekiwania. Miliony podpisów i olbrzymie tłumy na ulicach, jednoczące w swoich szeregach wszystkie, często zwaśnione, segmenty opozycji. Społeczeństwo poczuło swoją siłę i już tak łatwo nie odpuści.

Kolejnym katalizatorem przebudzenia stała się kwesta smoleńska. Przemysł pogardy, nonszalancja władzy i fatalna polityka informacyjna nie pozwoliły zarosnąć bliznom.

W dodatku sprawdziła się polityka redakcyjna Tomasza Sakiewicza, który dziennikarskie śledztwo smoleńskie uczynił motywem przewodnim naszego tygodnika i kolejnych inicjatyw rodzących się wokół niego. W ciągu trzech lat staliśmy się faktycznym centrum drugiego obiegu – tu powstawały nowe odważne filmy i audycje internetowe. Stąd szedł impuls dla przyzwoitszych dziennikarzy. Zachęta do odwagi.

10 kwietnia – coś pękło

Kolejne błędy monopolistów (w tym działalność Grzegorza Hajdarowicza, którego trudno nie porównać do małpy z brzytwą) rozszerzyły strefę na nowe pola, sięgające ku tradycyjnym domenom lemingów. Czystka w „Rzeczpospolitej” i bunt dziennikarzy „Uważam Rze” (co zakończyło się największą plajtą w dziejach polskiej żurnalistyki) zaowocowały powstaniem dwóch świetnych tygodników: „Sieci” i „Do rzeczy” oraz animowały pracę nad niezależną telewizją.

Być może 10 kwietnia br. należało zaprosić do studia Telewizji Republika na Farbiarską Joannę Szczepkowską (odrywając ją na moment od walki z homolobby w polskim teatrze), by mogła oświadczyć z filuterną miną: „Proszę państwa, 10 kwietnia 2013 r. skończył się w Polsce postkomunizm”.

Oczywiście to płochy żarcik i bardzo pobożne życzenie, w istocie daleka droga przed nami. Jednak coś się przełamało. W wielu aspektach. Trudno jeszcze wyobrazić sobie wszystkie przyszłe owoce, ale sądzę, że nie idzie tu tylko o dostęp do informacji – ten, dzięki internetowi, dla chcących istniał już od pewnego czasu. Istotne, że zaprezentowana została nowa twarz niezakłamanej Polski – młoda, inteligentna, nowoczesna.

Ona zdecyduje o zwycięstwie. Nie jest sztuką przekonywać przekonanych. Ważne jest pozyskiwanie wątpiących, zdezorientowanych, przestraszonych, a nic nie działa tak skutecznie jak osobisty przykład, jak poczucie wspólnoty.

Gdy coś jest hermetyczne, odległe, nieznane, łatwo jest judzić, miotać oskarżenia, wmawiać najgorsze brednie, straszyć obciachem, kompromitacją. Tymczasem nasz przeciwnik, znakomicie posługujący się inwektywami, na gruncie faktów okazuje się nadzwyczaj bezradny.

Nasza siła

W wielkich sporach ostatnich lat nie pozwalano sobie na walkę za pomocą argumentów. W walkach wokół lustracji, dekomunizacji, „Bolka” czy IV Rzeczpospolitej atakujący unikali jak ognia konkretów – zastępowały je inwektywy w rodzaju „niegodziwość, bzdura, kłamstwo” i protezy słowne: „wszyscy mądrzy ludzie”, „jak wiadomo”, „powszechna opinia” itp. Dla takiej taktyki spokojne posługiwanie się faktami, w dodatku przez ludzi kompetentnych i wzbudzających sympatię, jest zabójcze jak słońce dla wampira. W zderzeniu z dowodami, które można zademonstrować, miotający się Niesiołowski nie jest groźny, lecz tylko żałosny.

I tak na naszych oczach wyrastają przyczółki nowej Polski. Jak dobrze pójdzie, przyczółki skazane są na sukces.

Wrogowie boją się. I słusznie. Ich potęga polegała na monopolu – wyznawcy Michnika triumfowali, kiedy ich sekta nie miała alternatywy, a wykluczenie z „salonu” wpędzało w niebyt każdego, łaskawa zaś kooptacja wyciągała z naszych szeregów ludzi tyleż inteligentnych, co słabych – np. Tomasza Wołka czy Cezarego Michalskiego...

Obciachowy mainstream

Jestem przekonany, że całkiem niedługo ruszą migracje w stronę przeciwną. Można bez większego trudu wyobrazić sobie czas, kiedy to „inżynierowie dusz” z Czerskiej, Wiertniczej czy Woronicza staną się symbolem obciachu, a ich działania i kampanie zostaną sprowadzone do paroksyzmów nienawiści łatwych do ośmieszenia. Ujawnią swoje prawdziwe kształty, fobie i słabości „łże-koryfeuszy” z ponowoczesnej kołtunerii. Mimo zasobów, hojnych protektorów, a także wsparcia od „eurosalonu”.

Na dłuższą metę nie do utrzymania jest sytuacja, gdy ogół Polaków płaci za permanentne zawstydzanie, wyszydzanie tradycji i ogłupianie młodego pokolenia. Kiedy za pieniądze podatnika fundowane są kłamliwe obrazy w rodzaju „Pokłosia”, a filmy takie jak „Układ zamknięty” czy „Smoleńsk” muszą obywać się bez państwowego mecenatu.

Być może lemingi (przynajmniej te z potocznych wyobrażeń) posiadają gen samozagłady. Tylko ilu jest prawdziwych lemingów w tym stadzie, a ilu zaplątanych, oszukanych, zastraszonych?

Wystarczy im pomóc. I chyba znaleźliśmy odpowiednie lekarstwo.

DTV/TVN kontra Tv Republika zobacz na vod.gazetapolska.pl:

 

Źródło: Gazeta Polska

Marcin Wolski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo